PublicystykaTej pytii już dziękujemy

Redakcja2 tygodnie temu
Wspomoz Fundacje

Niektóre slogany podlegają wyparciu, inne zapadają nam w pamięć a nawet zyskują swe drugie życie jako épea pteróenta, po które sięgamy, w sensie afirmatywnym lub z chęci krytyki. Jednym z takich skrzydlatych słów jest credo Żelaznej Damy znane już w początkach jej rządów, potem ustawicznie powtarzane na podobieństwo mantry w buddyzmie tantrycznym: „There Is No Alternative!” – „Nie ma alternatywy!”, często oddawana akronimem: „TINA!”.

Nie ma jej jakoby dla wolnego rynku, wolnego handlu, wolnej (i jakoby zawsze racjonalnej)  jednostki, wolnego wyboru i tym podobnych permisywistycznych obsesji liberalizmu gospodarczego i demoliberalizmu politycznego. Egzorcyzmowanie państwa narodowego z gospodarki, czyli tzw. deregulacja jest, jak głosi jeden z brytyjskich  przedstawicieli mainstreamowego konformizmu ideologicznego „dobrem, jeśli nie Bogiem” (angielska gra słów: „good” i „God”). Wizję bezalternatywnego zwycięstwa jednego modelu politycznego i gospodarczego myślenia i działania, nieco później wzbogacił jeszcze Francis Fukuyama wieszcząc w związku z upadkiem bloku wschodniego koniec historii wskutek zwycięstwa demoliberalizmu i narodzin jednobiegunowego świata, co działać miało jak katalizator procesu globalizacji. Innymi słowy inicjować ciąg zdarzeń, którego efektem będzie kurczenie się, a w końcu pełen zanik resztówek innego świata, z towarzyszącą temu homogenizacją kultury i sposobów organizacji życia typu  zbiorowego. Miało to oznaczać wyrok tak na „lewicową” Kubę, co i „prawicowe”, lecz nie-demoliberalne RPA (nb. ta pierwsza miała większe szczęście).

Wszystko z pozoru przesądzone, wszystko jak w piątym rozdziale biblijnej Księdze Daniela „policzone, zważone, rozdzielone” skoro nawet współcześni marksistowscy krytycy społeczni jak Słoweniec Slavoj Żiżek i Amerykanin Fredric Jameson z dającą do myślenia bezradnością konstatują, że „łatwiej wyobrazić sobie koniec świata, niż koniec kapitalizmu”. Jak widać projekcyjne zdolności autorytetów zaczytanych w marksistowskiej mega-narracji, którzy jeszcze tak niedawno razili swych oponentów obiektywnymi formułami bezwzględnych praw historii, uległy starczej atrofii. Zresztą ludzie ci gubili się w antynomiach jeszcze w czasach paryskiej rewolty studenckiej, gdy realna, a nie podręcznikowa klasa robotnicza okazała siewcom zamętu swe kategoryczne désintéressement.

Miarodajny rozziew między tym co jest ruchem komunistycznym, a co autentycznie proletariacką walką ukazały strajki w zakładach Renault w Boulogne-Billancourt, gdy robotnicy pokazali drzwi delegacji wykształciuchów, niosących „rewolucyjną” nowinę z Dzielnicy Łacińskiej. Jeśli więc marksiści, tym bardziej dzisiejsi, klnąc się na swą erudycję, coś tam dostrzegają, albo czegoś tam nie widzą, to można nie przykładać do tego większej wagi. Zresztą podobnie rzecz się ma z wartością naukową większości enuncjacji liberałów, lecz ci rządzą, w tym i finansami, a jak mawiają na Sycylii, „gdzie pieniąc gra, tam nawet muzyka milczy”.

Jak pisał kiedyś prof. Jacek Bartyzel: „Marksiści zawsze będą szukali zastępczej „klasy robotniczej”, a liberałowie jednostek, których  „wolność”  jest ograniczana”. I owszem pierwsi w miejsce niezainteresowanych ich ofertą robotników wzięli na sztandary wszelakie rasowe, seksualne mniejszości, ci drudzy zaś na równi z pierwszymi bijąc pokłony ojkofobii i mizoandrii, dodatkowo jeszcze do swej „wolności” sive plutokratycznej i kleptokratycznej demokracji przymuszają „nieprzekonanych” zbrojnymi ekspedycjami posyłanymi za morza.

Są jednak kwestie, w których jedni i plasują się na antypodach, ale i to, jak się okazuje, nie przysparza nadziei na lepsze jutro. Mimo, że marksizm to bankrut, to wciąż jest on potrzebny liberałom, nie do współrządzenia, lecz jako współuczestnik wpajanego nam eksperymentu myślowego. Bowiem show must go on – przedstawienie musi trwać, a komunizm i kapitalizm grają w nim role nie tylko główne co wyłączne a to celem opanowania całego spektrum idei, i jako skutek generowania mylnego przeświadczenia, że tertium non datur. A więc albo apoteoza prywatnej własności albo jej likwidacja, anarchia rynku albo centralne planowanie, pełne zatrudnienie versus rezerwowa armia pracy, czy w ramach innych opozycji binarnych: „róbta, co chceta” animatora WOŚP-u albo gułag za wszelaką aktywność, a nawet za jej brak, syntezujący złe zarządzanie i bumelanctwo  państwowy moloch albo zorganizowany na podobieństwo ciężkiego obozu zakład pracy prywatnego „chlebodawcy”, tudzież, w relacjach rustykalnych, kołchoz albo latyfundium.

Okazjonalnie tylko do naszych uszu dochodzą wieści o mozolnych poszukiwaniach trzeciej drogi, ależ z jakżeż zeszpeconym finalnym produktem. Bo słyszymy wtedy słowo-klucz „Szwecja” czy szerzej „model skandynawski”, kiedy indziej padają nazwiska znanych demoliberalnych polityków establishmentowych, np. Tony Blaira, a nawet autora Obamacare (!), co już samo z siebie jest naigrywaniem się z potencjału intelektualnego odbiorcy takich komunikatów.

Te uwspółcześnione wersje głoszonych począwszy od lat pięćdziesiątych koncepcji państwa dobrobytu propagującego rozwój poprzez mechanizmy gospodarki mieszanej (wybujałości kapitalizmu stonowane przez władzę jako bezstronnego arbitra), podobnie jak  przyczynki wcześniejszej metryki nie konstytuują żadnej nowej jakości. Jawią się one raczej jako przedziwne akrobacje w ramach continuum rozciągniętego między dwoma ekstremami; na jednym zasiedli guru wolnego rynku  (Menger, Hayek, Mises, Friedman, Rothbard) na drugim zrobiono miejsce dla Marksa, Engelsa i całej ich ideologicznej descendencji (ortodoksyjnej i rewizjonistycznej). Co pewien czas operując między tymi skrajnościami najróżniejsi eksperymentatorzy (w tym i ci o prawych intencjach), zatrzymują się nagle bliżej jednego lub drugiego krańca owej ciągłości i pełni samozachwytu ogłaszają urbi et orbi, że oto wynaleźli remedium na wszystkie bolączki świata, magiczną „trzecią drogę”. Umyka uwadze owych  tercerystów nieudolnych, że wciąż tkwią w okowach pozornej opozycji binarnej komunizm – kapitalizm, w amoralnym, materialistycznym antyheroicznym, konsumerystycznym Matriksie. Podczas gdy głos rozsądku woła: „Wyjdźmy z niego!”, oni tkwią w nim po uszy. Oczywiście po co mierzyć tak wysoko, skoro można niżej po co komu życiowy maksymalizm, skoro i przy postawie minimalistycznej, nada swemu żywotowi  fundament, o jakiejś tam trwałości.

Trudno wszak nie doceniać ciężaru gatunkowego koncesji na rzecz świata pracy wywalczonych w ramach rozwodnionej elementami socjalnymi dyktatury kapitału. Metodą swoistego appeasementu kapitalistycznej dżungli przez dwa stulecia uczyniono niemało. W prostej enumeracji wymieńmy: 8-godzinny dzień i 46-godzinny tydzień pracy, z teoretycznie wolnymi weekendami (chyba, że czterobrygadówka, etc.), płatne urlopy, emerytury, prawo do zrzeszania się w związki zawodowe, prawo do legalnego strajku po wyczerpaniu określonej procedury, układy zbiorowe i ostatnia niebagatelna zdobycz: płaca minimalna. Zaiste dziewiętnastowieczny robotnik, a już na pewno ten z pierwszej jego połowy pracujący od dwunastego (a czasem i od dziewiątego) roku życia do śmierci po szesnaście godzin dziennie, przeniesiony do naszych realiów uznałby, że znalazł się w Ogrodzie Eden. Nikt nie neguje tytanicznych zmagań, które finalnie przymusiły kapitał do tak dalekich ustępstw, ale powoli zbliżamy się do końca możliwości.

Utkwiliśmy tu gdzie jesteśmy, i trudno nie ulec wrażeniu, że stan ten kontentuje asekurantów, których cały legion. Gdyby jeszcze – rozmarzy się taki człek o wrażliwości konserwatywnej albo narodowej i prospołecznej zarazem – ukrócić multikulturalizm, ksenofilię okiełznać promocję dewiacji jako współuprawnionej normy i takie tam… Cóż może wtedy znaleźlibyśmy się na dobrej drodze ku temu by, niczym nowy Leibniz orzec, że żyjemy w najlepszym z możliwych światów. Ale, żarty na bok, zanim ktoś niemiłosiernie nas ośmieszy jako nowe wcielenie Panglossa ze znanej Voltaire’owskiej powiastki.

Demoliberalizm wolny od wyżej wymienionych przypadłości współtowarzyszących jest w takim stopniu możliwy, co realny socjalizm któremu towarzyszyłyby wypełnione po brzegi lady sklepowe; dwie równie absurdalne supozycje. Albo konsekwentnie odrzucamy całe pensum odziedziczonych norm i wartości w naszym życiu społecznym (do czego nas usilnie namawiają w ramach „przymuszania do wolności”), albo z pietyzmem i przejęciem wznosimy gmach ordo i utwierdzamy nasze z nim przymierze.

A „inny” liberalizm, zapyta nieustępliwy zwolennik hasła: „Kapitalizm – tak, wypaczenia – nie!”, np. bez prefiksu „demo–”, za to z dodatkiem  „konserwatywny”, może on stanowi wybawienie? W odpowiedzi garść złych wieści – to projekt, którego implementacja zmieniłaby nieco dyrektywy i preferencje w sferze obyczajowej, lecz dla świata pracy (a więc znamienitej większości) oznaczałaby fatalny werdykt. Mianowicie rozłożony w czasie (i to raczej w krótkiej perspektywie temporalnej) dryf ku realiom znanych z kart „Ziemi Obiecanej” Reymonta, oczywiście przy zachowaniu obecnej kultury materialnej (technologicznej), więc może odrobinę znośniejszym.

Ale i w to można zwątpić, czytając polskiego libertarianina (czyli liberała konsekwentnego), który bez ogródek stwierdza, że jego ideowi komilitoni „przyjmują postawę apologetów XIX-wiecznego kapitalizmu, przymykając oko na większość jego najgorszych cech”. Nie o taki „Kanaan” ma przecież chodzić. Nie brakowało tam całkiem licznej reprezentacji Niemców i Polaków, lecz dlatego, że owi z tej samej gliny ulepieni, choć różnoetniczni „przedsiębiorcy” zepchnęli niezliczone rzesze ludzkie do stanu natury. A w takim miejscu życie jest, by posłużyć się słowami Hobbesa: „samotne, biedne, bez słońca, zwierzęce i krótkie”. Jeśli ktoś wyzbył się chrześcijańskiej miłości bliźniego, to chociaż „świecka” empatia winna mu dziś podpowiadać, że niegodnym człowieka prawego jest „konfederować się” wokół zamysłów nawrotu do tych okropieństw.

Bogatsi o te przemyślenia wróćmy tedy do thatcherystowskiego „TINA!”, czy to polityczne hasło jeszcze czy już spetryfikowany dogmat, którego kwestionowanie graniczy ze świętokradztwem? Głos wyroczni delfickiej z pytią Margaret w centrum zdarzeń, przemawiająca nie jak tamte heksametrem, lecz aroganckim akronimem? Pozory na to wskazują, skoro komunizm okazał się politycznym i gospodarczym nieporozumieniem, pęd ku ekonomii keynesowskiej utemperowano, a liberalizm (ideologiczna nadbudowa kapitalizmu) zyskał pozycję bezdyskusyjnego hegemona i to w sytuacji gdy tertium non datur. Czy jest aż tak źle, że jeśli w ogóle możemy jeszcze dokonywać wyborów to tylko w ramach różnych form stadialnych tego samego moralnego i gospodarczego zwyrodnienia, a więc dzielić się na zwolenników dżumy, cholery, malarii tudzież innych przypadłości organizmu w fazie przedagonalnej?

Nie, bynajmniej! Więcej wiary i samozaparcia, bo aż tak zaawansowany pesymizm antropologiczny jest  zbyteczny nawet konserwatystom, zwłaszcza, że rozwiązania są, w dodatku nie hipotetyczne, bo ongiś wielce żywotne. Z czasem porzucone i zapomniane, więc trzeba je  odkurzyć i uzdatnić, dokonać ich generalnego aggiornamento. To oczywiście supozycja bardzo optymistyczna. Ale, tak czy inaczej nie należy rozdzierać szat, są dobre wieści…  tertium datur! Ba, nawet i quadrum, gdyby komu było mało.

Jeśli oświadczę teraz, że mam na myśli korporacjonizm, zrazu wywołam terminologiczne zamieszanie. Przecież korporacje, a zwłaszcza te o charakterze ponadnarodowym, są samą esencją kapitalizmu ery globalnej, czy więc namawiam do jakiejś szarlatanerii, jakiejś homeopatii czyli leczenia schorzenia nim samym, tyle, że w innym stężeniu? Na szczęście to tylko nieporozumienie. Kapitalizm ma to do siebie, że nie tylko czyni życie nieciekawym, co jeszcze zawłaszcza i poddaje swej obróbce pojęcia prymarnie mu nieprzynależne. System dominacji wszędobylskich kapitalistycznych korporacji oddawany jest w literaturze przez pojęcie „korporatywizmu”, korporacjonizm zaś to dawny ustrój, mający dwie odsłony, najpierw w Wiekach Średnich gdy stanowił społeczno-polityczną codzienność, i drugi raz kiedy w ramach ideologicznego projektu zabiegano o jego implementację do rzeczywistości XIX. a potem XX wieku.

W realiach Medii Aevii korporacje (cechy, gildie) tworzono dla określonego dobra lub pracy wedle wykonywanych profesji (ewentualnie dla pokrewnych sfer aktywności zawodowej) jako kategorii organizatorskiej. Oparte na afirmacji własności prywatnej, dawały jednocześnie poczucie bezpieczeństwa socjalnego poprzez gwarancję wyłączności na wytwarzanie danego dobra jak i reglamentowanie jego produkcji na obszarze danego oppidum. Bez czynienia jakichkolwiek upiększeń można skonstatować, że był to świat, bez głodu ale i nadprodukcji, bez bezrobocia, świat w którym pauperyzm występował tylko jako skutek epidemii albo klęsk żywiołowych.

Oczywiście wytchnieniem od kapitalizmu nie jest nowe średniowiecze, tego typu projekty zostawmy w gestii Nikołaja Bierdiajewa, nawet niech ma na nie monopol. W grę wchodzić może wyłącznie „drugi” korporacjonizm. Mający swe solidne oparcie w encyklikach „Rerum novarum” Leon XIII i „Quadragesimo Anno” Piusa XI  (tu dopiero, w 1931 r. „korporacjonizm” pojawił się expressis verbis), podjęty został przez wielu myślicieli oraz zaznaczył swe miejsce w teorii i praktyce władzy ruchów narodowych i konserwatywnych w Międzywojniu.  Był koncepcją wysoce elastyczną (choć, broń Boże, nie relatywistyczną) bo pasował do tradycji narodów katolickich (znamienita większość, szkoda czasu na ich wymienianie), prawosławnych (weźmy choćby rządy osobiste Karola II w Rumunii czy Joanisa Metaksasa w Grecji), protestanckich (Ruch Lapua Vihtoriego Kosoli w Finlandii, estońscy wabsowie Artura Sirka) jak i do poglądów rodzimowierczych (Łotewskie Stowarzyszenie Ludowe „Krzyże Błyskawicy”). W Polsce doczekał się sporego dorobku intelektualnego, jego admiratorami byli: długoletni rektor KUL, ks. Antoni Szymański (1881–1942), który pozostawił po sobie najbardziej dojrzały kształt doktryny; wybitny ekonomista prof. Leopold Caro (1864–1939); prof. Wyższej Szkoły Handlowej w Poznaniu ks. Antoni Roszkowski (1894–1939) czy Marian Manteuffel (1871–1941).

A jednak o tym ongiś tak popularnym systemie społeczno-politycznym autentycznej trzeciej drogi, który zgodnie z zapowiedzią miał być dla współczesnych kompasem i gwiazdą polarną  życia zbiorowego (niespełnione proroctwo rumuńskiego ekonomisty prof. Mihaila Manoilescu, że wiek XX będzie „wiekiem korporacjonizmu), mówimy dziś wyłącznie w czasie przeszłym. I chodzi przecież o projekt, który nie był jak komunizm, utopią i nie odszedł w niebyt na skutek auto-degrengolady.

Z areny dziejów usunięto go siłą. Konsekwencje triumfu tandemu sowiecki bolszewizm – jankeski demoliberalizm, z efekciarską celebrą w Torgau nad Łabą, nie wyczerpywały się w samym tylko coup de grâce wymierzonym dogorywającej Rzeszy.  Niejako przy okazji wszystko co  niewygodne, bo nie kompatybilne ani z liberalizmem ani z komunizmem, uznano za „faszystowskie”. Z tym piętnem wegetował jeszcze korporacjonizm w autorytarnych państwach iberyjskich, aż obumarł i tam.

Czy potrzeba nam go dzisiaj? Niech czytelnicy w swym sumieniu rozsądzą. W każdym bądź razie, bo na to nas na pewno stać, próbujmy odbudowywać wspólnotę wokół siebie, myślmy nieco o Kraju, nie koncentrujmy się wyłącznie na najbardziej przyziemnych interesach swoich i najbliższego otoczenia zawodowego.

Dezintegrujmy fundamenty, na których wyrósł paradygmat liberalnego indywidualizmu (czytaj: osobniactwa) i atomizmu społecznego. Palącym zadaniem jest usuwanie antagonizmów, które perspektywę wspólnotowej więzi znacząco utrudniają. Często mamy do czynienia z blokadą czysto mentalną vide: wzajemna niechęć czy wręcz wrogość i pogarda klasy robotniczej (wedle wokabularza korporacjonistycznego: stanu robotniczego) i inteligencji. Śmiech i politowanie wywołuje u nas tak robotnik, któremu przyszło poruszać się „na salonach”, jak i inteligent rzucony w wir pracy „na fabryce”. Pierwszy, najczęściej o słabym wyrobieniu intelektualnym, drugi dotknięty manualnym niedorozwojem (z czego wcześniej nawet nie zdawał sobie sprawy), a tak naprawdę obydwaj są sobie potrzebni.

Bo są to wszystko różnice dające się zniwelować w ramach jedności wyższego rzędu, wiem o czym piszę gdyż jestem prostym robotnikiem tekstylnym ze stopniem naukowym doktora, jednocześnie. Podobnie ze wzajemną niechęcią ludzi z terenów rustykalnych i zurbanizowanych. Te i inne dyferencjacje są, owszem ukształtowane w historycznym rozwoju i niewątpliwe, ale ich podsycanie jest już świadomym działaniem wroga wewnętrznego, wszelkich kompradorskich czy formalnie „narodowych” Januszów biznesu, których jedyną troską jest aby ludzie pracy najemnej wzajemnie się nie szanowali, zwalczali, gdy oni w tym czasie pełni frazesów o tym, by „kupować to, co polskie”, sprowadzają miliony cudzoziemców.

Przeciwdziałajmy im choćby i małymi kroczkami, aż w końcu zamkniemy deprawatorów dzisiejszego świata, całą tę zgniliznę liberałów w ich bałwochwalczej kaplicy. I, jak ktoś mawiał, żadnej im tam lampy, i żadnej świcy!

dr Mariusz Kopczyński

fot. Wikipedia Commons

Myśl Polska, nr 47-48 (21-28.11.2021)

 

Redakcja