ŚwiatFrancuzi – obywatele, czy tylko wyborcy?

Redakcja7 miesięcy temu
Wspomoz Fundacje

Kampania wyborcza przed mającymi się odbyć 24 kwietnia wyborami prezydenta Republiki Francuskiej wywołuje coraz więcej emocji w panującej obecnie atmosferze ogólnego zamieszania.

Napięcia społeczne mogą być już wyrażane wyłącznie za pomocą przemocy, bo słownik pojęć politycznych stracił swoje znaczenie. Te same określenia, używane przez różne osoby, mają diametralnie odmienne znaczenie. W całym tym zgiełku wydaje się, że nikt nie zauważył, iż kraj przestał być już demokracją, a nawet republiką.

Podobnie jak inne kraje zachodnie, Francja również odnotowuje zauważalne kurczenie się klasy średniej, której miejsca pracy przenoszone są do Azji. Na skraju ubóstwa ukształtowała się nowa, złożona z pracowników najemnych, którzy zmuszeni byli do opuszczenia wielkich miast i migracji na prowincję, klasa społeczna. To właśnie jej przedstawiciele wyszli na ulice w żółtych kamizelkach w 2018 roku, domagając się większej sprawiedliwości społecznej.

Poraniona Francja

W tym samym czasie bardzo niewielka grupa ludzi skorzystała z zainwestowanego przez siebie kapitału, stając się niewyobrażalnie bogatą. Choć nie jest to zjawisko nowe, jednak nigdy do tej pory skala wzbogacenia się tak nielicznej grupy nie była tak wielka. Bez wątpienia ten bezprecedensowy wzrost zamożności uniemożliwia funkcjonowanie systemu demokratycznego, który wymaga istnienia względnej spójności społecznej. Wyborcy, którzy zdają sobie sprawę z tego, że ich głos znaczy coraz mniej, rezygnują masowo z udziału w wyborach. Większość z nich została w domu podczas wyborów parlamentarnych w roku 2017, a aż 2/3 nie wzięła udziału w wyborach na szczeblu regionów i departamentów w 2021 roku. Choć Francja ma nadal instytucje demokratyczne, praktyka stała się od niej bardzo odległa.

Transformacji klas społecznych towarzyszy ogólna zmiana profilu ludności. Miliony ludzi z Afryki i Azji przybywają zwabieni europejskim poziomem życia. Ich skupiskami są przedmieścia wielkich miast. Nawet nie próbują integrować się z resztą społeczeństwa, bo są pogardzani przez zamerykanizowane elity francuskie i mogliby co najwyżej dołączyć do żółtych kamizelek. Dlatego to oni próbują narzucić otoczeniu swoje przyzwyczajenia i obyczaje.

Społeczeństwo podzielone jest na trzy grupy: z jednej strony przywiązaną do kultury francuskiej większość, z drugiej – kilka milionów wykorzenionych imigrantów, a z trzeciej – zapatrzone w Stany Zjednoczone i nie dostrzegające ich upadku elity. Po raz pierwszy podziały te mają charakter również geograficzny: prowincja zamieszkana jest przez zubożałą klasę średnią, przedmieścia wielkich miast – przez imigrantów, a centra metropolii przez elity.

Na dodatek epidemia COVID-19 spowodowała dodatkowe zadłużenie; lęk przed dużą liczbą zgonów w krótkim czasie doprowadził do zamknięcia całej populacji w domach, co pozbawiło ludzi środków utrzymania. Państwo musiało się w związku z tym mocno zadłużyć, by móc świadczyć pomoc społeczną i utrzymać poziom życia ludności. Dług publiczny wynosi obecnie 115% rocznego PKB, pozostawiając kraj w sytuacji bezalternatywnej.

Brak debaty

Od odejścia prezydenta Jacquesa Chiraca w 2005 roku Republika Francuska pozostaje w praktyce bez przywództwa. Nastąpiła wówczas konfrontacja między dwoma ministrami, Dominique de Villepinem i Nicolasem Sarkozy’m. Wybór tego drugiego na prezydenta miał być otwarciem nowego etapu pogrążonego w letargu kraju, lecz okazał się on wkrótce być przez swoje związki małżeńskie przyszywanym wnukiem amerykańskiego założyciela służb specjalnych NATO. Później wybrany prezydentem został François Hollande, człowiek, za którym nie stał ani naród, ani nawet żaden z nurtów popierającej go Partii Socjalistycznej; a na koniec Emmanuel Macron, obiecujący pojednanie pomiędzy prawicą a lewicą, a w rzeczywistości jeszcze bardziej dzielący kraj. Wyborcy pomylili się trzy razy z rzędu, przy czym każda kolejna pomyłka była gorsza od poprzedniej.

Wybory prezydenckie 2022 roku znów przypominać miały rosyjską ruletkę; wyborcy mieli oddać swe głosy na któregoś z polityków, z którymi się nie utożsamiają; tego, którego darzą najmniejszą niechęcią. Nagle pojawiła się jednak kandydatura człowieka spoza systemu, publicysty Érica Zemmoura. W ciągu kilku tygodni zdołał on uczynić z kwestii tożsamości francuskiej główną oś debaty publicznej, a do tego ogłosić powstanie wielkiej partii politycznej Rekonkwista (franc. Reconquete), która ma zjednoczyć wszystkich rozczarowanych wobec ugrupowań systemowych. Co, którzy go znają, zapewniają nas, że jest on człowiekiem otwartym i tolerancyjnym; inni jednak wciąż przekonują, że jest antyarabski i że należy o tym pamiętać.

Debata publiczna przestała być tymczasem racjonalna, szczególnie od chwili, gdy lekarzom zabroniono leczenia COVID-19 i nakazano im eliminować tą chorobę za pomocą „szczepionek” RNA. Nie ma zatem znaczenia, po której stronie stajesz. Jedynym podziałem staje się ten dotyczący wiary w tzw. szczepionki lub heretyckie przekonanie o możliwości leczenia choroby wywołanej przez koronawirusa. Prezydent Macron udzielił niedawno dwugodzinnego wywiadu telewizyjnego. O swoich osiągnięciach zbyt wiele nie powiedział, za to ostro skrytykował swoich przeciwników. Nie przemawiał z profesorskiej katedry, lecz starał się tworzyć wrażenie, iż współczuje i rozumie problemy każdego. To będące wzorem nowego stylu politycznego wystąpienie pozwala każdemu widzowi znaleźć w nim coś dla siebie. Każdy mógł w nim odnaleźć potwierdzenie swoich lęków i obsesji. Emmanuel Macron apelował i do emerytów, których długość życia spada w związku z COVID-19, i do klas wyższych, które obawiały się o swój stan posiadania w związku z pojawieniem się ruchu żółtych kamizelek. Okazuje się, że prezydent może liczyć na 1/3 elektoratu, nie odwołując się do jakichkolwiek argumentów, ani nie proponując żadnych rozwiązań.

Chaos aksjologiczny

Francuzi nie mogą już dokonywać wyboru pomiędzy tradycją a redystrybucją majątku, rozróżniać prawicę od lewicy. Ma to związek ze szczególnymi wydarzeniami historycznymi, przez które przeszli. Prezydent François Mitterrand wywodził się z Partii Socjalistycznej. W rzeczywistości jednak ten niespotykanie inteligentny człowiek zaczynał jako kolaborant III Rzeszy. Choć później zdawał się o tym nie pamiętać, został nawet odznaczony przez marszałka Philippe’a Pétaina. Nie zmienił poglądów, lecz jedynie przystosował je do nowych czasów. Nigdy nie zerwał ze swymi skrajnie prawicowymi przyjaciółmi. Jeden z nich był szefem jego sztabu wyborczego, a następnie towarzyszył mu w Pałacu Elizejskim (chodzi o Françoisa Duranda de Grossouvre, który sprowadził w latach międzywojennych do Francji Ku Klux Klan). Zastanawiał się nawet nad tym, by nominować na szefa socjalistycznego rządu byłego szefa wydziału kolaboracyjnej propagandy, André Bettencourta, który po wojnie został najbogatszym człowiekiem we Francji. Całe życie Mitterranda nacechowane było schizofrenią; miał nawet dwie rodziny – żonę – socjalistkę i żonę – zwolenniczkę skrajnej prawicy. Sam był człowiekiem skrajnej prawicy stojącym na czele zjednoczonej lewicy.

Gdy doszedł do władzy, roztoczył protekcję nad federacją niewielkich grup neofaszystowskich, jaką był Front Narodowy (FN). Ugrupowanie to stworzone zostało zgodnie z wytycznymi generała Charlesa de Gaulle’a, który chciał zjednoczyć pozostałości kolaborantów Vichy i terrorystów z okresu wojny w Algierii, by mogły one funkcjonować pod czujnym okiem jego służb specjalnych. Po zabójstwie weterana francuskiego wywiadu w Afryce, lidera FN Françoisa Duprata, na czele partii stanął Jean-Marie Le Pen, który jako parlamentarzysta w 1958 roku aktywnie wspierał przejęcie władzy przez de Gaulle’a. Mitterrand finansował jego działalność z tajnych, szwajcarskich kont Pałacu Elizejskiego. W ten sposób gaullista Le Pen stanął na czele antygaullistów.

Jego córka, Marine Le Pen, która odziedziczyła po nim partię, doprowadziła do jej ucywilizowania. Nie żyli już kolaboranci Vichy i terroryści z OAS. Ugrupowanie pod jej kierownictwem zmieniło nazwę na Zgromadzenie Narodowe (RN), choć zachowało pewne elementy retoryki swego poprzednika, odrzuciło krytykę gaullizmu i wydaje się dziś gaullistowskie. To zresztą logiczne, biorąc pod uwagę jego historię, choć wielu ludzi jej nie znających nie może tego zrozumieć. Przez wiele lat wszyscy oskarżali RN o skrajną prawicowość, choć w żadnym stopniu partia ta skrajną prawicą nie jest.

Litanie starych partii

Choć faktycznym kontynuatorem gaullizmu jest RN, w sensie prawnym są nim Republikanie. Pod rządami Nicolasa Sarkozy’ego porzucili oni jednak podstawowe zasady gaullizmu i złożyli hołd globalnemu seniorowi – Stanom Zjednoczonym. Poparli stworzenie ponadnarodowej Unii Europejskiej, powrót armii francuskiej pod wspólne dowództwo NATO znajdujące się pod kontrolą amerykańską i zrezygnowali z integracji imigrantów. W tych wyborach reprezentować będzie ich inteligentna, władająca językiem rosyjskim i japońskim Valérie Pécresse. W rzeczywistości wywodzi się ona z szeregów zamerykanizowanej elity. Jej przedstawicielem jest jej mąż, wiceprezes Alstomu, jedyny członek poprzedniego zarządu firmy, który zachował swoje stanowisko po przejęciu tego przemysłowego giganta przez amerykańską General Electric.

Partia Republiko Naprzód! Emmanuela Macrona zdołała wznosić się ponad podział na prawicę i lewicę zaledwie przez kilka pierwszych miesięcy swego istnienia. Później nieustannie kluczyła, starając się zadowolić wszystkich, i w efekcie wszystkich rozczarowała. Pałac Elizejski mówił wiele, lecz robił bardzo mało, poza działaniami, które podejmował na rzecz swoich starych przyjaciół z funduszy inwestycyjnych w rodzaju BlackRock i KKR. Emmanuel Macron nie ma żadnego programu, posiada jednak zdolność zaczarowywania elektoratu obiecując każdemu wszystko, lecz nigdy tych obietnic nie zamierzając realizować. Nie mając już poparcia większości, nie może zbyt wiele zdziałać i staje się bezużyteczny dla swoich sponsorów. Nadal jednak jakoś się utrzymuje.

Lewica stchórzyła i porzuciła klasę pracującą. Pozostaje co najwyżej ruchem niewielkich grupek pochodzących z wyboru polityków i kolejnych pokoleń ich dzieci. Po manipulacjach epoki Françoisa Mitterranda Partia Socjalistyczna stała się garstką marzycieli proponujących zmianę świata, choć jednocześnie tego świata nie rozumiejących. Partia Komunistyczna pozostała taką jedynie z nazwy i nie ma już żadnych propozycji dla proletariatu naszych czasów. Niepokorni Jeana-Luca Mélenchona znaleźli się w rozkroku pomiędzy marksizmem swojego lidera a trockistowskim lewactwem jego bojówek.

Yannick Jadot z Zielonych próbuje przekonywać siebie i innych, że rezygnacja z paliw kopalnych i energii nuklearnej doprowadzi do powstania nowych miejsc pracy. Mimo pewnych pozorów, jego wyborcy są kontynuatorami długiej tradycji sięgającej króla Ludwika XVI w Varennes, Adolphe’a Thiersa w Wersalu i marszałka Philippe’a Pétaina w Montoire, i głoszącej, że kopiowanie niemieckiego modelu rozwoju pozwoli utrzymać dobrobyt.

Kto przywróci pojęcie obywatelstwa?

Ta nużąca już lista partii politycznych charakteryzuje się całkowitym niedostosowaniem do wyzwań naszych czasów. Mogły one głosić rzeczy aktualne w epoce przemysłowej, lecz nie w dobie Internetu. Obecnie struktury pionowe zastąpione zostały przez sieciowe, a partie wciąż nie przeszły tej transformacji.

Wbrew dominującemu poglądowi, to nie populiści, lecz elity przyczyniają się do zniszczenia demokracji (w klasycznym greckim rozumieniu tego słowa). Rada Najwyższa Radia i Telewizji wprowadziła już nie mającą podstaw prawnych zasadę mówiącą, że dziennikarze, którzy ogłosili swój udział w wyborach, nie mogą pojawiać się na antenie. Następnie sąd skazał byłego prezydenta republiki za sprawę, która była już przedmiotem orzeczenia Narodowej Komisji Rachunków Wyborczych. A na koniec jedna z partii politycznych zażądała od sądu uniemożliwienia kandydowania jednego ze swoich przeciwników na podstawie swojej własnej interpretacji wypowiadanych przez niego słów.

Niska frekwencja wyborcza okazuje się korzystna dla partii politycznych. Łatwiej im przecież przekonać do siebie połowę społeczeństwa niż całe. Uważają też, że tak jest lepiej, bo przecież nie wszyscy muszą angażować się w zrozumienie spraw, które skomplikowane są nawet dla ekspertów. Są w błędzie. Ktokolwiek zwycięży i zasiądzie w Pałacu Elizejskim, nie będzie miał realnej władzy.

Choć Francuzi są państwowcami i pasjonują się polityką, coraz mniej skłonni są podporządkowywać się politykom. Pogłębia się kryzys, który zaczął się siedemnaście lat temu. Wyjściem z niego może być jedynie powrót do suwerenności narodowej i suwerenności ludu. Choć dziś, pod wpływem Zemmoura, niektórzy mówią o konieczności przywrócenia tej pierwszej, nikt nie ma odwagi, by powiedzieć o tej drugiej. Nikt już nie wie, co znaczy być obywatelem.

Czas zniszczył nie tylko demokratyczną praktykę, lecz również fundament Francji – republikę (w rzymskim znaczeniu tego słowa). Wbrew temu, o czym uczy się w szkołach, republika to nie po prostu sposób wyłaniania przywódcy. Nie jest ona też przeciwieństwem monarchii czy cesarstwa; król Henryk IV (1589-1610), który położył kres religijnym wojnom domowym, uważał się za republikanina; Napoleon I (1804-1815), który dokończył dzieła rewolucji, koronował się na „Cesarza Republiki Francuskiej”.

Republika wiąże się z przeniesieniem partykularyzmów do sfery prywatnej przy jednoczesnej służbie wspólnym interesom w sferze publicznej. To model szczęścia czerpanego z życia we wspólnocie. Tymczasem obecny kryzys polityczny doprowadził do tego, że wycofaliśmy się do swoich wspólnot mniejszościowych.

Przed dwoma wiekami Francja wstrząsnęła światem, gdy jej lud przejął władzę polityczną. Nie chodzi przy tym o to, że każdy obywatel ma mieć opinię na każdy temat, lecz raczej o to, że każdy zdolny jest do wzięcia odpowiedzialności za swój los w sprawach życia codziennego. Od tamtych czasów doświadczyliśmy regresu. Nasze elity stały się pasożytnicze. Nie podlegają już suwerenowi, lecz swojemu amerykańskiemu patronowi. Dwieście lat temu Francja zreorganizowała się po to, by dzięki centralizacji zlikwidować nierówności pomiędzy regionami. Obecnie centralizacja oznacza odebranie władzy obywatelom przez paryską biurokrację. Dwieście lat temu laicka Francja zrezygnowała z pełnego hipokryzji kleru na rzecz prawa do własnej interpretacji religii. Dziś media, niczym nowy kler, narzucają nowe dogmaty i nową moralność.

Lud się gotuje, ale wciąż siedzi cicho. Jak długo wytrzyma?

Thierry Meyssan, Paryż

Thierry Meyssan (ur. 1957 r. w Talence) – francuski dziennikarz, pisarz i publicysta. Był doradcą władz Syrii i Iranu. Przewodniczący międzynarodowej organizacji pozarządowej Sieć Woltera (franc. Réseau Voltaire).

Myśl Polska, nr 1-2 (2-9.01.2022)

Redakcja