KulturaRecenzje„Oppenheimer” – film, o którym się rozmawia

Redakcja7 miesięcy temu
Wspomoz Fundacje

Christopher Nolan podjął się zadania karkołomnego – ekranizacji biografii jednego z najsłynniejszych fizyków XX wieku, twórcy bomby atomowej (choć to niewątpliwie skrót myślowy), wybitnego naukowca, postaci kontrowersyjnej, nietuzinkowej i bardzo dyskusyjnej z punktu widzenia etyki – Juliusa Roberta Oppenheimera.

Uważam, że to film niezwykle ważny i leżący w kręgu zainteresowań naszych Czytelników, to też obejrzawszy go w kinie postanowiłem podzielić się z Państwem moimi przemyśleniami, co nie będzie łatwym zadaniem, bowiem film jest długi, wielowątkowy i dostarcza widzowi prawdziwy natłok treści. Do kina szedłem z pytaniem: czy Christopher Nolan udźwignie ciężar tematyki i zdoła przedstawić postać wybitnego fizyka w sposób obiektywny? Zdania na ten temat są podzielone, ja jednak uważam, że wywiązał się z powyższego i na pytanie odpowiadam TAK.

Christopher Nolan 

Rzecz jasna to głównie dlatego, że Nolan jest reżyserem, który już nic nie musi. Mając na koncie tak wybitne filmy jak „Incepcja”, „Iluzjonista”, trylogia „Mroczny Rycerz”, „Intersellar” czy „Dunkierka”, które w dodatku były hitami kasowymi zdobył bezdyskusyjną renomę i nie jest zmuszony zabiegać o widza. Przyznam, że jestem wielkim miłośnikiem jego filmów, a nazwisko reżysera stanowi dla mnie swoistą gwarancję dobrego kina. O ten aspekt się zatem nie martwiłem, wiedząc, że warsztatowo film będzie prawdziwą ucztą, co się potwierdziło. To jednak pierwszy w karierze Nolana film biograficzny, który w dodatku jest adaptacją nagrodzonej Pulitzerem książki pióra dwóch autorów: Kai’a Birda oraz Martina J. Sherwina „Oppenheimer. Triumf i tragedia ojca bomby atomowej.”

Rzecz jasna pojawiły się komentarze o tym, że Nolan i jego zespół pominęli wiele wątków oraz ważnych postaci. Czytałem głosy, że pominięto co najmniej dwóch Polaków, którzy pracowali przy Projekcie Manhattan. Ja jednak nie czynię reżyserowi takich zarzutów, ponieważ podjął się zobrazowania bardzo obszernego fragmentu życia fizyka – od czasu studiów do okresu wielu lat po wojnie, kiedy to nadal borykał się z piętnem „ojca najstraszniejszej broni w dziejach ludzkości” i z tym, że (jak to sam powiedział prezydentowi Trumanowi) „ma krew na rękach”.

Z tego okresu można by stworzyć nie tylko trzygodzinny film (tyle trwa obraz Nolana), ale i solidny, dziesięcioodcinkowy serial, a i tak pewnie znaleźliby się tacy, którym byłoby mało. Osobiście, bardziej niż omawiania współpracowników Oppenheimera byłbym ciekaw fragmentów jego dzieciństwa, pochodził bowiem z wyjątkowej, inteligenckiej rodziny niemieckich Żydów, a sam przejawiał oznaki wybitnego umysłu już w dzieciństwie.

Swoją drogą po przeczytaniu opinii części internautów, którzy film uznali za słaby, bo był „przegadany, nic się nie działo, nie było pokazanej pożogi wywołanej wybuchami, albo (autentycznie) spodziewali się czegoś bardziej 'nolanowego’ w stylu Interstellar” utwierdzam się w tym, że przed nami ogrom pracy intelektualnej do wykonania przy młodych pokoleniach Polaków, ale dziś nie o tym.

Warsztatowe mistrzostwo!

Ten trzygodzinny obraz to prawdziwy majstersztyk w klasycznym rozumienia kina! Biorąc pod uwagę nowe wytyczne z 2020 roku Akademii Filmowej, które omawialiśmy na naszym kanale YouTube w odcinku „12 filmów, które dziś by nie powstało” film Nolana jest dokładną antytezą tego, czym dziś ma być kino i bardzo dobrze! Obraz doskonale i rzetelnie odwzorowuje opisywany świat, realia, zachowania, obyczaje, stroje oraz funkcje społeczne. Stało się to zresztą powodem ataków na twórców, które przypuściły środowiska demoliberalne, feministyczne oraz czuwające nad poprawnością polityczną. Film został uznany za rasistowski, mizoginistyczny, hołdujący patriarchalnemu porządkowi świata i już sam ten fakt (jak słusznie zauważył Kolega red. naczelny Jan Engelgard) potraktować powinniśmy za doskonałą rekomendację oraz powód by go obejrzeć.

Bardzo podoba mi się zabieg „poszatkowania” osi czasu, które jest znakiem rozpoznawczym Nolana. Za czas rzeczywisty przyjąć możemy przesłuchania, które prowadzi komisja z wyróżniającą się postacią podstawionego prokuratora Rogera Robba mającego za zadanie pogrążyć fizyka. Odpytywane są kolejne postaci, a wokół ich odpowiedzi reżyser buduje kolejne wątki całej historii. Oczywiście największy nacisk położony został tu na samego Oppenheimera, w którego fenomenalnie wcielił się Cillian Murphy znany widzom z głównej roli w doskonałym serialu „Peacky Blinders”, ale mający też na koncie współpracę z Nolanem przy „Mrocznym Rycerzu”.

an Murphy mimo niezbyt wielkiego podobieństwa do fizyka dla filmu po prostu stał się Oppenheimerem! To wyjątkowa sztuka i ogromne wyzwanie, które aktor wykonał doprawdy brawurowo, odwzorowując nie tylko spojrzenie, mimikę czy sposób mówienia, ale też pewne „zmanierowanie”, charakterystyczne dla naukowca. W połączeniu z rewelacyjnymi kostiumami i scenografią otrzymujemy efekt, który od samego początku sprawia, że nie tylko widzimy tę postać, ale i utożsamiamy się z nią w pewien sposób, a o to przecież chodzi w dobrym kinie. Na uwagę zasługuje również kilka innych, naprawdę wybitnych kreacji: Emilly Blunt jako żona, Kitty Oppenheimer – przejmująca rola kobiety, która zmaga się z własnym alkoholizmem oraz innymi problemami. Kitty i Robert pokazani są jako fatalni rodzice – ona nie mogąca znieść zamknięcia z dziećmi, pijąca „pani z wyższych sfer”, on wiecznie nieobecny, stawiający pracę naukową ponad wszystko.

Matt Damon grający porucznika Leslie Grovesa – dyrektora Projektu Manhattan z ramienia USACE (Korpus Inżynierów Armii USA) czyli agencji federalnej. Damon mocno przytył do roli i wypadł naprawdę niezwykle przekonująco jako twardy, zimny służbista, oddany oficer i absolwent West point, kontrolujący każdy aspekt pracy laboratorium w Los Alamos, które stało się dosłownie miasteczkiem naukowo-wojskowym. Robert Downey Jr. Jako Lewis Strauss – cynik, który udaje przyjaciela Oppenheimera by następnie pogrążyć go przed komisją. Strauss był członkiem AEC czyli rządowej komisji zajmującej się energią atomową.

Całość obsady wykonała świetną pracę podpartą niesamowitą charakteryzacją, taką jak np. postarzanie i odmładzanie bohaterów, które wypadło zaskakująco dobrze (Garry Oldman jako prezydent Truman jest nie do poznania). W każdej scenie widać ogromne zaangażowanie aktorów, którzy przecież w większości pojawiają się epizodycznie, w istocie stanowiąc tło (ale ważne) dla historii. Doprawdy długo nie widziałem na ekranie tylu wybitnych ról drugoplanowych, a pojawiają się tam przecież postaci naprawdę ważne dla historii XX wieku, takie jak np. Albert Einstein czy Niels Bohr!

Wątek miłosny, który stał się również punktem wyjścia do nagonki na fizyka jako sowieckiego szpiega w moim odczuciu momentami był nieco przerysowany. Świetna rola Florence Pugh jako Jean Tutlock – komunistycznej aktywistki to jedno, ale jej relacja z samym Oppenheimerem momentami była nieco groteskowo przedstawiona. Cóż, wątki miłosne nie są mocną stroną Nolana, ale na szczęście (chyba będąc tego świadom) reżyser nie wyeksponował ich przesadnie, a tylko tyle, ile konieczne było do zawiązania tej części fabuły.

Praca kamery w połączeniu ze scenografią to również majstersztyk.  Hoyte Van Hoytema, Kathy Lucas i Ruth De Jong sprawili wspólnie, że niemal każdy kadr z filmu to doskonale skomponowany obraz. Naprawdę widać tu spójność i tytaniczną pracę. Dodatkowo zwróciłem uwagę na kostiumy i rekwizyty, które zostały dopracowane w najmniejszych szczegółach. To z kolei domena Nolana, który dba o te kwestie w każdym filmie, ale tutaj to już prawdziwy festiwal „smaczków” – garnitury, garsonki, obuwie, kapelusze, okulary, zegarki (zawsze istotne dla reżysera), a nawet tak z pozoru błahy rekwizyt jak fajka – wszystko doskonale dobrane i zgodne z realiami czasów.

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o muzyce. Christopher Nolan przywiązuje do tejże ogromną uwagę, a kompozytorzy, którzy dla niego pracują ewidentnie tworzą nie tylko „pod film, ale i pod reżysera”. Znajdziemy tu nieco dźwięków elektronicznych, ale całość oparta jest na orkiestrze. Tak, jak się spodziewałem nie ma tu zbyt wiele tematów czy konkretnych melodii, a niezwykle skuteczne i plastyczne tło dźwiękowe. Są jednak i momenty przejmujące, które potęgują doznania.

To wszystko sprawia, że film ogląda się świetnie i pod względem warsztatowym nie można mu niczego zarzucić. Najlepszym tego przykładem jest sekwencja scen przeprowadzania próbnego wybuchu. Napięcie, gra aktorska, muzyka, scenografia, zdjęcia i scenariusz – dla takich obrazów warto wybrać się do kina, aczkolwiek ten film z powodzeniem można obejrzeć w domu i nie straci zbyt wiele. Jednak nie te walory sprawiły, że „Oppenheimer” stał się tak głośnym filmem, który rozbudził ożywione dyskusje na całym świecie.

Oppenheimer i Nolan – ruskie onuce!

Zarówno fizyk jak i reżyser padli ofiarą nagonki. Pierwszemu zarzucano wprost agenturalne powiązania ze Związkiem Radzieckim, a drugi zbiera krytykę za to, że nie przedstawił strony rosyjskiej odpowiednio źle. Oczywiście dyskusjom tym sprzyja sytuacja geopolityczna – obecna, jak i ówczesna, opisywana w filmie. Zarzuty te zdają się być cokolwiek przesadzone, ale na pewno rozbudzają wyobraźnię w gruncie rzeczy stanowiąc doskonałą kampanię dla filmu.

Robert Oppenheimer padł ofiarą takich oskarżeń z kilku powodów. Po pierwsze, on i jego brat mieli przekonania „komunistyczne” (jak wielu Amerykanów wówczas) – to oczywiście skrót myślowy, ale uzasadniony na potrzebę opisania filmu. Sam fizyk nigdy nie zapisał się do partii, ale brat był działaczem, a i żona w młodości sympatyzowała. Ten wątek jest zresztą doskonale omówiony w filmie. Naprawdę ujęła mnie scena, kiedy pracownicy naukowi uczelni robią spotkanie na którym omawiają potrzebę założenia własnego związku zawodowego.

Robert Oppenheimer

Po drugie, romans z Jean Tatlock, która była nie tylko postępowym psychiatrą, ale również członkiem Komunistycznej Partii USA oraz publicystką Western Worker. W trakcie trwania Projektu Manhattan prawie nie mieli ze sobą kontaktu, ale zebrane informacje na temat ich zażyłości wystarczyły by podgrzać opinię publiczną.

Po trzecie wreszcie, Oppenheimer jako naukowiec mający świadomość, że również Rosjanie pracują nad bombą atomową i będą ją mieli oraz wynikających z tego konsekwencji był orędownikiem stworzenia porozumienia między mocarstwami. Opowiadał się za jakąś formą współpracy z ZSRR na polu naukowym by uniknąć wojny, konsekwencją której mogłaby być zagłada nuklearna. Jawił się tu jako realista, ale ten etap zaczął się dopiero po zrzuceniu bomb na Japonię i to również zostało ukazane w filmie. Osobiście uważam, że jego wyrzuty sumienia oraz realizm były nieco „pod publiczkę” i służyły choćby częściowemu zmyciu z siebie plamy bycia entuzjastą wykorzystania najstraszliwszej broni, którą wcześniej stworzył wraz z zespołem. Jeśli zaś chodzi o reżysera to spotkałem się z opiniami, że w zbyt dobrym świetle ukazał on w filmie Rosjan, ZSRR i przewijający się w tle komunizm. To już jest doprawdy kuriozum, ponieważ obiektywizm z jakim Nolan podszedł do postaci kontrowersyjnego naukowca oraz jego stosunku do Związku Radzieckiego jest naprawdę godny uwagi.

Zaskakujący obiektywizm

To jest właśnie powód, dla którego nad filmem rozgorzało tak wiele dyskusji. Obraz jest zaprzeczeniem tego, do czego przyzwyczaiło nas kino ostatnich lat czyli jaskrawego, zero-jedynkowego przedstawiania świata oraz zdarzeń i postaci o których opowiada. Film nie jest laurką namalowaną przez reżysera na cześć Oppenheimera i USA, które musi być zawsze tym „dobrym szeryfem świata”. Owszem, momentami można by odnieść takie wrażenie, ale uważny widz wychwyci mnóstwo smaczków czyniących film ciekawym i niejednoznacznym. J. Robert Oppenheimer nie jest tu ani postacią złą, ani dobrą (w rozumieniu współczesnych ocen filmów). Z jednej strony genialny naukowiec – fizyk, teoretyk, wizjoner konsekwentnie dążący do celu. Z drugiej cyniczny i zimny egoista opętany własnymi ambicjami, a także (co wyraźnie pada w filmie) człowiek upolityczniony i zafascynowany planami militarnymi Roosevelta.

Spotkałem się gdzieś z bardzo naiwną opinią, która mówi, że to historia o tym jak nauka pada ofiarą polityki, a biedni naukowcy z Oppenheimerem na czele zostali zmanipulowani. Nic podobnego nie odczułem w kinie ani przez moment. Film doskonale ukazuje przenikanie się światów polityki, nauki oraz wojskowości. Sam fizyk obejmuje naukowe kierownictwo nad Projektem Manhattan doskonale zdając sobie sprawę z tego, nad czym będą pracować i jakie mogą być tego skutki. Dobiera sobie współpracowników równie ambitnych i upolitycznionych jak on sam. Zakładając laboratorium w Los Alamos przystępuje do wyścigu o stworzenie bomby atomowej i zdają sobie z tego sprawę wszyscy tam pracujący. Doskonale wiedzą o jaką siłę rażenia im chodzi, a także operują konkretnymi miarami opisując skutki wybuchu bomby.

Oppenheimer jest owładnięty obsesją wygrania tego wyścigu z Niemcami nie tylko po to, by zakończyć wojnę szybciej i ocalić miliony ludzi, ale również z powodów czysto ambicjonalnych. Kiedy w końcu ten wyścig wygrywa, a III Rzesza kapituluje jest rozczarowany tym, że bomba nie zostanie użyta na Niemcach! To wszystko jest powiedziane w filmie wprost.

Mało tego! Expresis verbis pada w scenariuszu kwestia, o której sami Amerykanie niechętnie mówią – zrzucenie bomb atomowych na Japonię nie miało żadnego uzasadnienia militarnego! III Rzesza skapitulowała, a pokonanie Japonii było kwestią dni, ale tę bombę trzeba było gdzieś zrzucić, bowiem niewykorzystana nie byłaby tak skuteczna, nie zmieniłaby losów świata tak, jak to uczyniła po zrzuceniu na Hiroszimę i Nagasaki. Podczas próbnego wybuchu trwała konferencja w Poczdamie i strona amerykańska czekała na sygnał z Los Alamos (na ekranie zostało to genialnie pokazane wraz z całym ciężarem i napięciem sytuacji).

W filmie jest ukazana scena, kiedy Oppenheimer po udanej próbie bomby mówi swoim współpracownikom jak bardzo żałuje, że bomba nie mogła być użyta na Niemcach, ale dostrzega konieczność zrzucenia jej na Japonię. W efekcie powstaje zgroza – najpotężniejsza broń wszech czasów została użyta i stała się odtąd straszliwym widmem wiszącym nad ludzkością. Film ukazuje również to, jak Oppenheimera dopadają straszliwe wyrzuty sumienia, które mogą być szczere, ale nie muszą… Być może naukowca, jako teoretyka faktycznie przygniótł ogrom śmierci i cierpienia, które przyniosło praktyczne wykorzystanie „dzieła jego życia”?  Być może jednak, że była to tylko cyniczna gra?

Film, o którym się mówi

Z obrazu Nolana wynika raczej szczerość wyrzutów sumienia Oppenheimera, ale nie odebrało mi to zaskoczenia tym, ile niewygodnych dla USA wątków zostało podjętych i całkiem obiektywnie przedstawionych w filmie. Konkluzja raczej musiała być korzystna dla genialnego naukowca – bądź co bądź to produkcja hollywoodzka. Oczywistym jest też dla mnie fakt, że film ukazał się właśnie teraz, by  przypomnieć ludziom o tym, że widmo zgrozy jaką jest broń nuklearna nie zniknęło. Jej wykorzystanie jest co prawda wariantem ostatecznym, lecz branym realnie pod uwagę… Skuteczności tego wariantu dowiedziono praktycznie, mimo, że samą broń skonstruował ambitny teoretyk. Udowodnił tym przy okazji, że nauka często bywa narzędziem polityki o czym dziś wielu ludzi zapomina czyniąc z niej swoistą religię, a z naukowców kapłanów.

Przedstawienie tych wszystkich problemów przez Nolana za pomocą biografii Oppenheimera sprawiło, że otrzymaliśmy pełnokrwisty film, który poruszył całą, światową opinię publiczną dając pretekst do dyskusji – zarówno tych bardziej, jak i mniej poważnych. Przy okazji cieszy mnie to, że najgłośniejszym filmem w tym roku (kto wie, czy nie na dłużej?) jest obraz wymykający się współczesnym standardom, a który w sukcesie kinowym mógł mierzyć się z tak „popowym wykwitem” jak „Barbie” – te produkcje długo szły „łeb w łeb” jeśli chodzi o ilość widzów, co świadczy o tym, że jest jeszcze zapotrzebowanie na dobre kino i wystarczy je ludziom dać! Christopher Nolan to właśnie zrobił – dał nam bardzo dobry film, o którym się mówi!

Bartosz Iwicki

„Oppenheimer”, Universal Pictures / Atlas Entertainment / Syncopy, reżyseria: Christopher Nolan, scenariusz: Christopher Nolan, zdjęcia: Hoyte Van Hoytema, muzyka: Ludwig Goransson, scenografia: Kathy Lucas, Ruth De Jong, kostiumy: Ellen Mirojnick, budżet: 100 mln USD, Premiera światowa: 19 VII 2023, w Polsce: 21 VII 2023; Boxoffice – zarobione już prawie 800 mln USD

fot. public domain

Myśl Polska, nr 37-38 (10-17.09.2023)

 

Redakcja

Powiązane Posty