PublicystykaBiernacki: Walka z wiatrakami, czyli suplement do „Z grubej rury”. Część 1.

Redakcja1 godzinę temu
Wspomoz Fundacje

Chodzi oczywiście o gigantyczne turbiny wiatrowe (150 – ponad 300 m), często wyższe niż Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, instalowane na obszarach cennych przyrodniczo i krajobrazowo. Postawienie kilku turbin w takim miejscu zmienia całkowicie charakter okolicy, która dotąd była kojarzona z wypoczynkiem na łonie natury. Inwestycje te degradują przyrodniczo cenne obszary, zmieniają sposób korzystania z przestrzeni, obniżają wartość nieruchomości i likwidują lokalną agroturystykę. 

Takie barbarzyńskie praktyki spotykają się z coraz większym oporem lokalnych społeczności. Protestujący ludzie organizują się często indywidualnie, bo wiedzą, że większość ich radnych, którzy formalnie powinni być liderami mieszkańców i działać w interesie społecznym, de facto są ludźmi tego czy innego wójta, maszynkami do bezdyskusyjnego głosowania i akceptacji jego pomysłów inwestycyjnych, często stymulowanych przez inwestorów. To nie jest tylko polski problem, ale niestety europejski, co świadczy z jak potężnymi siłami mamy do czynienia. 

Brak zorganizowanego sprzeciwu

„W Niemczech narasta spór o farmę wiatrową, której budowie towarzyszy wycinka lasu mimo trwającego postępowania sądowego. Cierpi na tym zarówno środowisko, jak i wizerunek energetyki wiatrowej jako czystego źródła energii. Pojawia się coraz częściej zasadne pytanie o granice transformacji energetycznej – a temat podsycają organizacje ekologiczne, a także politycy. Czy powinno się wycinać las pod wiatraki?” – czytamy w artykule Michała Jakubca. 

Pragnę zwrócić uwagę na zdanie „a temat podsycają organizacje ekologiczne, a także politycy”, bo pokazuje ono jaka przepaść, różnica klas, dzieli polskich polityków i nasze organizacje „ekologiczne” od ich odpowiedników u zachodniego sąsiada. Niestety większość głównych organizacji ekologicznych w Polsce, jak chociażby, Greenpeace czy Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków (OTOP) oficjalnie akceptują rozwój tych wielkich turbin, uznając owe inwestycje za kluczowe w walce ze zmianami klimatycznymi. Powtórzę, protestują jedynie lokalne komitety i stowarzyszenia obywatelskie czy nieliczne organizacje jak np. „Stop Wiatrakom”. Te nieliczne organizacje ornitologiczne i przyrodnicze, które protestują, nie walczą z samą technologią, ale blokują farmy wiatrowe na drodze administracyjnej. Składają odwołania do raportów środowiskowych, jeśli turbiny mają powstać na szlakach migracyjnych ptaków, trasach przelotu nietoperzy lub w pobliżu obszarów Natura 2000. Nie lepiej jest z polskimi politykami. Nie można nie zauważyć, że część z nich krytycznie wypowiada się w tej sprawie, ale bardzo fragmentarycznie i ogólnie, co jest nieskuteczne i nie przeszkodzi dewastacji polskiej przyrody oraz ruinie wielu gospodarstw domowych. Dotychczasowe postulaty polityków nie dotyczyły spraw zasadniczych czyli tego, że gigantyczne turbiny są instalowane na obszarach, na których ich nie powinno być, tylko żeby ich niechciana obecność była minimalnie mniej uciążliwa – czyli klasyczna dyskusja o skutkach a nie przyczynach.

Energia wiatrowa z głową

Tu potrzeba rozwiązań systemowych. Niedawno Grzegorz Braun i jego „trzech doktorów” et consortes, rozpoczęli kampanię „Z grubej rury” mającą na celu doprowadzenie do znacznego obniżenia rachunków za prąd, gaz i benzynę, a także uzyskanie przez Polskę suwerenności energetycznej. Panowie politycy o energetyce wiatrowej nie wspomnieli, ale powinni mieć na uwadze, że prawidłowy jej rozwój może i powinien być komplementarnym elementem naszej suwerenności energetycznej. Prawidłowy, czyli biegunowo odległy od tego, który jest dotychczas. Oczywiście szczegóły techniczne, ekonomiczne, prawne itd. powinni określić polscy eksperci. Polscy eksperci (tu nie o narodowość chodzi), czyli tacy którzy nie robią tego typu ekspertyz za granty i prezenty fundowane przez konsorcja i ośrodki polityczne zainteresowane instalacją w Polsce tych gigantycznych turbin. 

Powrót do korzeni

Może warto wrócić do korzeni? Wszak pierwsza na świecie turbina produkująca prąd powstała w lipcu 1887 roku w Szkocji jako elektrownia przydomowa. Jej twórcą był profesor James Blyth. Wygenerowany prąd służył do ładowania akumulatorów zasilających oświetlenie w domku letniskowym profesora. Rok później podobna turbina powstała w USA, a w 1891 roku w Danii. Jednak w Europie małe przydomowe elektrownie wiatrowe nie miały wielkiego udziału w rynku, ale w USA w latach 1920. i 1930. nastąpił na nie prawdziwy boom. Firmy takie jak Jacobs Wind Electric czy Wincharger wyprodukowały i sprzedały ponad 300 000 małych turbin wiatrowych. Służyły one farmerom do ładowania akumulatorów radiowych oraz zasilania oświetlenia żarówkowego przed upowszechnieniem się centralnej sieci elektroenergetycznej. Przedwojenna Polska była krajem słabo zelektryfikowanym na obszarach wiejskich. Mimo to indywidualne turbiny prądotwórcze były rzadkością. Ale prace badawcze nad tą technologią rozwijała m.in. inż. Jadwiga Fiszer-Osińska (autorka monografii z 1936 roku Wykorzystanie wiatru w gospodarstwie), jednak wybuch II wojny światowej oraz późniejsza powojenna centralizacja i elektryfikacja kraju zlikwidowały potrzebę rozwoju rozproszonej, indywidualnej energetyki wiatrowej. Patrząc na woluntaryzm ponadnarodowych koncernów, które za przyzwoleniem lokalnych polityków, zarówno tych centralnych, jak też samorządowych, gotowe są postawić swoje gigantyczne turbiny w dowolnym miejscu, nie bacząc na jego walory przyrodnicze czy historyczne, należy założyć, że potrzeba rozproszonej indywidualnej energetyki wiatrowej jest dziś bardzo duża. Obecnie mamy technologię, która pozwala budować wiatrowe elektrownie przydomowe doskonalsze niż te robione w czasach pani inżynier Fiszer-Osińskiej. Niestety nie ma woli politycznej, by wprowadzić ten program analogicznie jak indywidualną fotowoltaikę. Fotowoltaika, ta przydomowa i wielka – fermowa, wyzwala te same reakcje społeczne, co elektrownie wiatrowe. Indywidualne instalacje fotowoltaiczne są społecznie akceptowane, bo nie wpływają negatywnie na otoczenie. Ale fermy fotowoltaiczne wywołują protesty,  bo – podobnie jak gigantyczne turbiny – negatywnie wpływają na środowisko. Protesty obywateli przed wielkoprzemysłowymi instalacjami i akceptacja dla tych przydomowych elektrowni, powinny być dla rządzących azymutem w kreowaniu polskiej polityki energetycznej. Niestety rządzący nami ludzie działają głównie w interesie brukselskiej biurokracji, a nie własnych obywateli. Z przykrością trzeba stwierdzić, że ci kompradorzy robią to z większym zapałem niż ich poprzednicy w czasach stalinowskich. Wszak wtedy np. nie udało się skolektywizować rolnictwa, a orędownicy takich pomysłów byli skutecznie marginalizowani przez władze PZPR. „Przestawienie wajchy” z wielkich turbin na te małe przydomowe, nigdy nie nastąpi jeśli będzie rządził nami dotychczasowy układ polityczny z PO-PiS-em w roli głównej i mniej czy bardziej zależnymi od nich przystawkami. Mikroturbiny to potencjalnie wielki rynek w Polsce i nie tylko. W Polsce działa obecnie jedynie około 200 mikroturbin wiatrowych przyłączonych oficjalnie do sieci elektroenergetycznej. Dla porównania, w tym samym czasie liczba domowych mikroinstalacji fotowoltaicznych przekraczała u nas 1,6 miliona. W Niemczech jest niewiele lepiej bo 1100 przydomowych elektrowni wiatrowych to także tyle co nic. 

Można to powstrzymać

Jedynym politykiem który w sposób racjonalny może podejść do OZE, jako elementu naprawy polityki energetycznej w Polsce jest Grzegorz Braun. Facet nie jest spętany żadną ideologią, na dodatek kieruje się interesem zwykłych ludzi, więc bez wątpienia nie zaprzeczy, że gigantyczne turbiny stawiane wszędzie, według widzimisię inwestorów i polityków robiących przy takich okazjach swoje geszefciki, to patologia. Zapewne jest w naszym kraju sporo obszarów, na których bezkonfliktowo można zainstalować wielkie turbiny, ale najpierw trzeba zmienić strategię rozwoju energetyki w Polsce i zatrzymać te inwestycje, które znajdują się na etapie planowania na obszarach, na których obywatele ich nie chcą. 

Dziś punktem zapalnym jest Podlasie. Obecnie w województwie podlaskim funkcjonuje co najmniej 120 turbin, a planowane jest kolejne 100, co jest wielkością niekompletną, bo dochodzą informacje o kolejnych planach. W porównaniu z województwem mazowieckim, które jest o ok. 70% większe niż podlaskie i ma 5 razy więcej ludności, a obecnie posiada 150 – 200 turbin, docelowe ok. 250 turbin na Podlasiu to aberracja. Gdy niedawno rozmawiałem w miejscowości Malesze gmina Wyszki, z ostro protestującymi przeciwko degradacji ich okolicy poprzez instalację gigaturbin, sugerowałem, by zwrócili się o pomoc do swojego posła. Wyśmiali mnie. Po sprawdzeniu listy posłów z tego okręgu przyznaję, że moja sugestia była co najmniej naiwna. Są tam posłowie z PiS, PO, PSL i Polska 2050, oraz Krzysztof Bosak. Dla tych polityków problemy elektoratu, zwłaszcza takie, są bez znaczenia. Niektórzy rozmówcy z Malesz sugerowali, że jest tylko jeden polityk który mógłby się za nimi ująć – to Grzegorz Braun. Też tak uważam! Braun jest jednym z niewielu polityków dla którego tuż za rogatkami Warszawy nie kończy się cywilizacja. Czy ktoś wyobraża sobie Jego Ekscelencję Krzysztofa Bosaka przed Urzędem Gminy Wyszki, gdzie jesienią ubiegłego roku miał miejsce jeden z protestów mieszkańców wsi Malesze i Szpaki? Niedawno Grzegorz Braun w Nieporęcie pod Warszawą rozpoczął kampanię „Z grubej rury”. Media podkreślały, że w ostatnich wyborach prezydenckich zdobył tam (w gminie Nieporęt) 4,91% głosów i ta konferencja to rodzaj wdzięczności dla elektoratu. W rzeczywistości chyba nie tylko o to chodziło. Ale idąc tropem „wdzięczności za głosy” warto odnotować, że w gminie Wyszki na Podlasiu w wyborach prezydenckich Grzegorz Braun uzyskał 7,30% poparcia, czyli więcej niż jego ogólnopolskie 6,34%. 

Cdn.

Cezary Michał Biernacki

Redakcja