WywiadyWizja Rutenii – rozmowa z Olegiem Hawiczem

Redakcja1 miesiąc temu
Wspomoz Fundacje
Zdecydują gracze zewnętrzni

– Czy realne jest powstanie w przyszłości odrębnego podmiotu państwowego obejmującego obszary Ukrainy Zachodniej? Na ile mieszkańcy tych ziem gotowi byliby poprzeć taką ideę zachodnioukraińską? Czy czują się oni społecznością odrębną od ludności Małorosji i Noworosji?

– Jeszcze przed przewrotem w lutym 2014 roku wielokrotnie pisałem, że Ukraina istnieje wyłącznie dzięki wsparciu sił zewnętrznych, przy czym nie tyle Zachodu, co Rosji. Gdy tylko ta przychylność Moskwy przestała istnieć, państwowość ukraińska prawie od razu zanikła.

To samo dotyczy hipotetycznej Ukrainy Zachodniej. Jej powstanie możliwe jest jedynie w przypadku odpowiednich ustaleń sił zewnętrznych. „Idea zachodnioukraińska” nie ma tu zbyt wielkiego znaczenia. W 1991 roku w Ukraińskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej poglądy, które określano mianem „idei ukraińskiej” wyznawało co najwyżej 20% ludności, przede wszystkim w Galicji i Kijowie oraz niewielka mniejszość w innych obwodach. I to nie przeszkodziło ogłoszeniu niepodległości Ukrainy.

Oczywiście, obecnie tzw. separatyści zachodnioukraińscy, do których się zaliczam, stanowią jeszcze bardziej nieliczną grupę w społeczeństwie niż zwolennicy niepodległości Ukrainy w ostatnich latach istnienia ZSRR. I problem polega nie tylko na tym, że w ciągu ostatnich ośmiu lat na Ukrainie panuje terror w stosunku do wszystkich inaczej myślących. Popularność koncepcji powstania odrębnego lub choćby autonomicznego podmiotu na Ukrainie Zachodniej, która na początku lat 2000. sięgała we Lwowie 30%, zaczęła gwałtownie spadać po pierwszym Majdanie.

Po zwycięstwie „pomarańczowej rewolucji” w 2004 roku zachodni Ukraińcy, którzy wcześniej uznawali się za dyskryminowaną mniejszość, poczuli „smak zwycięstwa”. W latach prezydentury Wiktora Juszczenki pojawiły się przepisy zakazujące używania języka rosyjskiego w różnych sferach, heroizacja „bojowników o wolność” w rodzaju Stepana Bandery i Romana Szuchewycza. Na dodatek ludzie pochodzący z Ukrainy Zachodniej po raz pierwszy w historii objęli tak liczne stanowiska kierownicze w różnych ministerstwach i instytucjach – przypomnijmy choćby ministra sprawiedliwości, Romana Zwarycza, który legitymował się dyplomem prawnika – absolwenta zamkniętego dla osób z zewnątrz instytutu CIA. I tacy ludzie otrzymali możliwość dyskryminowania ludności rosyjskojęzycznej, zarówno swoich podwładnych, jak i większości mieszkańców Ukrainy. Można powiedzieć, że podjęli próbę stworzenia „Ukrainy Zachodniej” w granicach USRR, według recept z lat 1920-1930., zmodyfikowanych na emigracji w okresie od 1945 do 1991 roku. Po krótkiej przerwie w latach 2010-2014 realizacja tego projektu nadal była kontynuowana, tym bardziej w warunkach, gdy zniknęła przeszkoda pod postacią milionów mieszkańców Krymu i Donbasu.

Dlatego w przypadku hipotetycznego powstania niepodległej Ukrainy Zachodniej jako jednego z podmiotów zastępujących Ukrainę w wersji z 1991 roku, byłaby ona automatycznie państwem rewanżystowskim. Ludzi, którzy wzywać będą do stworzenia normalnego państwa wschodnioeuropejskiego na wzór Słowacji, oskarżać się będzie o zdradę. Sprawia to, że przed siłami zewnętrznymi, które podjęłyby taką decyzję, pojawi się konieczność przeprowadzenia przyspieszonej denazyfikacji na wzór tej, którą Zachód przeprowadził w powojennych Niemczech.

Jeśli chodzi o różnice pomiędzy mieszkańcami Ukrainy Zachodniej a ludnością Małorosji i Noworosji, to są one dla wszystkich oczywiste. Co więcej, duża część Galicjan traktuje „schidniaków” jako ludzi niższego gatunku; to nawet nie nazizm, lecz rasizm. Wszystko to trzeba by brać pod uwagę przy podejmowaniu decyzji o dalszych losach tej części Ukrainy.

Ruteni czyli Rusini

– Proponuje pan nazwanie państwa zachodnioukraińskiego Rutenią. Skąd ta nazwa? Co oznacza? Jak brzmiałby pochodzący od niej etnonim?

– Nazwa Rutenia w średniowieczu była często używana na określenie ziem dawnej Rusi, które znalazły się pod kontrolą Rzeczypospolitej. To właściwie zlatynizowana nazwa Rusi. Oczywiście, w węższym znaczeniu Rusią określano województwo ruskie (obecny obwód lwowski i iwanofrankowski), ale, gdy mówiono o Wołyniu, Podolu itd., również używano określenia „na Rusi”. Rdzenną ludnością tych obszarów są Rusini, których w tekstach łacińskich nazywano Rutenami (łac. Ruthenen).

Gdy Galicja i Bukowina weszły w skład Imperium Austriackiego, zrezygnowano z wymyślania czegoś nowego, tym bardziej, że Rusini-Ruteni byli już wśród poddanych cesarza austriackiego – mieszkańcy obecnego Zakarpacia, które wówczas nazywano Rusią Karpacką. Tymczasem pod koniec XIX wieku Rusinów uznano w Wiedniu za narządzie ekspansji na Wschód, której celem było przyłączenie do monarchii austro-węgierskiej ziem zamieszkanych przez Małorosjan.

Na podstawie toponimu Ukraina wprowadzono do obiegu etnonim „Ukrainiec”, który Austro-Węgry zaczęły propagować w Galicji i Bukowinie oraz popularyzować na terytorium Imperium Rosyjskiego. Jednak jeszcze po I wojnie światowej ponad 1/3 mieszkańców tych prowincji austriackich, które weszły wówczas w skład Polski i Rumunii, uznawała się za Rusinów, a nie Ukraińców. Ukrainizacja w ogóle nie dotarła na obecne Zakrapacie, które weszło w skład Czechosłowacji jako Ruś Podkarpacka.

Zatem w przypadku powstania niezależnego podmiotu państwowego na terenie byłych zachodnich obwodów USRR rezygnacja z określenia „Ukraina” w nazwie stanowiłaby ważny element walki z rewanżyzmem, roszczeniami wobec Kijowa itd. Jeśli byłaby potrzebna jakaś nowa nazwa, po co wymyślać nową, skoro jest już Rutenia? Tym samym jej mieszkańcy byliby „Rutenami”, zaś słowo „Rusin” oznaczałoby pochodzenie etniczne. W tym ostatnim sensie byłoby logiczne zaprzestanie oficjalnego użycia etnonimu „Ukrainiec” i zastąpienie go „Małorosjaninem” lub „Noworosjaninem”, w zależności od miejsca urodzenia danego obywatela Rutenii.

Granice i stolica

– Jakie tereny weszłyby w skład Rutenii? Jak wiadomo, Galicjanie są zazwyczaj grekokatolikami, a Wołynianie – prawosławnymi. Na dodatek Rusini z Rusi Podkarpackiej (Zakarpacia) nie przepadają za Galicjanami. Jak wszystkie te tereny mogłyby znaleźć się w jednym państwie?

– Osobiście jestem zwolennikiem „Wielkiej Rutenii”, w skład której weszłyby nie tylko Bukowina, Galicja i Zakarpacie, ale też Wołyń (obwody wołyński i rówieński) oraz Podole (obwód chmielnicki). Byłoby to 10-milionowe państwo z niezłymi perspektywami rozwoju gospodarczego – dwiema elektrowniami atomowymi (rówieńska i chmielnicka), połączonym z nimi w jeden kompleks dniestrzańskim węzłem hydrologicznym w obwodzie czerniowieckim, systemem wewnętrznych i zewnętrznych linii logistycznych i nie do końca jeszcze zniszczonym przemysłem.

Trzeba jednak być realistą. Ostatnie oświadczenia Moskwy pokazują, że zamierza ona przejąć pod kontrolę (pytanie: czy bezpośrednią czy pośrednią?) wszystkie regiony, na których znajdują się obiekty jądrowe. Wszystko zatem wskazuje, że pojawi się możliwość powstania „Małej Rutenii” na tych ziemiach, które zamierzała objąć w 1918 roku Zachodnioukraińska Republika Ludowa: Galicji Wschodniej (obwody lwowski, iwanofrankowski i tarnopolski), Bukowinie Północnej (obwód czerniowiecki bez części besarabskiej) i Rusi Podkarpackiej (Zakarpacia).

– Jaki mógłby być ustrój takiego państwa? Gdzie byłaby jego stolica?

– Oczywiście, biorąc pod uwagę wspomniane przez pana zróżnicowanie wewnętrzne, jedynym rozwiązaniem byłby dla Rutenii ustrój federalny zakładający szerokie uprawnienia wchodzących w skład federacji podmiotów. Lwów musiałby być jej odrębnym podmiotem, aby nie doszło do dominacji Galicji, zaś stolicę takiego państwa trzeba by ustanowić w jakimś niewielkim miasteczku, ewentualnie zbudować od zera.

Język, godło, flaga, hymn

– A jaki obowiązywałby język urzędowy?

– Ruteński czyli w istocie ukraiński z jego regionalnymi charakterystykami, być może z zastosowaniem podwójnego alfabetu – cyrylicy i łacińskiego. Dodatkowe języki urzędowe każdy z podmiotów federacji i każde miasto mogłyby ustanawiać według własnego uznania. Oczywiście, takie podejście trzeba by stosować też w systemie oświaty, a wszystkie zakazy językowe ustanowione przez pomajdanową Ukrainę wyrzucić do kosza.

– A godło i flaga?

– Godło, flaga i hymn Rutenii powinny mieć jak najmniej wspólnego z obecną Ukrainą. Choć z drugiej strony używanie zestawienia żółto-błękitnego na flagach miało po raz pierwszy miejsce we Lwowie w 1848 roku, na mocy decyzji Głównej Rady Ruskiej.

Swego czasu proponowałem flagę Rutenii na bazie prostego krzyża św. Jerzego, z symboliką podmiotów federacji wokół niego. Byłyby to w obecnych realiach Lew (Lwów), Kawka (Galicja), Tur (Bukowina) i Niedźwiedź (Podkarpacie). Krzyż i symbolika powinny być żółtego koloru, na błękitnym tle. Wersją uproszczoną flagi mógłby być szeroki żółty krzyż św. Jerzego na błękitnym tle, przy czym umieszczony centralnie, żeby nie było pomyłek z flagą Szwecji.

Mam zbyt małą wiedzę heraldyczną, by zaproponować herb Rutenii, ale – rzecz jasna – musiałby on zawierać również krzyż św. Jerzego i wspomniane symbole. Wiersz Aleksandra Duchnowicza, organizatora oświaty Rusinów Zakarpackich Byłem, jestem i będę Rusinem zasługuje na to, by stać się słowami hymnu, bo dotyczy, moim zdaniem, wszystkich Rusinów, nie tylko zakarpackich. Oczywiście, potrzebna byłaby jego adaptacja, dostosowanie do reguł aktualnego języka i realiów politycznych, ale i tak te zmiany byłyby mniejsze niż na przykład w przypadku hymnu Federacji Rosyjskiej, która przejęła hymn radziecki, lecz całkowicie zmieniła jego słowa.

Denazyfikacja jak w powojennych Niemczech

– Ale przecież na Ukrainie Zachodniej rozpowszechniony jest kult Bandery i Szuchewycza, którzy byli zwolennikami Ukrainy od Donu do Sanu, czyli nawet większej niż ta w granicach z 2014 roku. Co z neobanderowcami, którzy raczej nie zechcą wyrzec się Wielkiej Ukrainy?

– Wspomniałem już o konieczności przyspieszonej denazyfikacji, przy przeprowadzeniu której trzeba skorzystać z metod wypróbowanych w Niemczech. Każdy mieszkaniec Rutenii będzie musiał odwiedzić miejsca zbrodni wojennych dokonywanych zarówno przez „starych” nazistów, banderowców i melnykowców, jak i ich następców na Ukrainie z lat 2014-2022.

Poza tym w każdym z miejsc masowych mordów dokonywanych na Polakach i Żydach powinien powstać memoriał z prawdziwego zdarzenia – warto tu skorzystać z doświadczeń Izraela. Każdy Ruten powinien kilka razy odwiedzić takie miejsca pamięci, a także Dom Związków Zawodowych w Odessie, Aleję Aniołów w Doniecku (miejsce pamięci zabitych przez wojska ukraińskie dzieci z Donbasu), wysłuchać historii o tych potwornych przestępstwach. Wyjazdy takie zaczynać trzeba już od uczniów młodszych klas, choć z myślą o nich trzeba będzie przygotować bardziej miękki przekaz, by nie łamać dziecięcej psychiki.

Odcięcie się od kultu Bandery, Szuchewycza, Tarasa Borowcia, Andrija Melnyka i innych nacjonalistów ukraińskich stanie się nie tylko postulatem Polski, lecz zostanie zrealizowane na terytorium całej byłej USRR, w każdym przypadku, niezależnie od tego czy powstanie Rutenia.

Z hasłami rewanżystowskimi można skutecznie walczyć bardzo prostym sposobem, nie pozbawiając obywatelstwa Rutenii, przekazywać ich autorów organom ścigania Małorosji, Noworosji, Donieckiej Republiki Ludowej czy Ługańskiej Republiki Ludowej, jako osób podważających ich integralność terytorialną.

Polska i inni sąsiedzi

– Czy po porzuceniu kultu Bandery i Szuchewycza możliwe stanie się pojednanie Rutenii z Polską?

– Rutenia będzie miała z Polską, Rumunią, Węgrami, Czechami i Słowacją innego rodzaju problemy. Pierwszym z nich będzie kwestia restytucji mienia należącego do obywateli tych krajów przed wybuchem II wojny światowej. Sprawę tą trzeba będzie, prędzej czy później, załatwić i wypłacić rekompensaty, żeby uniknąć zwrotu nieruchomości i ziemi. Poza tym Rutenia będzie musiała przy wsparciu finansowym Zachodu zatroszczyć się o zabytki i obiekty sakralne, które przez władze ukraińskie były zapomniane tylko dlatego, że kojarzyły się z kulturą innych narodów.

Jest jeszcze jeden aspekt: pojednanie Rutenii z jej europejskimi sąsiadami będzie możliwe wyłącznie pod warunkiem, że porzucą one – przede wszystkim dotyczy to Polski – swoją politykę antyrosyjską i wejdą na drogę pragmatyzmu politycznego. Jednym z przejawów tego procesu będzie zresztą zgoda Zachodu na powstanie Rutenii.

Bez religii państwowej

– A co będzie ze sprawami wyznaniowymi? Czy będzie jakaś dominująca religia Rutenii? Co stanie się z Cerkwią prawosławną, biorąc pod uwagę fakt, że większość mieszkańców Wołynia związanych jest z Patriarchatem Moskiewskim?

– Nawet w „Małej Rutenii” sporo jest parafian Patriarchatu Moskiewskiego, nie tylko na Bukowinie, ale i na Zakarpaciu, w Galicji. Nawiasem mówiąc, grekokatolicy dokonują tam teraz masowo przejęć świątyń Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego i atakują prawosławnych duchownych. Tak czy inaczej, w Rutenii nie będzie mogło być żadnej religii państwowej czy nawet uprzywilejowanej. Co więcej, kler Kościoła katolickiego obrządku bizantyjsko-ukraińskiego trzeba będzie oduczyć myślenia, że ich religia ma taki uprzywilejowany status, obecnie zresztą nie tylko w Galicji.

Równymi prawami powinni cieszyć się prawosławni, grekokatolicy, katolicy, różne kościoły protestanckie (mają one całkiem sporo wiernych w regionie), muzułmanie, judaiści, buddyści, krisznaici, zoroastrianie itd.; wszystkie związki wyznaniowe powinny być przy tym oddzielone od państwa. Władze powinny jedynie pilnować, by niektóre wspólnoty nie nabierały cech ekstremistycznych, jak to się stało z niektórymi parafiami w Kijowie w czasie Majdanu 2014 roku. Nawiasem mówiąc, powstanie Rutenii może w końcu pomóc zjednoczyć grekokatolików, podzielonych między metropolię galicyjską a mukaczewską.

Rutenia Habsburgów?

– Twierdzi pan, że Rutenia powinna być monarchią. Skąd ten pomysł? Kto miałby panować?

– Monarchia to typ ustroju państwowego, w który bardziej wierzę, choć nie wynika to z jakichś kalkulacji. Nie chciałbym zachowywać się jak agitatorzy o niepodległość Ukrainy w 1991 roku i uciekać się do argumentacji, że „wszystkie monarchie europejskie zapewniają swoim poddanym wyższy poziom życia od tego, który republiki zapewniają swoim obywatelom” (choć tak w istocie jest).

W propozycji ustroju monarchicznego dla Rutenii jest jednak również pragmatyzm. Bo przecież to państwo miałoby na początku problem z wieloma konfliktami wewnętrznymi, które łagodzić może i tonować właśnie postać monarchy, uosabiająca stabilność i łączność z Europą. Poza tym uchroniłoby nas to od ustanowienia urzędu prezydenta, a szczególnie jego bezpośrednich wyborów, które w naszych warunkach zawsze kończą się dyskryminacją wyborców, których kandydaci przegrali.

Najważniejsze jest jednak to, że hipotetyczna Rutenia posiada realnego i prawomocnego monarchę. Jest nim głowa Domu Habsburgów, Karl von Habsburg, wnuk ostatniego cesarza Austro-Węgier, również Karla, którego Kościół rzymskokatolicki beatyfikował. Owszem, jego ojciec Otto von Habsburg, zrzekł się tytułu cesarza Austrii, króla Węgier, Bohemii i Moraw (Czech), żeby móc odwiedzać te kraje. Jednak tytuły króla Galicji i Lodomerii (Galicji i Wołynia), a także księcia Bukowiny, nadal przysługują zgodnie z prawem Karlowi von Habsburgowi. Jest pewien problem z Zakarpaciem, które należało do korony węgierskiej, ale – biorąc pod uwagę wpływy Domu Habsburgów – można z powodzeniem wprowadzić tytuł księcia mukaczewskiego i zakarpackiego, który przejmie król Rutenii. Tym bardziej, że wszystkie podmioty federacji będą miały równy status i tak czy inaczej trzeba będzie stworzyć nowy tytuł wskazujący na władzę monarchy nad Lwowem.

Sądzę, że istotne jest też, że Karl von Habsburg jest katolikiem, czyli przedstawicielem wyznania chrześcijańskiego, które w dającej się przewidzieć przyszłości nie może uzyskać dominującej pozycji w Rutenii. Tym samym będzie on bezstronnym rozjemcą w przypadku konfliktów między grekokatolikami a prawosławnymi.

Potencjalny monarcha ma również kontakty w Rosji; kilka lat temu spotkał się z byłym ministrem obrony Donieckiej Republiki Ludowej, Igorem Girkinem. Najważniejsze są jednak relacje Habsburgów w Europie, które zagwarantowałyby Rutenii nie tylko uznanie jej państwowości, ale i odpowiedni wizerunek w oczach Europejczyków. To bardzo ważne dla przyciągnięcia inwestycji do tego pięknego kraju, który powinien powrócić do Europy po dziesięcioleciach okupacji radzieckiej i ukraińskiej.

– Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Mateusz Piskorski

Oleg Hawicz (ur. 1968 r. w Czerniowcach) – ukraiński dziennikarz, publicysta, założyciel i dyrektor Instytutu Badań Zachodnioukraińskich. Absolwent Narodowej Akademii Administracji Państwowej przy Prezydencie Ukrainy.

Redakcja