KulturaRecenzjeIwicki: tchnienie zachodniej muzyki

Redakcja1 miesiąc temu
Wspomoz Fundacje

Nieco w ramach przeciwwagi dla mojej ostatniej recenzji rosyjskiego The Hatters, chciałbym teraz zabrać Państwa za „wielką wodę”, ale nie Ocean Atlantycki, a Indyjski – do Australii. Jest to bowiem ojczyzna wybitnego muzyka, którego twórczość Państwu przybliżę. Ta przeciwwaga nie jest z mojej strony przypadkowa – pracuję nad tekstem, w którym wyjaśnię Czytelnikom, dlaczego moje fascynacje muzyczne są tak szerokie i dlaczego Polacy rozumieją zarówno muzykę zachodnią, jak i wschodnią.

Z Antypodów

Lachy Doley to wybitny instrumentalista, kompozytor i wokalista pochodzący z Australii. Jego muzyka na wskroś przesiąknięta jest „amerykańskością”, stąd prezentuję ją jako absolutny kontrast do The Hatters.

Doley urodził się w 1978 roku, w Adelaide – mieście na południu Australii. Jest więc muzykiem średniego pokolenia, który właśnie wypływa na szerokie wody. Od najmłodszych lat fascynowała go amerykańska muzyka – blues, jazz, soul, rock, funk, gospel. Te wszystkie wpływy odnajdujemy w jego kompozycjach. Doley nie stara się czegoś na siłę udowodnić i „odkrywać koła na nowo”, sięgnąwszy świadomie po te gatunki, tworzy własne kompozycje, pokazując, że w tej muzyce jest jeszcze wiele do zagrania i wyśpiewania. Jest jednak coś, co wyróżnia go spośród ogromnej ilości muzyków obracających się w tym klimacie – nieprawdopodobna wręcz wirtuozeria, wyobraźnia i energia, którą artysta emanuje podczas koncertowych improwizacji!

Być muzyką!

Właśnie dlatego, by przybliżyć Czytelnikom tę nietuzinkową postać, wybrałem album koncertowy. Nie jest to bowiem zwykła płyta koncertowa, która stanowi pamiątkowy zapis występu. Jest to show studyjne, nagrane z niewielką publicznością z okazji 43 urodzin artysty, a całe Studio 301 zostało przygotowane tak, by występ perfekcyjnie zarejestrować, wyprodukować i następnie wydać w postaci płyty CD, winylowej oraz filmu na YouTube.

Lachy Doley Group to trio. Doley jest kompozytorem, gra na instrumentach klawiszowych i śpiewa. Towarzyszy mu sekcja rytmiczna: Joel Burton na gitarze basowej i Jackie Barnes na perkusji. Jest to syn Jimmiego Barnesa – australijskiego gwiazdora rockowego lat 1980-tych i 1990-tych, dzięki któremu Doley dał się poznać szerszej publiczności, koncertując jako klawiszowiec zespołu Burnesa. Na bębnach grywa z wokalistą syn, a chórki śpiewa córka – Mahalia Barnes. Doley zaprzyjaźnił się z całą, muzyczną rodziną, a Jackie jest stałym perkusistą w jego solowym projekcie.

Oprócz żelaznego składu, Australijczyk na koncert zaprosił naprawdę wybitnych muzyków. Wspomniana Mahalia Barnes śpiewa w chórach, a także jeden utwór solo, doskonała sekcja dęta w klasycznym składzie czyli trąbka, saksofon tenorowy, puzon oraz saksofon barytonowy. Świetny gitarzysta Franco Raggat oraz brat Lachy’iego, czyli Clayton Doley na fortepianie. Nie będę wymieniał wszystkich nazwisk, ponieważ nie są one znane polskiej publiczności.

Wszyscy muzycy tworzą niebywale skuteczną, precyzyjną „maszynę grającą”. Perfekcjonizm, ale, co ważne – nie  sterylność. W ich brzmieniu jest mnóstwo powietrza i przestrzeni – ta muzyka żyje i słychać w niej mnóstwo spontaniczności.  Każdy instrumentalista gra tylko tyle, ile potrzeba, zostawiając miejsce dla lidera, który swoją grą dosłownie hipnotyzuje.

Poza tym, że jest absolutnie genialnym klawiszowcem – moim zdaniem najlepszym obecnie w tym kręgu gatunkowym – to dodatkowo obdarzony jest ogromną charyzmą! Ten człowiek ma w sobie tyle energii oraz radości grania, że widz odnosi wrażenie, jakby grał całym sobą. O takich ludziach mawiam: on nie gra muzyki tylko jest muzyką!

Lachy Doley jest jednym z tych artystów, którzy najlepiej wypadają na żywo. Nie żeby jego albumy (własne, czy też z innymi projektami) były złe; są świetne, ale przy takim temperamencie artystycznym nie da się przekazać całego ładunku emocjonalnego przez album studyjny, chyba, że jest koncertowy! Dlatego właśnie wybrałem Live at Studio 301, by zapoznać Państwa z tym artystą.

Setlista

Wybór kawałków na koncert, zwłaszcza tak wyjątkowy, to zawsze trudne zadanie. To jest trochę jak spektakl teatralny – musi się ciekawie i wciągająco otworzyć, rozwijać z odpowiednią dynamiką, stopniowaniem emocji, zakończenie zaś musi pozostawić widza / słuchacza z zapartym tchem. No i ten album taki jest!

To w ogóle jest płyta, która zrobiła na mnie największe wrażenie w 2022 roku. Co prawda, światowa premiera miała miejsce pod koniec roku 2021, ale ja usłyszałem materiał w styczniu. Pamiętam dokładnie jak to było – tego dnia szedłem rano do pracy. Często chodzę pieszo, ponieważ później cały dzień siedzę, a droga zajmuje mi ok. 40 min, więc mam czas na posłuchanie czegoś. Wiedziałem już, co to będzie, więc natychmiast po wyjściu z domu odpaliłem, a pierwsze dźwięki dosłownie „napadły na mnie”! Serio, spodziewałem się, że to będzie świetny materiał, ale to otwarcie płyty po prostu zmiata z planszy! Sam gram i reaguję na muzykę dość żywiołowo – ludzie na ulicy mieli dobre miny patrząc na mnie, ponieważ w pierwszej reakcji wybuchnąłem głośnym, szczerym śmiechem – ha! Byłem chyba jedynym radosnym obywatelem, dziarskim krokiem zmierzającym tego ranka do pracy.

To mocne otwarcie płyty to „Give it (But You Just Can’t Take It)” – kompozycja Dole’a i Barnes’a (tak, perkusisty). Jest to funkowo-soulowy utwór, w którym słychać wyraźne wpływy takich artystów, jak Ray Charles czy w sekcji dętej Earth Wind Fire. Australijczyk nie jest wybitnym wokalistą, ale śpiewa bardzo dynamicznie i doskonale sobie akompaniuje. W tej muzyce od razu słychać, kiedy wokalista sam sobie akompaniuje i przygrywa – to tworzy rewelacyjnie zgraną całość – te zagrywki wchodzą dokładnie w punkt, przejmując partie wokalne.

Drugi numer to już ukłon w stronę rhytm & blues spod znaku Blues Brothers. To piękne uczucie – cieszy mnie od samego początku, ponieważ wiem, co za chwilę się wydarzy, nie jestem zaskoczony, a jednak to jest tak fantastycznie podane! Ta sekcja dęta, puls bębnów i basu – wszystko się zgadza.

Następny numer to zaskoczenie – cover Jimmiego Hendrixa  „Voodoo Child”, ale wykonany w trio, więc bez gitary! Hendrix na klawiszach? Tak! Tu pojawia sie ciekawostka będąca dowodem, jak wyjątkowym artystą jest Doley. Bardzo trudno „podrobić gitarę” instrumentami klawiszowymi. Nie chodzi nawet o samo brzmienie, ale o motorykę grania, która w gitarze, dzięki strunom pozwala płynnie „podciągać” dźwięki. Doley ten efekt osiągnął przerabiając piano elektryczne Hohnera, w którym źródłem dźwięku są wbudowane struny. Całą podstrunnicę z jednej strony zamontował na mostku ruchomym, podobnym do gitarowego. Do tego założył wajchę własnej konstrukcji, którą operuje dokładnie jak gitarzysta poprzez wycięcie w obudowie instrumentu. Po podłączeniu efektu gitarowego typu Wah (tzw. kaczki) nie tylko dźwięk klawisza, ale i specyfika brzmienia staje się momentami nie do odróżnienia od gitary elektrycznej. Naprawdę, trzeba to usłyszeć. Oczywiście, wirtuozeria całej trójki muzyków sprawia, ze to wykonanie standardu rockowego, pomnikowego utworu Hendrixa jest brawurowe. Muzycy grają gęsto, rasowo, czujnie i z niezwykłą dynamiką. Solówki Doley’a to prawdziwe szaleństwo, cos pięknego!

Nie będę opisywać wszystkich utworów, nie ma to sensu, ale jeszcze o dwóch muszę wspomnieć. „Love Come Around” zaśpiewany przez Mahalię Barnes to utrzymana w soulowo-bluesowym klimacie nastrojowa ballada, która mnie po prostu powaliła. Przepiękna kompozycja autorstwa Doley’a została uskrzydlona wykonaniem Mahalii. To, jak ten numer został zaśpiewany i zagrany, stanowi kwintesencję takiej muzyki, ale o tym za chwilę.

Na uwagę zasługuje również zamknięcie koncertu – kawałek Johnny’ego Nash’a „I Can See Clearly Now”. To jest już czyste szaleństwo w aranżacji oraz wykonaniu. Wszyscy muzycy doskonale się bawią, ale każdy gra precyzyjnie swoje. To jest właśnie idealnie ułożona setlista!

Szaman organów Hammond

Organy Hammonda to jeden z moich ukochanych instrumentów w ogóle. Od dziecka zasłuchiwałem się w ich brzmieniu, które ma w sobie coś absolutnie hipnotyzującego. Mój ojciec (zawodowy muzyk) zawsze miał instrumenty klawiszowe w domu i uwielbiałem choćby symulacje Hammonda. Jest to specyficzny instrument, który trzeba rozumieć i kochać, by wyciągnąć z niego to, co jest zaklęte.

Lachy Doley to nie tylko wirtuoz wprawiający w zadziwienie techniką gry na organach elektrycznych oraz bogactwem rozwiązań, które stosuje. Poziom zrozumienia instrumentu ze wszystkimi niuansami powoduje, że potrafi uchwycić nieuchwytne. Oczywiście, doskonała technika pozwala mu zagrać wszystko, co podpowiada wyobraźnia. Jego styl to połączenie najlepszych elementów od Billiego Prestona i Johna Lorda – soulowa dynamika, bluesowy time z rockowym sznytem. Kiedy gra podkład, potrafi być dosłownie w całości aranżu. Solówki to pełne spektrum – od  rytmicznej zabawy (zawsze w punkt) przez skomplikowane pasaże po melodie wynikające z harmonii utworu, ale finezyjnie ozdobione.

Doskonałym przykładem jest kawałek „Get It While You Can”, w którym gościnnie śpiewa Karren Le Andrews, a na fortepianie gra Clayton Doley (brat Lachy’iego). Muzyk na organach maluje przepiękny podkład, wkradając się subtelnymi dźwiękami między frazy wyśpiewywane przez wokalistkę. Tam, gdzie trzeba, zostawia miejsce na fortepian i chóry. Ten gospelowy numer zabiera nas na „czarne południe” i ewidentnie kojarzy się z Rayem Charlesem. Solówki, które zagrali tu obydwaj bracia Doley to prawdziwy cymes, ale Lachy wnosi właśnie tę wartość dodaną, tę magię, która czyni go prawdziwym szamanem organów Hammonda.

Granie „do tyłu”

Przy okazji recenzji The Hatters wspominałem o tym, co różni muzycznie Zachód od Wschodu. Tak jak w naszych stronach licząc „1-2-3-4” akcentujemy zawsze 1 i 3, tak całość zachodniej muzyki, zwłaszcza tej, która wyrasta z bluesowego korzenia (a w takiej stylistyce obraca się Australijczyk), zawsze akcentuje 2 i 4, co dla Polaków intuicyjnie klaszczących „na raz” czyni swoisty „tył”.

Cały zespół Doley’a czuje to doskonale. Jackie Barnes to prawdziwy skarb dla takiego bandu. Ten gość swoją motoryką gry sprawia, że wszystko jest „wyczekane” do ostatniej mikrosekundy. Kiedy gra shuffle (popularnie zwany szuflą) bluesowy, to wszystko toczy się jak parowóz. Między nim, a Doley’em istnieje wyraźnie wyczuwalna „chemia” muzyczna. Barnes jest niezwykle czujny i wrażliwy na ekspresję lidera. Wszyscy trzej muzycy tworzący trzon grupy doskonale czują i rozumieją specyfikę „grania do tyłu”.

Międzynarodowy język

Podsumowując – cały koncert to ponad półtorej godziny prawdziwej uczty dla miłośników bądź, co bądź zachodniego, a dokładniej amerykańskiego grania, chociaż w wykonaniu muzyków z Australii. Ten album to po prostu kwintesencja. Całości dopełnia doskonała realizacja dźwięku i  produkcja.

Skąd u mnie zamiłowanie do jankeskiej muzyki? Obiecuję o tym jeszcze napisać w dziale kultura „Myśli Polskiej”, a tymczasem pozostaje mi gorąco polecić wydawnictwo, które ukazało się nakładem wytwórni All The Stops i w związku z okresem świąteczno-noworocznym życzyć Państwu wszystkiego najlepszego.

Słuchajcie dobrej muzyki – bez względu na to, z jakiej części świata, w myśl tego, co śpiewał inny, wspomniany już wyżej wirtuoz organów Hammonda, Billy Preston: „Muzyka to głos Boga. Muzyka to międzynarodowy język…”.  Wszystkiego dobrego!

Bartosz Iwicki

Lachy Doley, Studios 301 Sessions, 2021.

Redakcja