ŚwiatNiemcy: Lega Ost i przegrana lifestyle’owej lewicy

Redakcja4 tygodnie temu
Wspomoz Fundacje

Kampania wyborcza w Niemczech minęła, głosowanie się odbyło. Nastąpił czas podsumowań, ale przede wszystkim rozmów koalicyjnych, bo – jak zwykle w republice federalnej – rząd będzie musiał opierać się na większości złożonej z kilku ugrupowań. Spójrzmy jednak, co dzieje się na zapleczu głównej sceny politycznych rozgrywek, wśród partii antysystemowych i atrakcyjnych dla elektoratu protestu.

AfD: Liga Wschodnia?

Już od pewnego czasu wszelkie prognozy i sondaże wskazywały, że Alternatywa dla Niemiec (AfD) nie może liczyć na jakiś przełomowy wzrost poparcia. Sytuację ugrupowania pogarszały kolejne rozłamy i konflikty wewnętrzne, a także brak spójności przekazu: w landach zachodnich wciąż dominującą rolę odgrywało partyjne skrzydło prawicowo-liberalne, a w byłej Niemieckiej Republice Demokratycznej orientacja narodowo-volkistowska. Wynik 10,3%, dający 83 miejsca w Bundestagu, stanowi nieznaczny regres w porównaniu z poprzednimi wyborami parlamentarnymi (12,6% i 94 mandaty).

Pomimo umiarkowanie satysfakcjonującego wyniku w skali całego kraju, AfD zdołała umocnić się w swoich tradycyjnych dotychczasowych bastionach. W Saksonii, z której pochodzi współprzewodniczący ugrupowania Tino Chrupalla, partia zajęła pierwsze miejsce, zdobywając 24,6% głosów i jednocześnie wygrywając w 10 spośród 16 okręgów jednomandatowych. W Turyngii AfD również zajęła pierwsze miejsce, uzyskując 24% poparcia. W pozostałych landach wschodnich, choć zajmowała 2-3 miejsce, również zdobyła imponujące poparcie: 19,6% w Saksonii-Anhalt, 18,1% w Brandenburgii, 18% w Meklemburgii-Pomorzu Przednim. Wyjątkiem jest Berlin, w którym Alternatywa uzyskała wynik niższy od średniej krajowej, co wynika ze specyfiki wyborczej stolicy Niemiec. Coraz częściej słychać komentarze o tym, że AfD może być swoistą Ligą Wschodnią (Lega Ost) w niemieckim systemie partyjnym. To właśnie na wschodzie kraju poparcie zyskuje bezkompromisowa, antyestablishmentowa linia partii. W landach zachodnich umiarkowana i koncyliacyjna kampania ugrupowania doprowadziła do spadku poparcia (za wyjątkiem Kraju Saary); w Hamburgu wyniosło ono zaledwie 5%.

„Na Wschodzie pozostajemy partią ludową” – podsumował szef AfD w Saksonii-Anhalt Martin Reichardt. Wynika to nie tylko ze specyfiki landów wschodnich i ewidentnego przepływu elektoratu od Lewicy (niem. die Linke), ale również ze skuteczności organizacyjnej struktur partyjnych w tych regionach. „AfD umocniło się organizacyjnie w poszczególnych środowiskach i grupach, także w zakładach pracy” – zauważył politolog z Uniwersytetu Technicznego w Dreźnie prof. Hans Vorländer. Björn Höcke, szef partyjnych struktur w Turyngii, już zapowiada, że ugrupowanie walczyć będzie z determinacją o pozycję czołowej siły w nadchodzących wyborach do Landtagów.

Podgryzanie Alternatywy wypadło słabo

AfD zdołała uczynić kolejny krok w kierunku faktycznego zlikwidowania Narodowodemokratycznej Partii Niemiec (NPD), która w wyborach uzyskała zaledwie 0,1%. Formacja kontestująca Alternatywę jako partię zbyt umiarkowaną swój najlepszy wynik osiągnęła w tym roku w Meklemburgii, gdzie zdobyła 0,4% głosów. Ma to znaczenie z punktu widzenia przyszłości ugrupowania; prawo niemieckie przewiduje finansowanie partii politycznych z budżetu pod warunkiem przekroczenia przez nie progu 0,5% poparcia.

Pewien wpływ na osłabienie wyniku AfD w landach zachodnich mogło natomiast mieć pojawienie się na scenie politycznej Oddolnodemokratycznej Partii Niemiec (niem. Basisdemokratische Partei Deutschland, dieBasis), protestującej przeciwko ograniczeniom praw obywatelskich związanych z pandemią koronawirusa oraz tzw. segregacjonizmowi sanitarnemu. Ugrupowanie zdobyło ok. 700 tys. głosów (1,4% oddanych na partię oraz 1,6% na jej kandydatów w okręgach jednomandatowych). Pozwoli to Oddolnym na pozyskanie finansowania z budżetu państwa, co może w przyszłości – w zależności od sytuacji pandemicznej – doprowadzić do wzrostu jego notowań.

Wagenknecht miała rację

Wybory zakończyły się porażką niemieckiej Lewicy, która uzyskała najgorszy od lat wynik na poziomie zaledwie 4,9%, czyli poniżej obowiązującego progu wyborczego. Istnienie jej frakcji parlamentarnej uratowane zostało jednak dzięki osobliwościom niemieckiego systemu wyborczego. Otóż w proporcjonalnym podziale mandatów partycypują tam również te ugrupowania, które wprawdzie nie przekroczyły 5-procentowego progu, jednak zdobyły co najmniej 3 mandaty w okręgach jednomandatowych. Dało to Lewicy 39 mandatów w Bundestagu (o 30 mniej niż w mijającej kadencji). Przed wypadnięciem z parlamentu partię uratowali zwycięzca wyborów we wschodnioberlińskim okręgu Treptow-Köpenick, ostatni przywódca Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec (SED), a następnie lider Partii Demokratycznego Socjalizmu (PDS), 73-letni Gregor Gysi; Gesine Lötsch, również wywodząca się z SED, która uzyskała najwięcej głosów w stołecznej dzielnicy Lichtenberg; oraz Sören Pellmann w okręgu Lipsk Południowy w Saksonii.

Die Linke uzyskuje tradycyjnie znacznie lepsze wyniki w landach wschodnich, ale tym razem widać wyraźnie, że część jej wyborców odpłynęła do AfD, pomimo różnic tożsamościowych i programowych dzielących te ugrupowania. Najlepszy wynik ugrupowanie wypracowało w tradycyjnie lewicowym Berlinie – 14,3%. W wielu landach zachodnich poparcie dla partii oscylowało wokół zaledwie 3%.

Do Bundestagu weszła również po raz kolejny Sahra Wagenknecht (na zdjęciu), która wskazywała na elementarne błędy popełnianie przez kierownictwo Lewicy w ostatnich latach. Porażka może okazać się nowym otwarciem właśnie dla niej, choć jeszcze niedawno była ona na krawędzi wyrzucenia z partii i sama zapowiadała, że zamierza porzucić politykę i zająć się życiem rodzinnym. Wagenknecht szeroko komentowała porażkę die Linke w mediach, wskazując, że nie myliła się w swoich wcześniejszych diagnozach. Na antenie studia wyborczego ARD mówiła, że „Lewica w ostatnich latach była coraz dalej od wykluczonych, z myślą o których przecież powstała, będąc artykulacją interesów pracownic i pracowników, emerytek i emerytów”. Tymczasem na szczeblu federalnym twarzą ugrupowania nie była ona, lecz politycy, których Wagenknecht w swojej tegorocznej znakomitej książce Die Selbstgerechten: Mein Gegenprogramm – für Gemeinsinn und Zusammenhalt (Frankfurt am Main 2021) określała mianem lewicy life style’owej. Popularna w całym kraju ludowa trybun całej autentycznej Lewicy miała zatem rację, lecz czy może powrócić do partyjnej czołówki?  „Zawsze byłem w dobrych stosunkach z Sahrą Wagenknecht. Nie brałem udziału w atakach na nią. Zastanawiam się, czy naprawdę musiała napisać książkę na początku kampanii. Ale zgadzam się z niektórymi opisami – nawet jeśli wyciągam inne wnioski” – powiedział o niej jeden z najbardziej wpływowych polityków ugrupowania, premier Turyngii Bodo Ramelow .

Mateusz Piskorski

Redakcja