OpinieSzczyt warszawski z Putinem w tle

Redakcja2 miesiące temu
Wspomoz Fundacje

Spotkanie liderów partii konserwatywnych, narodowych i uniosceptycznych w Warszawie odbiło się szerokim echem nie tylko w Polsce.

Obok Jarosława Kaczyńskiego (PiS) i Viktora Orbana (Fidesz) w spotkaniu wzięła udział Marine Le Pen (Zjednoczenie Narodowe). To ona przykuła największą uwagę mediów, choć wypada wymienić jeszcze innych uczestników. Byli to: Santiago Abascal (Vox), Marlene Svazek (Wolnościowa Partia Austrii), Tom Van Grieken (Interes Flamandzki), Martin Helme (Estońska Konserwatywna Partia Ludowa), Laura Huhtasaari (Tożsamość i Demokracja), Waldemar Tomaszewski (Akcja Wyborcza Polaków na Litwie), Rob Roos (Ja21) i Aurelian Pavelescu (Narodowo-Chłopska Partia Chrześcijańsko-Demokratyczna). Zwraca uwagę obecność Waldemara Tomaszewskiego, który był w Polsce i na Litwie często atakowany za „prorosyjskość”.

Czy jest to skład nadający spotkaniu warszawskiemu jakieś poważniejsze znaczenie? Na pewno partie Fidesz i PiS, jako partie rządzące, nadały szczytowi warszawskiemu powagi. To partie reprezentujące obecnie dwa kraje Unii Europejskiej. Pozostałe partie uczestniczące mają mniejsze lub większe znaczenie – na pewno silną pozycję we Francji ma Marine Le Pen i jej Zjednoczenie Narodowe, mocna jest także hiszpańska partia Vox i austriacka Wolnościowa Partia Austrii (była partią współrządzącą). Inne partie mają mniejsze znaczenie. Tak czy inaczej nazywanie tych ugrupowań marginalnymi lub obrzucanie epitetem „skraja prawica” czy „partie faszystowskie” – jest nie na miejscu. Partie te mają solidny mandat społeczny, inaczej nie znalazłyby się w parlamentach krajowych i w Parlamencie Europejskim (PE). Jak się oblicza, frakcja konserwatywno-narodowa w PE mogłaby liczyć na 140 mandatów, co jest już sporą siłą. Choćby z tego względu lekceważący ton niektórych mediów należy zrzucić na ich zacietrzewienie ideologiczne lub ignorancję. Co uchwalili uczestnicy? Na razie ogólną deklarację następującej treści:

Uczestników konferencji łączy wspólne i głębokie przekonanie, że Unia Europejska złożona jest z wolnych i równych państw narodowych, powiązanych bliskimi i licznymi nićmi współpracy. Przekonanie to dzielimy z wieloma milionami obywateli krajów członkowskich całej Unii Europejskiej.

Tylko poprzez taki model współpracy europejskiej możemy uchronić Unię przed kolejnymi kryzysami i napięciami oraz powstrzymać niepokojące tendencje do tworzenia Europy rządzonej przez samowybierające się elity. Odrzucamy arbitralne stosowanie prawa UE, naginanie, a nawet łamanie traktatów. Pełną legitymację demokratyczną mają wyłącznie suwerenne instytucje państw. Instytucje europejskie nie cieszą się taką legitymacją i dlatego ich rola w architekturze politycznej musi być służebna wobec państwa narodowego.

Co równie ważne, z tego też powodu nie mogą być one narzędziem inżynierii społecznej dla stworzenia nowego europejskiego narodu. Taką inżynierią społeczną jest, między innymi, ideologiczna operacja na języku, która zmierza do oderwania człowieka od kultury i dziedzictwa Jak na przykład dążenie przez Komisję Europejską do usunięcia z przestrzeni publicznej nazwy „Boże Narodzenie’*. Koncepcja takiego narodu nigdy nie istniała, nie istnieje i zaistnieć nie może. Uczestnicy deklarują wolę solidarnej współpracy na różnych poziomach i w różnych formach ze wszystkimi partiami i organizacjami, którym drogie jest wyjątkowe dziedzictwo Europy i koncepcja Europy Ojczyzn.

Uczestnicy przedyskutowali również bliższą współpracę między ich partiami w Parlamencie Europejskim, w tym organizację wspólnych posiedzeń oraz koordynowanie głosowań nad łączącymi je kwestiami, między innymi ochroną suwerenności państw członkowskich oraz podejściem do nielegalnej imigracji.

Ustalili również, iż w kolejnych miesiącach zorganizowana zostanie w Hiszpanii następna konferencja ideowa, która będzie stanowić odpowiedź na toczącą się obecnie debatę o przyszłości Europy”.

Trudno się z tymi wnioskami nie zgodzić, podnoszą one realnie istniejąc problemy targające UE, czego także nie chcą dostrzec unioentuzjaści, postrzegający każdy głos krytyczny wobec obecnego modelu integracji jako „rozwalanie Unii”. Tymczasem można sformułować wniosek odwrotny – to federaliści i zwolennicy ideologicznego zuniformizowania UE, rzecznicy zielonej rewolucji – działają na rzecz jej rozwalenia, i to bardzo szybkiego.

Nie chcąc wchodzić w dyskusję merytoryczną opozycja w Polsce, media  i tzw. autorytety odwołały się do starego, wyświechtanego co prawda, ale nadal ochoczo używanego „argumentu” – za wszystkim stoi Putin i Rosja. Jest to żenujące widowisko, ale wielu w to wierzy. To psychologicznie poniekąd zrozumiałe – łatwiej jest zwalić winę za kłopoty na kogoś z zewnątrz, niż przyznać, że Bruksela sama piłuje gałąź, na której siedzi ona i państwa członkowskie. Lepiej w roli piłujące obsadzić Władimira Wladimirowicza Putina i jego „pomocników”, czyli Kaczyńskiego i Orbana.

Polscy politycy opozycyjni i media pokazały w tych dniach dobitnie, że są owładnięci obsesjami i uwiądem intelektualnym. Powtarzanie w kółko informacji, że Matteo Salvini, który nota bene nie przyjechał do Warszawy, zrobił sobie kiedyś zdjęcie na Placu Czerwonym w koszulce z wizerunkiem Putina  nie jest już nawet śmieszne. Tak samo jak wypominanie Marine Le Pen, że jej ugrupowanie skorzystało z pożyczki banku rosyjskiego, bo banki francuskie w imię „demokracji, wolności i równości” takiej odmawiały.

Spośród partii uczestniczących w spotkaniu warszawskim „prorosyjskie” są jeszcze węgierski Fidesz, Wolnościowa Partia Austrii i oczywiście Waldemar Tomaszewski. PiS, Vox i kilka innych ugrupowań raczej nie. Nie o to jednak chodzi. Spotkanie nie było poświęcone sprawom relacji z Rosją, tylko sprawom wewnątrzunijnym. Mimo to politycy PiS bronili się przed tymi głupawymi zarzutami tymi samymi argumentami. To nie my jesteśmy „przyjaciółmi Putina”, tylko wasi sojusznicy, Niemcy – bo to oni zrobili deal z Putinem i Nord Stream II. Doprawdy żałosne.

Podsumowując – ruch jaki wykonał Jarosław Kaczyński przy pomocy Mateusza Morawieckiego jest oczywiście obliczony na rynek krajowy, ale także jest reakcją obronną na zakusy Brukseli, która Polski w obecnym kształcie nie lubi. To w sumie naturalne, że szuka się w tejże Europie sojuszników, a tacy się znaleźli. Kaczyński musiał przejść do porządku dziennego nad tym, że spora część tych sojuszników nie podziela jego obsesji antyrosyjskiej, a oni sami przeszli do porządku dziennego nad tym, że grają razem z partią, która takie obsesje ma. Politycy PiS wiedzą o tym i starają się robić dobrą minę do złej gry (choć tym razem to nie taka zła gra)  przekonując, że Le Pen czy Orban mogą się „nawrócić”. Nie liczyłbym na to – Orban jest przekonany o słuszności  swojej polityki wobec Rosji, a Le Pen tuż po wyjeździe z Warszawy zostawiała politykom PiS-u gorzkawą pigułkę. W wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” opublikowanym 5 grudnia br. jasno stwierdziła:

„Można mówić, co się chce, ale Ukraina należy do sfery wpływów Rosji. Próbując naruszyć tę strefę wpływów, tworzy się napięcia, lęki i dochodzi się do sytuacji, jakiej dziś jesteśmy świadkami. A powinniśmy wszyscy razem walczyć z realnym zagrożeniem, jakie wisi nad Europą: islamizmem”.

Tak więc gra toczy się dalej i należałoby sobie życzyć, żeby to nie Orban i Le Pen się „nawracali”, tylko PiS.

Jan Engelgard

Na zdjęciu: Marine Le Pen i Viktor Orban (profil fb M. Le Pen)

Redakcja