KulturaRecenzje„Chłopi”– eksperyment ze wszech miar udany

Redakcja4 miesiące temu
Wspomoz Fundacje

Ostatnio znów głośno zrobiło się o polskim kinie, dlatego postanowiłem, nie czekając na emisję w innej formie, osobiście, w kinie, sprawdzić własne odczucia w przypadku „Zielonej granicy” Agnieszki Holland i nowej wersji „Chłopów” DK Welchman.

Filmowi Holland poświęciliśmy na kanale Chrobry Szlak kol. Kamila Klimczaka odrębny program, zatem jednym zdaniem powiem tylko, że jest to dzieło propagandowe o wyraźnym zabarwieniu anarchistycznym, niemniej – w żadnym wypadku – nie zasługiwało na ekstremalną, histeryczną reakcję w wykonaniu PiS z przystawkami w rodzaju neo – Młodzieży Wszechpolskiej, z pozwami, groźbami, patosem i groteskowym nawiązywaniem do czasów okupacji niemieckiej („tylko świnie siedzą w kinie”).

Przejdźmy jednak do nowej odsłony „Chłopów” Władysława Reymonta. Nazwałem w tytule ten film eksperymentem, gdyż formuła filmu animowanego tworzonego techniką malarską na podłożu „żywego” filmu aktorskiego, wciąż jest nowością, a autorka filmu (w szerokim znaczeniu, gdyż jest odpowiedzialna za reżyserię, scenariusz, montaż i produkcję), DK Welchman, czyli Dorota Kobiela-Welchman (prywatnie żona Hugh Welchmana, który jest również twórcą filmowym, laureatem Oscara za krótkometrażowy film animowany „Piotruś i wilk” z 2006), pełni na tym polu rolę zarówno prekursora jak i pioniera. To jej wcześniejszy film „Twój Vincent” był pierwszym wykonanym tą techniką, choć wywodzi się ona ze znanej wcześniej techniki rotoskopowej (najsłynniejszym filmem pełnometrażowym wykonanym tą metodą była ekranizacja „Władcy pierścieni” z 1978).

Mamy zatem do czynienia z filmem aktorskim, który – upraszczając – został następnie pomalowany, klatka po klatce. Efekt jest w moim odczuciu rewelacyjny. Postacie i twarze aktorów w pomieszczeniach tylko bardzo niewiele różnią się od rzeczywistych fizjonomii żywych osób, wraz z oddaniem emocji, grymasów itd. Są momenty, kiedy niemal trudno zauważyć na twarzach aktorów ów efekt. Nieco bardziej „malarski” efekt występuje w scenach dziejących się na wolnej przestrzeni. Z kolei pejzaże, szersze plany, zwierzęta, czy po prostu żywa przyroda i świat nieożywiony mają w filmie zdecydowanie wygląd malowanej animacji, silnie pastelowej, zwłaszcza w przedstawieniu odżywającego i rozkwitającego świata wiosny i lata. Znakomicie zaadaptowano w filmie wariacje na temat obrazów Józefa Chełmońskiego – „Babiego lata”, „Bocianów”, „Żurawi” i „Burzy”. Pomimo mocno zaakcentowanej obecności scen pełnych kolorów, większość filmu jest jednak w tonacji ciemnej, co nie odbiera mu bynajmniej kolorystyki, ale nadaje i oddaje atmosferę narastających konfliktów, przede wszystkim ogniskujących się wokół Jagny i Antka Boryny. Obrazowi towarzyszy znakomita muzyka, stylizowana na ludową, ale będąca wyrazem współczesnej nam twórczości zespołów grających nowoczesną muzykę ludową czy tzw. etniczny folk. Trzeba podkreślić, że wpisuje się ona znakomicie w film i współtworzy jego atmosferę.

Słowo komentarza należy się aktorom i ich kreacjom. Nakręcenie nowej wersji „Chłopów” techniką malarską było konceptem jak najbardziej trafionym, pozwalającym uniknąć porównań wprost do kanonicznego pod każdym względem dzieła Jana Rybkowskiego z 1972 (serial i film). Zwłaszcza serial „Chłopi” jest i chyba pozostanie dziełem niedościgłym. 13 odcinków i niezliczony zastęp znakomitych aktorów tamtej epoki, pozwoliły Rybkowskiemu podejść do dzieła Reymonta bardzo szeroko. I to mu się udało. „Chłopi” to dzieło niezrównane, obok innych powstałych w latach 70-tych XX wieku serialowych adaptacji klasyki literatury polskiej, jak „Lalka”, „Noce i dnie”, „Rodzina Połanieckich”, „Ziemia obiecana”, czy o dekadę późniejsze „Nad Niemnem”. Siłą rzeczy, trwający 102 minuty film DK Welchman musiał zrezygnować z szeregu wątków powieści i serialu, ale dzięki zastosowanej metodzie malarskiej, jak powiedziałem, nie jest ot, kolejną adaptacją, ale dziełem po prostu innym, a przez to zwolnionym w wielkiej liczbie aspektów z porównań z kreacją Rybkowskiego. Naturalnie nie da się uniknąć porównań najważniejszych postaci występujących tu i tam, pamiętając jednak, że minęło 50 lat i wiele aktorskich pokoleń w międzyczasie już odeszło i przeminęło.

Roli Boryny podjął się znakomity Mirosław Baka, którego samo nazwisko jest już rekomendacją i zapewnieniem, że podźwignie wyzwanie. trudno jest zmierzyć się z rolą, którą grał Władysław Hańcza, obdarzony przez naturę aparycją i głosem, które sprawiały, że do roli nadawał się idealnie. A jednak pochodzący jeszcze z dobrych czasów polskiego aktorstwa Baka tworzy świetną kreację. Co warto podkreślić, jest to kreacja wierna powieści, o czym jeszcze za chwilę. W scenie śmierci, rozpoczynającej się powstaniem z łóżka śmiertelnie chorego Macieja – jeżeli nie mylił mnie wzrok – twórcy dokonali z pewnością celowego zabiegu upodobnienia twarzy Mirosława Baki do twarzy Władysława Hańczy w analogicznej scenie u Rybkowskiego.  Jest to ukłon wobec wielkiego poprzednika i jego roli. Boryna Baki jest władczy, bezwzględny, w pełni świadom swojej wartości i władzy, i z niej korzysta, potrafiąc jednocześnie w niektórych sytuacjach zrewidować swoje twarde poglądy. Jak widać więc twórcy niczego tutaj, złym wzorem wielu nowych adaptacji klasyki literatury światowej, nie zmienili.

Grająca Jagnę Paczesiównę Kamila Urzędowska to zupełnie inna bajka. Różni się zasadniczo od Emilii Krakowskiej przede wszystkim wizualnie – delikatna uroda aktorki zyskuje jeszcze bardziej pod wpływem użytej techniki. Delikatność przekłada się też na charakter postaci. Jagna Krakowskiej była na wskroś naturalistyczna, a przez to, jak się wydaje, o wiele łatwiej można było w sumieniu widza zrozumieć a nawet uzasadnić sąd wsi nad nią. Jagna Urzędowskiej, to wciąż rozmarzona dziewczyna, której ostrzejsze zachowania, w miarę rozwoju sytuacji, wobec mężczyzn zainteresowanych jedynie jej ciałem, czy pazerność w walce o majątek, nie są tak wyraziste. U Krakowskiej widzimy, że Jagna z rozmysłem korzysta ze swojej płci i agresywnie walczy o swoje prawa. Tutaj Jagna jest delikatną dziewczyną, która pozuje jedynie na podbijającą pożądających ją mężczyzn i walczącą o swoje. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie. Właśnie przemiana Jagny z przestraszonej, zmuszonej do małżeństwa żony Boryny w dziewczynę nie skąpiącą swych wdzięków, co w nowym filmie jest głównie opowiedziane przez dialogi prowadzone przez bohaterów drugiego planu, jest najmniej przekonywające.

Świetnie wypada Robert Gulaczyk (wcześniej Van Gogh w „Twoim Vincencie”) jako Antek Boryna. Przy tej okazji można podjąć refleksję nad zmianą charakteru aktorstwa sprzed 50 lat i pozycji aktora w społeczeństwie. Kiedy Ignacy Gogolewski grał Antka był już legendą mimo zaledwie 41 lat. Robert Gulaczyk w wieku lat 40 jest zapewne dla większości kinomanów postacią anonimową. A szkoda, bo swoją rolę zagrał doskonale. Zarówno niepohamowaną żądzę do Jagny jak i nienawiść i konflikt z ojcem. To samo można powiedzieć o najlepszej chyba drugoplanowej roli męskiej – Mateusza Gołąba – w wykonaniu Mateusza Rusina, do tej pory kojarzonego ledwie z ledwo zapadającymi w pamięć serialami. Także Andrzej Konopka (wójt), Cezary Łukaszewicz (kowal, zięć Boryny) i Maciej Musiał (Jaś, syn organisty, kleryk) wypadają świetnie. To pokazuje tylko, że dobrych aktorów nam nie brakuje. Brakuje dobrych filmów, w których mogliby pokazać pełnię i skalę swojego talentu, który często przecieka im przez palce w beznadziejnych współczesnych produkcjach taśmowych.

Tyle o mężczyznach. O Jagnie już co prawda było, ale przecież w filmie jest więcej ważnych i wyrazistych postaci kobiecych. Bardzo dobrze ogląda się jakże inną od Jadwigi Chojnackiej, w roli Dominikowej, matki Jagny, Ewę Kasprzyk. Jagustynka Doroty Stalińskiej dowodzi ile straciliśmy jako kinomani przez jej wieloletnią nieobecność w poważnych, dobrych produkcjach. Z uznanych nazwisk zwracam uwagę na jak zwykle świetną Sonię Bohosiewicz (wójtowa) i mniej przekonującą Małgorzatę Kożuchowską (żona organisty). Ale gwiazdą obsady żeńskiej filmu jest dla mnie obok Kamili Urzędowskiej, Sonia Mietielica, aktorka pochodzenia rosyjskiego, w roli Hanki Borynowej, która znakomicie zagrała rolę zdradzanej i stłamszonej na dnie nędzy żony Antka, która własnym wysiłkiem zdobywa uznanie i serce starego Boryny, i staje się skutecznym obrońcą interesów rodziny i jej najsilniejszą przedstawicielką pod nieobecność aresztowanego Antka. Rola bardzo wiarygodna.

Wreszcie kwestia najważniejsza. Wierność filmu w stosunku do powieści i jego wydźwięk. Trzeba powiedzieć, że wierność powieści jest wysoka. Osobiście nie czytałem jej dawno, mówiąc szczerze od czasów szkolnych (to przyczynek do rozważań nad rolą, także edukacyjną, tak doskonałych adaptacji literatury jak serial Rybkowskiego), więc wszystko, co podczas seansu wydało mi się „podejrzane” sprawdziłem w tekście. I okazało się, choć to tylko moja opinia oparta o cząstkową konfrontację z tekstem Reymonta, że film jest bardzo powieści wierny. Oczywiście pamiętając o wspomnianych ograniczeniach, o wątkach, których w filmie nie ma.

Konflikt z dziedzicem jest ledwie wspomniany, choć oczywiście walka o las się odbywa, jako kluczowa dla treści scena. Podobnie jak z dziedzicem jest z walką kobiet lipcowskich o uwolnienie aresztowanych mężów. Ale najbardziej rzuca się w oczy niemalże zupełne pominięcie postaci księdza dobrodzieja, który występuje jedynie w roli udzielającego ślubu Borynie i Jagnie, i przy okazji Świąt jako celebrans. Nie ma wcale jego postaci jako siły sprawczej, jako osoby, która ma istotne miejsce i znaczenie dla społeczności wsi. Nie jest nieobecny, ale jego obecność jest marginalna, choć zgodnie z powieścią mieszkańcy wsi mówią ówczesnym językiem pełnym odniesień do tradycji chrześcijańskiej i tradycji wiejskich zabobonów. Rybkowskiemu czasem zarzucano, że pokazał postać księdza ambiwalentnie, ale wynika to chyba z tego, że większość ludzi na skutek mocy adaptacji filmowej zapomniała o książce Reymonta. Przypomnijmy, że Reymont w sposób realistyczny opisuje rzeczywistość wsi, a nie wartościuje. Reymont jest człowiekiem czasów pozytywizmu i to w ujęciu narodowym (wpływ na to ma przyjaźń z Dmowskim) oraz społecznego darwinizmu. Jest to bardzo widoczne i w „Ziemi obiecanej”. Kiedy zatem w powieści tłum dokonujący sądu nad Jagną zamierza wejść na teren kościoła i dokonać tam, zgodnie z wiejską tradycją, biczowania Jagny rózgami, zastaje zawarte wrota i Jambrożego grożącego im strzelbą. Ksiądz się nie pokazuje. Zatem to Reymont daje nam obraz księdza, który nie ingeruje w konflikt i jednak umywa ręce, nie pozwalając jedynie angażować Kościoła po jednej ze stron…

O skali nieporozumienia w odbiorze filmu świadczy taki wpis jednego z blogerów recenzujących kino:

„Finałowe sceny z obrazami polskiego społeczeństwa na wsi, mogą zaboleć. Ta nienawiść, ta niechęć do drugiego człowieka, to totalne zło, jakie przepełnia tamtych ludzi, na ekranie wybrzmiewa dosadnie i przerażająco. Czy taki obraz naszego kraju, choć osadzony w przeszłości, może utwierdzić niedoświadczonego odbiorcę zagranicznego, o naszej zaściankowości i przepełniającej nas nienawiści?”

Zupełnie nie zgadzam się z takim stawianiem sprawy. Już pomijam, że scena sądu nad Jagną w serialu również była okrutna, ale rzecz w tym, że jest to jak najbardziej zgodne z powieścią. Niech przemówi Reymont:

„Podnieśli deski woza i wraz z gnojem jak to ścierwo obmierzłe rzucili, jaże ziemia pod nią jęknęła, padła wznak i nawet się nie poruszyła.

Dopadła jej wójtowa i kopnąwszy nogą zawrzeszczała:

– A wrócisz do wsi, to cię zaszczujemy psami! – podniesła jakąś grudę czy kamień i grzmotnęła w nią z całej siły – za krzywdę moich ?ieci!

– Za wstyd całej wsi! – biła ją druga.

– Byś sczezła na wieki!

– By cię święta ziemia wyrzuciła!

– Byś zdechła z głodu i pragnienia!

Biły w nią głosy, grudy ziemi, kamienie i przygarście piachu, a ona leżała kiej kłoda, zapatrzona jeno w rozkolebane nad sobą drzewa.”

Narrator powieści mówi o Jagnie zdecydowanie nie w tonie potępiającym:

„Zaś Jagusia w postronkach, na gnoju, zbita do krwi, w porwanym odzieniu, pohańbiona na wieki, skrzywdzona ponad człowiecze wyrozumienie i nieszczęsna ponad wszystko, leżała jakby już nie słysząc ni czując, co się dzieje dokoła, tylko żywe łzy nieustanną strugą ciekły po jej twarzy posiniaczonej, a niekiedy wzniesła się pierś niby w tym krzyku skamieniałym.”

Scena po scenie znajdujemy to wszystko w filmie. Faktem jest natomiast odstępstwo od powieści w ostatniej scenie. DK Welchman użyła tu starego i powszechnie znanego symbolu deszczu jako siły oczyszczającej. W powieści burza również następuje, ale jest tym elementem, który przerywa sąd nad Jagną a jego uczestnicy przestraszeni uciekają. Jednak z końca powieści dowiadujemy się, że Jagna leży chora u matki i że postradała zmysły, natomiast w filmie upodlona zostaje dosłownie i przenośnie oczyszczona przez deszcz i dźwiga się z kolan. Dorota Kobiela w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego” dorabia do tej sceny ideologię, ale raczej w wersji soft:

„W mojej wersji „Chłopów” znaczenie ma to, że w finale deszcz obmywa jej ciało ubrudzone gnojem. Mimo upodlenia wstaje z kolan o własnych siłach. W tym tli się dużo nadziei. Może to jest właśnie girl power?”

Może rzeczywiście tak myśli, a może dzisiaj wydaje się filmowcom, zwłaszcza kobietom, że tak wypada? Nie wiem. Ale nawet, jeśli tak myśli, to przecież nie zmienia w jakiś zasadniczy sposób wydźwięku filmu w stosunku do powieści, gdzie Jagna jest przegraną, ale nad której losem – w ostatniej scenie – i nad „głupim, złym i niesprawiedliwym” gniewem całego narodu (mieszkańców Lipiec), utyskuje Mateusz Gołąb.

Film oceniam jako przepięknie zrealizowany, bardzo dobrze zagrany i skonstruowany. Bałem się, że twórcy ulegną pokusie modernizacji, zmian, usilnej dydaktyki a’la postępowcy XXI wieku, ale tak się na szczęście nie stało. Jest to niemal idealnie wierna adaptacja istotnych wątków powieści Reymonta. To, co przy okazji premiery filmu i decyzji o przedstawieniu go Akademii jako polskiego kandydata do Oscara, powiedzą te czy inne osoby, to znak naszych czasów. Jednak życie filmu przekracza ramy nie tylko bieżącej dyskusji, ale i ramy życia pokoleń aktorów i widzów. I jako dzieło z natury ponadczasowe film służy różnym ludziom, o różnych poglądach i postawach.

Instrumentalne traktowanie filmu zdarzało się i zdarza, ale dobry film takie traktowanie przetrwa. „Chłopi” DK Welchman to film bardzo dobry. Całe szczęście, że odzwierciedla świat opisany przez Reymonta. Świat, którego już nie ma. Była to z pewnością specyficzna wiejska forma świata patriarchalnego, w którym kobiety dysponowały jednak potężnymi atutami, głównie ze względu na naturalizm tego świata – rozgrywaniem mężczyzn poprzez budzenie w nich pożądania, plotkami, obmową i zawiścią. Ten wiejski świat sprzed 120 lat znacznie mniej różni się od naszego, niż patriarchalny świat zachodniej Europy znany z ówczesnej literatury z kobietami z wyższych sfer, faktycznie ubezwłasnowolnionymi przez własne rodziny i nieposiadającymi żadnych praw, i możliwości zmiany swojej sytuacji.

Nowa adaptacja „Chłopów” to film głęboko osadzony w realiach powieści, tak jak sama powieść osadzona była w realiach epoki w jakiej powstała. Jako taki zasługuje na uznanie go, w ślad za powieścią, za „miejsce pamięci”, w którym wg francuskiego historyka Pierre’a Nora krystalizuje się narodowe dziedzictwo. Roman Dmowski w swojej recenzji „Roku 1794” Reymonta (Powieść historyczna Reymonta, „Gazeta Warszawska” 19 kwietnia 1914), jeden z akapitów poświęcił „Chłopom”:

„Co sprawia, że „Chłopi” zajęli miejsce wśród skarbów naszej literatury?… Są tam wspaniałe opisy, ale ponad nie trzeba wynieść psychikę gromady wiejskiej, tego zbiorowego „wielkiego człowieka”, w pracy, w zabawie, w walce, w  miłości i nienawiści, w szale namiętności i w życiu religijnym – oddaną z taką potęgą, z taką prawdą, z taką przedziwną w tym realizmie poezją, jakiej przykładu żadna literatura pokazać nie może”.

Słowa Dmowskiego korespondują w mojej ocenie z faktem, że powieści Reymonta można też przypisać status tzw. tekstu kulturowego (termin opisany przez Aleidę Assmann w Między historią a pamięcią, Warszawa 2013, niemiecką antropolog kultury i literaturoznawczynię), czyli nośnika żywo funkcjonującej wspólnej tradycji o charakterze ponadpokoleniowym, pamięci aktywnej, która definiuje i wspiera tożsamość kulturową. Bez wątpienia dotyczy to również serialu i filmu Jana Rybkowskiego. Czy podobnie będzie z filmem Doroty Kobieli-Welchman? Ma na to duże szanse.

Ocena filmu 5/6.

Adam Śmiech

fot. film web.pl

Literatura pomocnicza:

Jan Wasiewicz, Rola Chłopów Władysława Reymonta w kształtowaniu polskiej pamięci narodowej, [w:] Wskrzesić choćby chwilę: Władysława Reymonta zmagania z myślą i formą, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2017.

 

Redakcja