ŚwiatSpotkałam świadka ludobójstwa

Redakcja1 miesiąc temu
Wspomoz Fundacje

Miałam niespełna 12 lat, kiedy rozegrał się największy dramat w historii Rwandy. Mimo młodego wieku rozumiałam, że ludzie mordują się tam na potęgę. Pamiętam przerażające obrazy z telewizji ukazujące sterty zmasakrowanych trupów.

W domu rodzinnym dużo się o tym mówiło, choć początkowo nie byłam świadoma przyczyny. Z czasem dotarło do mnie dlaczego ten trudny temat był poruszany przez rodziców także w mojej obecności. Okazało się, że kuzyn mojej mamy jest misjonarzem, który znalazł się centrum rwandyjskiego piekła. Przez wiele tygodni w rodzinie panowała atmosfera niepewności, gdyż przez brak łączności nie było wiadomo czy ks. Jacek Waligórski jeszcze żyje.

Krewny pallotyn cudem przeżył. Następnie wyjechał do Belgii i już nigdy nie wrócił do Rwandy. Okazja na osobiste spotkanie pojawiła się po 27 latach od ludobójstwa.

Ochotnik z Rwandy

Misjonarz odpowiedział na moją prośbę rozmowy bardzo życzliwie. Od razu dało się odczuć niezwykłą otwartość, bezpośredniość i autentyczność. Szybko sobie uświadomiłam, że bez tych wspaniałych ludzkich cech nie dałby przecież rady posługiwać w Afryce. Zanim zdążyłam zadać pierwsze pytanie ks. Waligórski bardzo wyraźnie zaznaczył, że za tragedię nie obwinia ani Hutu ani Tutsi. Główną odpowiedzialnością obarczył światowe mocarstwa.

Wyraźnie wyczułam, że mój Rozmówca pokochał Rwandę i Rwandyjczyków. W końcu spędził tam wiele lat, zdobył zaufanie tych ludzi, nawiązał przyjaźnie i niejako wrósł w rwandyjską społeczność. Po wielu godzinach wspólnych rozmów podarował mi książę „To Ty, Emmo?” (Wyd. Apostolicum, Ząbki 2014), którą napisał dwadzieścia lat po ludobójstwie.

Czas spędzony na rozmowie i lekturze uświadomił mi, że właśnie spotkałam najodważniejszego człowieka w swoim życiu. Jednocześnie tak skromnego, że nie przypisuje on sobie żadnych specjalnych zasług czy heroizmu. Przypuszczam, że źródłem jego nadludzkiej odwagi jest wiara w Boga. Człowiek zdecydowanie mniejszej wiary – taki jak ja – może mieć problem, by pojąć tak niezwykłą ufność w Boga, skoro w świecie przez Niego stworzonym doszło do zwycięstwa nienawiści.

Odwaga ks. Jacka polega też na tym, że i on nie ukrywa swojego zwątpienia czy słabości. W Prologu książki tak opisuje dramat misjonarza, który zobaczył ludobójstwo: «Czuł, że jego ciało rozpiera gniew, mięśnie napinają się, a pięści zaciskają. Nie mógł nad tym zapanować. Przyłapał się na nienawiści.»

Cóż za imponująca pokora. Przecież to są słowa kapłana, który pojechał do Afryki głosić naukę Chrystusa o bezgranicznej miłości Boga. «Boże, gdzie Ty się podziałeś?» – pytał misjonarz widząc bestialstwo ludobójstwa, «ale Bóg milczał».

Jak po tym wszystkim można nie stracić wiary? – pytałam w duchu poznając tę przerażającą historię. Ja również na czymś się przyłapałam. W myślach kłóciłam się z Bogiem. Stało się to w momencie, kiedy ks. Jacek ze szczegółami opowiadał mi o brutalnych mordach, których dopuszczali się także jego parafianie. Szczególnie przerażające były opisy dotyczące mordowania maleńkich dzieci. Patrząc w wypełnione łzami oczy mojego Rozmówcy i słuchając jego łamiącego się głosu, krzyczałam w myślach: – Boże, jak mogłeś dopuścić do tego, aby ten niewinny, szlachetny i wrażliwy człowiek był świadkiem takich okrucieństw!?

Tym razem Bóg nie milczał. Bardzo szybko dostałam odpowiedź. Stało się to w trakcie lektury, kiedy czytałam opis wydarzeń pierwszych dni ludobójstwa. Sytuacja w Rwandzie stała się na tyle niebezpieczna, że w pośpiechu zaczęto ewakuować obcokrajowców. W stronę granicy ruszyła kolumna samochodów i pieszych. Było to ostatniego dnia, kiedy pod eskortą ONZ obcokrajowcy mogli opuścić Rwandę. Ks. Jacek był w tym «pochodzie prowadzącym ku wolności». I nagle jego samochód zawrócił. Dobrowolnie postanowił zostać w „piekle na ziemi”, aby trwać z tymi ludźmi i pomagać ofiarom. Na decyzję o pozostaniu w Rwandzie miała dodatkowo wpływ rozmowa z biskupem Gahamanyi, którego delikatna i pokorna prośba wyraźnie poruszyła serce ks. Jacka. I wreszcie, współbrat z parafii ks. Henryk Cabała również poczuł wewnętrzną potrzebę nieopuszczania tych ludzi, co ostatecznie i nieodwracalnie przypieczętowało dramatyczną decyzję: «Zostajemy!».

Wtedy zrozumiałam, że spotkałam człowieka podobnego do świętego Maksymiliana Kolbego i rotmistrza Witolda Pileckiego – Ochotników z Auschwitz. To właśnie była ta odpowiedź, która do mnie przyszła. Dlatego przestałam się już kłócić z Bogiem, bo przypomniałam sobie o owocach heroizmu tych wielkich Polaków.

Kiedy ojciec Kolbe dobrowolnie zdecydował się pójść do bunkra głodowego w zamian z wyznaczonego na śmierć Franciszka Gajowniczka, chciał uratować nie tylko życie tego człowieka, ale również dusze tych dziewięciu pozostałych nieszczęśników, którzy razem z Maksymilianem odchodzili z tego świata w głodowych męczarniach. Z zeznań świadków wyczytałam, że skazani na śmierć w bunkrze głodowym zaczęli powoli umierać po czterech dniach. Ojciec Kolbe żył najdłużej, przeszło 10 dni. Dogorywających z głodu i wycieńczenia franciszkanin z Niepokalanowa do końca podtrzymywał na duchu. Z tej konkretnej celi śmierci słychać było modlitwy i spokojny śpiew konających, podczas gdy z innych bunkrów głodowych unosiły się krzyki nienawiści i przekleństwa pod adresem oprawców. Postawa ojca Kolbego robiła wielkie wrażenie na esesmanach, którzy zaglądali do bunkru. Wiemy z relacji jednego z Niemców, że był to dla nich wprost wstrząs psychiczny.

Czy można to w ogóle porównać? Przecież książka „To Ty, Emmo?” jest pełna opisów przerażających krzyków rozpaczy, wycia dogorywających oraz niewyobrażalnej nienawiści zarówno katów jak i ofiar. Jakoś obecność kapłanów, którzy wzywali Rwandyjczyków do opamiętania, nie powstrzymała tych ludzi od wzajemnego zabijania. Co gorsza, nie powstrzymała ich przeszło stuletnia ewangelizacja tego kraju. Dowiedziałam się, że w Rwandzie mordowali także katechiści i szafarze (sic!).

Tymczasem nasi misjonarze z narażeniem życia próbowali ratować kogo się da. Niektórych uchronili od śmierci. W skali zagłady ludności tego kraju liczba ocalałych wydaje się niewielka. Czy warto więc było tak się narażać? Nie potrafię do końca zrozumieć tej tajemnicy, ale jestem przekonana, że obecność księży Waligórskiego i Cabały, ich modlitwa, gotowość poświęcenia własnego życia dla ratowania innych i heroiczna pomoc ofiarom odcisnęła piętno na sumieniu wielu Rwandyjczyków. Nie mam wątpliwości, że przyniosła też duchowe pocieszenie wielu cierpiącym ofiarom w ich ostatnich chwilach życia.

Dla zwykłego śmiertelnika heroiczna postawa tych misjonarzy jest niepojęta. Podobnie jak decyzja Witolda Pileckiego, który na ochotnika przedostał się do piekła obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Podczas trzyletniego pobytu w niemieckim obozie zagłady zorganizował konspirację, która realizowała takie cele jak: podtrzymywanie na duchu kolegów, potajemne zdobywanie żywności i odzieży oraz jej rozdzielanie, przekazywanie współwięźniom wiadomości z zewnątrz obozu, i wreszcie, przekazywanie wiadomości poza druty KL Auschwitz, dzięki czemu świat dowiedział się zbrodniach niemieckich oprawców. Analogię takiego działania dostrzegłam poznając historię opisaną w książce „To Ty, Emmo?”.

Publikacja ks. Waligórskiego jest bezcennym świadectwem, rzetelnym źródłem informacji o przerażających zbrodniach i działaniach operacyjnych poprzedzających ludobójstwo. Relacja polskiego misjonarza jest autentycznym memento, przestrogą dla następnych pokoleń. To bardzo trudna lektura, nie tylko ze względu na opisaną masakrę. Pierwsza część zawiera przepiękny opis Rwandy i jej mieszkańców, przez co czytelnik zaczyna kochać ten kraj. Nie sposób potem pogodzić się z faktem, że to rwandyjskie piękno zostało brutalnie zniszczone.

W sercu Czarnego Lądu

Rwanda, Republika Rwandy – niewielkie państwo w środkowo-wschodniej Afryce ze stolicą w Kigali, położone między Demokratyczną Republiką Konga na zachodzie, Tanzanią na wschodzie, Ugandą na północy i Burundi na południu. Ze względu na ukształtowanie i łagodny klimat Rwanda nazywana jest Krajem Tysiąca Wzgórz, «do którego Bóg powraca na noc».

Jest jednym z najgęściej zaludnionych państw w Afryce, z bardzo młodym społeczeństwem, wysokim przyrostem naturalnym i jedną z najniższych długości życia. Obecnie kraj liczy prawie 12 milionów mieszkańców. Dzisiejsze terytorium Rwandy jest zamieszkiwane przez trzy grupy ludności: Twa (ok. 2 proc.), Tutsi (ok. 10 proc.) oraz Hutu (ok. 87 proc.).

Pierwsi na tym terytorium osiedlili się Pigmeje Twa, którzy trudnili się myślistwem i garncarstwem. Później zaczęły napływać ludy Hutu, których głównym zajęciem było rolnictwo. Aż wreszcie pojawili się Tutsi, co w książce „To Ty, Emmo?” zostało opisane następująco: «W XV wieku przybyli z północnej Afryki, dochodząc do źródeł Nilu. Osiedlili się w centralnej Afryce. Od tego momentu powstał konflikt z plemieniem rolniczym Hutu, które zamieszkiwało tu już od dawna. Pola uprawne były wydzierane prawowitym właścicielom i zamieniane przez Tutsi na pastwiska w przekonaniu, że dzięki ich krowom Hutu nie pomrą z głodu. To nieważne, że rolnicy – abahinzi, byli obecni na tej ziemi już od pierwszego wieku. Abatutsi – pasterze byli od początku przekonani o swojej wyższości twierdząc, że Bóg stwarzając człowieka, kazał mu być pasterzem. Dominacja przejawiała się w stwierdzeniu: „to my mamy rządzić po to, aby oni nie zginęli z głodu”.»

Tutsi bywają porównywalni do narodu żydowskiego. Mówi się tak, ponieważ jest to oparte na tym, że wywędrowali oni ze swoim stadami od ujścia Nilu. Na pewne podobieństwa wskazuje też zachowanie Tutsi. Dla przykładu, rwandyjskie ludobójstwo porównywane jest przez nich do holokaustu. Pewną analogię z tym związaną można również dostrzec w przekazach propagandowych Hutu, które poprzedziły ludobójstwo na Tutsi. Niektóre przekazy – szkalujące Tutsi tzw. Dziesięć przykazań Hutu; podżegające do nienawiści audycje radiowe, itp. – przypominają kampanię propagandą III Rzeszy, która poprzedziła zagładę na narodzie żydowskim. Nasunęło mi się skojarzenie ze słynnym nazistowskim filmem propagandowym „Żyd Süss” z 1940 roku. W filmie tym, reżyser Veit Harlan przedstawił historię pewnego Żyda, który popełniał ohydne zbrodnie. Celem obrazu było wykreowanie negatywnego wizerunku Żydów. Tragiczną konsekwencją tego typu propagandy była akceptacja wielu zwykłych Niemców, kiedy naziści dokonywali swoich antysemickich zbrodni podczas II wojny światowej.

Ma to także drugą, równie wstrząsającą stronę. Otóż postawa niektórych Tutsi przypomina postawę niektórych Żydów w czasach holokaustu. We wspomnieniach ks. Waligórskiego znalazłam taki fragment: «Bogaci Tutsi mieli możliwość ratowania się ucieczką, siła pieniądza w każdych warunkach geograficznych jest bowiem ogromna. Wieczorem, kiedy misjonarze wreszcie mogli spokojnie usiąść i porozmawiać, podsumować dzień i zastanowić się, co dalej, Henryk powiedział: – Skąd my to znamy? Przecież podczas drugiej wojny światowej i u nas bogatym udało się uniknąć śmierci… Nawet kiedy pewne mniejszości narodowe były skazane na zupełną zagładę, to ich bogaci ziomkowie w Ameryce nie chcieli słyszeć o pomaganiu biedniejszym. – Prawda jest taka, że biednemu zawsze wiatr w oczy – Ludwik temperował przyjaciela, cytując znane przysłowie.»

To co wydarzyło się później, nasuwa pytanie – czy aby na ofierze swojego narodu Tutsi nie zaczęli budować czegoś na wzór «przedsiębiorstwa holokaust», osiągając w ten sposób konkretne cele polityczne czy biznesowe. Powszechnie mówi się głównie o ludobójstwie dokonanym przez Hutu na Tutsi. Tymczasem podczas rozmowy z ks. Waligórskim dowiedziałam się o strasznych odwetach dokonanych przez Tutsi na Hutu, o czym świat już raczej milczy. Chodzi nawet o kilka milionów ofiar, przy czym Hutu tracili życie nie tylko w bezpośrednich mordach, ale też nieludzkich warunkach zarazy i głodu, jakie panowały w obozach dla uchodźców. Tymczasem Tutsi ponownie objęło rządy w Rwandzie i choć liczebnie jest ich zdecydowanie mniej, dominują we władzach i nad życiem Hutu.

Ludobójstwo w 1994 roku to nie była pierwsza wojna domowa w Rwandzie. Jeszcze przed uzyskaniem niepodległości przez ten kraj (w 1962 r.) dochodziło tam do walk między Tutsi a Hutu, z których najpoważniejsze były w 1950 roku. Niechęć Hutu do Tutsi w znacznym stopniu poprzedziła postawa tych drugich. Gdy przed wiekami Tutsi dotarli do Rwandy, powoli zaczęli dominować nad Hutu, zdobywali coraz większe tereny kraju, ustanawiając na podbitych ziemiach swoje prawo. Co znamienne, pomimo iż to Tutsi podbijali, to niemal cały dorobek cywilizacyjny i kulturowy przejęli oni od Hutu, odrzucili jedynie rolnictwo, którym gardzili.

W podsycaniu wewnętrznych konfliktów udział mieli kolonizatorzy. Pod koniec XIX wieku do walki o wpływy wkroczyły Niemcy. Od ks. Waligórskiego usłyszałam: „Rwanda była kolonią niemiecką. Świadczą o tym nawet niektóre słówka z języka niemieckiego np. Ischule. Podział Afryki nastąpił za Bismarcka w Berlinie. Jakie to miało konsekwencje, że te same plemiona, sztucznie zostały rozdzielone. Typowym przykładem jest Rwanda i Burundi. Niemal ten sam język – Kinyarwanda – Kirundi. Te same plemiona. Granice wytyczone wg. linijki na stole w Berlinie.”

W wyścigu o kolonialne wpływy w tej części Afryki szczególnie odznaczyła się Belgia, przykładem Kongo Belgijskie. Podczas pierwszej wojny światowej Belgowie zajęli obszar Burundi i Rwandy. Od mojego Rozmówcy usłyszałam: „Jednak Belgia czuła się odpowiedzialna za ten kraj – podobnie jest do dnia dzisiejszego. Oczywiście dużo nagrabili”. Dowody tych grabieży znajdują się w samej Belgii, a konkretnie w Królewskim Muzeum Afryki Środkowej. Większość zbiorów pochodzi z Demokratycznej Republiki Konga, inne z Rwandy i Burundi. Według oficjalnych informacji: „Jeszcze przed 1960 r. w muzeum zgromadzono blisko ćwierć miliona eksponatów, 600 tys. fotografii oraz 60 filmów, co uczyniło je swego czasu jednym z bogatszych w zbiory muzeów w świecie państw kolonialnych”.

Cyniczna gra kolonizatorów opierała się często o zasadę divide et impera (dziel i rządź). W przypadku Rwandy – zarówno pod wpływem Niemiec jak i Belgii – uprzywilejowano Tutsi, co musiało wzbudzić jeszcze większe niezadowolenie Hutu.

Nasunęła mi się kolejna wstrząsająca analogia. Chodzi o pradawny konflikt pasterzy z rolnikami. Wymowną analizę w tej kwestii przedstawił dr hab. Marek Kordos w książce pt. „Wykłady z historii matematyki” (Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, Warszawa 1994). W wykładzie IV pt. „Dedukcja” Kordos przypomina: «Wzajemna niechęć obu formacji jest nam znana choćby z biblijnej historii Kaina i Abla. Jest w niej opisane morderstwo, którego dokonał zły rolnik – Kain – na dobrym pasterzu – Ablu. Mamy zatem przekazane silne przekonanie narodu pasterskiego – Żydów – o tym, że dominacja rolników w początkach ich państwowości była wynikiem dokonanej kiedyś dawniej zbrodni. Wynikające stąd (ząb za ząb, oko za oko) roszczenia pasterzy są więc całkowicie uzasadnione.» Czyżby właśnie na tym oparto skonfliktowanie Tutsi z Hutu?

Tymczasem przełomowym zwrotem w historii ludzkości było przyjście na świat Jezusa, który powiedział: «Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali» (J, 13, 34). Z takim też przesłaniem pojechali do Rwandy nasi misjonarze – stając na drodze wielkim mocarstwom, które w sercu Afryki rozgrywały swoje okrutne cele.

Człowieczeństwo wypełnia Miłość

Ks. Jacek Waligórski przyjechał do Rwandy w 1973 roku, rok po święceniach kapłańskich. Rwandyjczycy, których poznałam z opisów misjonarza, są przywiązani do tradycji i bardzo rodzinni. «Rodzina to podstawa, oznaka tożsamości każdej osoby. Każdy darzy swoich rodzicieli szacunkiem, każdy zabiega o akceptację bliskich.»

Małżeństwa są najczęściej aranżowane. «Gdy rodzice stwierdzili, że ich syn pod względem fizycznym jest już dojrzały do małżeństwa, zaczynali rozglądać się za przyszłą synową. Odbywało się to według dobrze zaplanowanego scenariusza. Rodzina rozpoczynała przeprowadzanie dochodzenia, aby jak najlepiej wybrać dziewczynę. Rada rodzinna dowiadywała się o najdrobniejszych szczegółach życia przyszłej synowej i jej rodziny. Aby nie sugerować się własną oceną rodzina angażowała „pośrednika”. Zadaniem jego było rozpoznanie terenu. Musiał też przeprowadzić wywiad na temat zdrowia kandydatki, zdrowia jej rodziny, a nawet kondycji wcześniejszych pokoleń. (…) Zadaniem pośrednika było dostateczne upewnienie się, czy wybranka posiada odpowiednie cechy moralne i fizyczne. Bez wątpienia musiała to być kobieta zdolna do przyszłej ciężkiej pracy fizycznej, a także seksualnie atrakcyjna.»

Jeśli wszystko przebiegło pomyślnie dochodziło do zaręczyn, które zgodnie z tradycją odbywały się przy piwie robionym z bananów. Piwo stanowi bowiem nieodłączny element rwandyjskiej kultury. Wspomnienia księdza Jacka są pełne barwnych i zabawnych opisów dotyczących kultury spożywania tego trunku. Szczególnie zapamiętałam momenty, w których nasz misjonarz przyznawał się do wewnętrznego dylematu, gdy miejscowi prosili o pobłogosławienie tego napoju z procentami.

W Rwandzie to kobieta służy mężczyźnie, dlatego produkcją piwa również zajmują się kobiety. Dla wielu rwandyjskich mężczyzn ważniejsze od urody kobiety jest umiejętność robienia tego napoju. «Prawdziwy mężczyzna nie jadał bananów, wolał je „wypić”.» Im lepsze piwo, tym większa miłość między małżonkami.

«Nalewanie piwa należało do obowiązku kobiet, zresztą trzeba było posiadać pewną wprawę, aby dobrze to zrobić. Należało wlać kilka kropel do szklanki, rytmicznie zamieszać, a następnie wylać. Tak przygotowana szklanka była godna, aby wlać do niej piwo. Musiało ono spokojnie spływać po brzegach nachylonej szklanki, którą przed całkowitym napełnieniem stawiano na stole, aby spokojnie dolać do końca. Taki był rytuał. Zresztą wiązał się z tym jeszcze inny zwyczaj. Czasami dziewczyna tak wlewała piwo, że płyn przelewał się przez brzegi szklanki, a ona wówczas lekko zmieszana przepraszała za swoją niezręczność. Oczywiście, był to manewr zamierzony. Wówczas mówiło się: urukundo rwuzuye, tzn. miłość się wypełniła.»

W patriarchalnym społeczeństwie Rwandy rola kobiety była najczęściej minimalizowana, choć to właśnie ona odgrywała ogromną rolę w życiu rodziny i lokalnej społeczności. W tamtejszej kulturze najbardziej ceniono kobietę z licznym potomstwem. «Było to tak ważne, że nieomal zakodowane w naturze kobiety. Płodność była błogosławieństwem, darem, bogactwem, stanowiła o wartości kobiety. Mężczyźni zaś oceniali ten dar nieco bardziej pragmatycznie. Liczne potomstwo to dodatkowe ręce do pracy, a wieloletnia rodzina to naturalne „ubezpieczanie społeczne”. W ten sposób rodzice mogli mieć zapewnioną opiekę na stare lata.»

Jak się później dowiedziałam, „wielkim tego świata” – tj. głównym odpowiedzialnym za ludobójstwo – nie podobało się to tradycyjne podejście Rwandyjczyków do rodziny, więc postanowili się z tym rozprawić.

Książka ks. Jacka Waligórskiego jest niejako hołdem dla rwandyjskiej kobiety, którą symbolizuje tytułowa Emma. Zarówno z rozmowy jak i lektury odniosłam wrażenie, że misjonarz z Polski wręcz upomina się o godne miejsce dla kobiety i traktowanie jej z należytym szacunkiem. Nie ma w tym jednak nachalnego ingerowania w afrykańską kulturę i rodzinę, a raczej subtelna pomoc w jej rozwinięcie, upiększenie i uszlachetnienie. Co znamienne, Emma była z Tutsi, a jej mąż z Hutu. Ks. Jacek opisując historię ich pięknej miłości chciał przekazać światu, że te dwa plemiona mogły żyć ze sobą w zgodzie, szczerze się kochać i obdarzać wzajemnym szczęściem. Zresztą, opisy miłości i człowieczeństwa wypełniły znaczną część opowieści naszego misjonarza.

Przykładem, który szczególnie zasługuje na odnotowanie jest zorganizowanie przez misjonarzy szkoły dla kobiet – Ishuri ry’Ababyeyi. Rwandyjki uczyły się w niej praktycznych umiejętności mających ułatwić codzienne życie. «Program szkoły był bardzo prosty: należy wykorzystać dostępne produkty, które rodzi miejscowa ziemia, i powoli wdrażać kobiety w nowe tajniki gotowania i racjonalnego żywienia z zachowaniem tradycyjnej kuchni.» W celu podniesienia jakości żywienia sprowadzono nowe warzywa i owoce, uczono kobiety ich uprawy i przyrządzania z nich wartościowych posiłków.

W szkole dla kobiet szczególną troską otoczono niedożywione dzieci. «Podawanie im co cztery godziny pokarmu bogatego w białko, cukier, sole mineralne i witaminy powodowało, że dziecko z pogranicza kwashiorkor już po trzech tygodniach mogło otrzymywać pokarm bogatszy w składniki. Dziecko przybierało na wadze, a po dalszych kilku tygodniach osiągało 80 procent normalnej dla swojego wieku wagi. Można było wówczas przejść na tradycyjny pokarm. Dziecko uznawane było za zdrowe, gdy osiągało 85 procent normalnej wagi. Kobiety bardzo szybko przekonały się, że warto stosować zalecenia instruktorek.»

Kolejnym palącym problemem było nauczenie rwandyjskich matek zasad higieny, gdyż tamtejsze społeczeństwo nie miało świadomości, że jej brak stanowi zagrożenie dla zdrowia i życia, zwłaszcza dzieci i niemowląt. «Ta szkoła, początkowo maleńka, ale jakże praktyczna i życiowa, okazała się tak wielkim dobrodziejstwem dla miejscowej ludności. Stała się też narzędziem ewangelizacji. Kobiety miały zaufanie do misjonarzy, którzy nie tylko dbali o ich dusze, ale też troszczyli się o dobro fizyczne i materialne.»

Jestem wprost wstrząśnięta faktem, że po tym wszystkim, ile dobrego dla Rwandy zrobili katoliccy misjonarze, pewne kręgi miały potem czelność oskarżać Kościół o współudział w największej masakrze tego kraju.

Preludium ludobójstwa

Ks. Jacek Waligórski, po dziewięciu latach spędzonych w ówczesnym Zairze (obecnie Demokratyczna Republika Konga), powrócił do Rwandy w 1993 roku, rok przed ludobójstwem. Po latach od ostatniego pobytu zastał kraj odmieniony, pełen niepokojów i nieufności. Nową sytuację misjonarz spuentował słowami: «Chcę znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego ci ludzie, którzy przez wiele lat mogli żyć ze sobą, nie tylko się wzajemnie akceptując, ale dając sobie prawdziwe szczęście, nagle stają się dla siebie obcy, wrodzy i nienawistni. Wydaje się, że odpowiedzi na to pytanie należy szukać przede wszystkim na zewnątrz. Lata dziewięćdziesiąte XX wieku to wprowadzenie demokracji w Rwandzie. Była ona rozumiana głównie jako możliwość zakładania przeróżnych partii, które starały się wprowadzić swoich ludzi do rządu i w rezultacie przejąć władzę. Poszczególne ugrupowania wzajemnie się oskarżały, a także podsycały nienawiść etniczną. Przez wiele lat próbowano ograniczyć galopujący przyrost demograficzny, propagując wśród ludności antykoncepcję. Kiedy ta propaganda, ze względu na przywiązanie Rwandyjczyków do tradycji, nie dała żadnych rezultatów, znalazło się skuteczniejsze rozwiązanie. Bernard Lugan, francuski afrykanista, lapidarnie sformułował ten dylemat kontroli urodzin: „pigułka czy maczeta”.»

Ludobójstwo było poprzedzone szeregiem akcji propagandowych. «MRND [rząd złożony z członków Hutu] w styczniu 1992 roku zakłada dwumiesięcznik „Interahamwe” – (walczący razem). Tę samą nazwę nosiły później szwadrony śmierci, bojówki, które w 1994 roku w bestialski sposób dokonały masowego ludobójstwa na ludności Tutsi. W tym samym czasie zostaje założone również radio Mille Collines, które w późniejszych dziejach Rwandy odegrało niechlubną rolę, podsycając do nienawiści i nawołując do masowych rzezi. Radykalne grupy Hutu rozpoczęły gromadzenie broni na dużą skalę oraz szkolenia wojskowe. Powołano także bojówki o nazwach Interahamwe (Walczący razem) i Impuzamagambi (Mający wspólny cel). Dziennikarz Georges Ruggiu (Belg z włoskim paszportem), animator i prezenter radia RTLM, w szczególny sposób przyczynił się do podżegania nienawiści przeciwko Tutsi.»

W grudniu 1990 r. w gazecie „Kangura” opublikowano Dziesięć przykazań Hutu: 1. Każdy Hutu powinien wiedzieć, że kobieta Tutsi, gdziekolwiek jest, pracuje dla interesów ludu Tutsi; dlatego będzie uznany za zdrajcę każdy Hutu, który: a) poślubia kobietę Tutsi, b) przyjaźni się z kobietą Tutsi, c) zatrudnia kobietę Tutsi jako sekretarkę lub konkubinę. 2. Każdy Hutu powinien wiedzieć, że nasze córki Hutu są właściwsze i bardziej sumienne w zadaniach kobiety, żony i matki rodziny; czyż nie są one piękne i szczere? 3. Kobiety Hutu, bądźcie czujne i starajcie się przeciągnąć swoich mężów, braci i synów na właściwą stronę. 4. Każdy Hutu powinien wiedzieć, że każdy Tutsi jest nieuczciwy w interesach; jego jedynym celem jest władza dla jego ludu; dlatego będzie uznany za zdrajcę każdy Hutu, który: a) zakłada spółkę z Tutsi, b) inwestuje swoje albo rządowe pieniądze w przedsięwzięcie Tutsi, c) pożycza pieniądze Tutsi albo pożycza od niego, d) sprzyja Tutsi w interesach. 5. Wszystkie strategiczne pozycje polityczne, administracyjne, ekonomiczne, wojskowe i policyjne powinny być w rękach Hutu. 6. Sektor edukacyjny musi być w większości Hutu. 7. Armia Rwandy powinna składać się wyłącznie z Hutu. 8. Hutu nie powinien dłużej litować się nad Tutsi. 9. Hutu, gdziekolwiek są, muszą działać zjednoczeni i solidarni, i mieć na uwadze losy ich braci Hutu wszyscy Hutu muszą być nauczani na każdym poziomie. 10. O Rewolucji Społecznej 1959, Referendum 1961 i Ideologii Hutu; każdy Hutu musi wszędzie głosić tę wiedzę.

W związku z wydarzeniami w Rwandzie szczególnie szokuje postawa Organizacji Narodów Zjednoczonych. W październiku 1993 roku ONZ powołała UNAMIR (United Nations Assistance Mission for Rwanda) pod dowództwem kanadyjskiego generała Roméo Dallaire, aby „pomóc we wprowadzeniu porozumień z Aruszy podpisanych przez rwandyjskie partie 4 sierpnia 1993”, kończących wojnę domową w Rwandzie (1990-1993). Jednak podczas ludobójstwa ONZ nie zezwoliła UNAMIR na żadne szersze działania interwencyjne. Osobiście uważam, że nie sposób usprawiedliwić tych, którzy podporządkowali się tym bestialskim wytycznym – nakazującym: nie reagować!

Szukając w internecie informacji na ten temat natrafiłam na postać polskiego oficera. Major Stefan Steć w ramach polskiego kontyngentu służył w UNIAMIR podczas ludobójstwa w 1994 roku. Przeczytałam, że osobiście sfilmował on ofiary masakry w Gikondo na dowód ludobójstwa i był pierwszym oficerem UNAMIR, który użył tego słowa. Steć przyznał później: „Wyraźnie zabroniono nam używać słowa «ludobójstwo» w naszej korespondencji z kwaterą główną ONZ w Nowym Jorku” [„The Independent”, 7 października 2005]. Szokujące słowa padły także w jego przemówieniu, podczas „Rwanda Forum” w Imperial War Museum w Londynie (27 marca 2004 r.), kiedy to Steć powiedział: „Mieliśmy do czynienia z dobrze zorganizowanym ludobójstwem, które przetaczało się przez kraj”; „Zamiast ratować ludzi, kazano nam podejmować rozmowy na temat niemożliwego do osiągnięcia zawieszenia broni. Brzmiało to: nie ratujcie ludzi, grajcie na zwłokę i zobaczmy jak rozwinie się sytuacja”. Stefan Steć zmarł 29 września 2005 roku, według oficjalnych informacji śmierć nastąpiła „w wyniku powikłań związanych z zespołem stresu pourazowego”.

W książce „To Ty, Emmo?” ks. Jacek Waligórski opisał postawę ONZ następująco: «Z Kigali doszły wiadomości: „ONZ wycofuje Oddziały Pokojowe (Błękitne Hełmy) z Rwandy w sytuacji, gdy ich obecność jest niezbędna”. A więc dali całkowite zezwolenie na masakrę! (…) Misjonarze nie mogli zrozumieć logiki polityki międzynarodowej, która w ten sposób przyzwalała na ludobójstwo. Świat o tym wszystkim dobrze wiedział – dlaczego na to nie reagował? Tak łatwo było przecież powstrzymać tę bestialską zagładę. Gdyby w Rwandzie były złoża ropy naftowej albo trzeba byłoby bronić białych kolonizatorów, wydarzenia na pewno potoczyły by się inaczej. – Dewizą bogatych państw jest zawsze: „To wasza wewnętrzna sprawa, jak chcecie możecie się mordować” – dodał smętnie Ludwik.»

Niechlubną rolę odegrała także Polska. W tym kontekście przytoczę fragment książki nawiązujący do rozmowy polskiego misjonarza z rwandyjskim generałem: «Padiri, przetłumacz, proszę ulotkę z języka polskiego. Widząc wielkie zdziwienie na twarzy proboszcza, generał dodał: – Miesiąc temu podejmowałem dwóch oficerów z Polski, którzy przyjechali negocjować dostawy broni do Rwandy. Zdziwienie nie zniknęło z twarzy misjonarza, a nawet się spotęgowało, więc generał kontynuował z zadowoleniem: – Przetarg jest korzystny, bo broń z Polski jest dobra i tania. (…) Ludwik wyszedł w dziwnym nastroju. (…) Nurtowało go pytanie, dlaczego Polska, zamiast misji pokojowej, wysyła do Rwandy broń.»

Największe transporty broni i amunicji dokonywane były przez Tel Awiw i Tiranę. Z kolei z bezpośrednio z Chin dostarczono kilkaset tysięcy maczet, które rozdano chłopom pod pretekstem prac rolnych. To właśnie maczety posłużyły do zamordowania większości ofiar.

Piekło ludobójstwa

Wydarzenia, które rozpoczęły rwandyjską masakrę wpisują się w działania operacyjne false flag (fałszywa flaga). Ks. Waligórski opisał to następująco: «W środę 6 kwietnia 1994 roku o godzinie 20:30 samolot prezydencki Dassaut-Falcon 50, wiozący na pokładzie prezydenta Rwandy Juvenala Habyarimanę [Hutu] i prezydenta sąsiedniej Burundi Cyperiena Ntaryamira, w momencie podchodzenia do lądowania nad lotniskiem Kanombe został trafiony rakietą, a później nastąpiła gwałtowna eksplozja. (…) Wieść o śmierci prezydenta rozniosła się prędko i następnego ranka, 7 kwietnia, każdy Rwandyjczyk już wiedział, że samolot został zestrzelony przy pomocy rosyjskich rakiet Sam 7. Rakiety tego typu były w posiadaniu wielu państw, ale ostrze nienawiści zostało skierowane szczególnie przeciw Belgom. (…) W Afryce za zabójstwo przywódcy, a tym bardziej przywódcy narodu, sprawca musiał ponieść surową karę (…). W pierwszych godzinach po zamachu panowała cisza. Ludzie czekali na wieści z stolicy. Już następnego dnia zostali zamordowani: pani premier Agathe Uwilingiyimana [Hutu], Landoald Ndasingwa [Tutsi] – minister pracy i przewodniczący partii PL, jego żona Kanadyjka, Hélène Pinski i dwójka ich dzieci, a także dziesięciu żołnierzy belgijskich z ochrony premiera.»

Był to punkt zapalny, po którym podsycana od lat nienawiść wylała się na cały kraj. Ks. Jacek Waligórski był świadkiem ludobójstwa w miejscowości Kansi. Atak na miejscową parafię rozpoczął się 19 kwietnia.

«Coraz więcej ludzi szło w kierunku misji. Można było łatwo odróżnić Hutu od Tutsi: każdy Hutu na głowie miał zielony wianuszek upleciony z liści lub jakich gałązek jako znak rozpoznawczy, aby przypadkowo w tłumie się nie pomylić. Mężczyźni mieli w rękach maczety, dzidy, których niegdyś używano do polowań na dziką zwierzynę, tasaki lub kawałki metalu. Kobiety – kije, kamienie, cegłówki, bo każdy musiał być uzbrojony. Wśród nich szli katechiści, którzy nauczali ludzi o Miłosiernym Bogu i rozdawali Eucharystię. Każdy musiał opuścić dom, aby udać się na miejsce, gdzie miał się rozegrać „mecz finałowy”.»

Sygnałem do rozpoczęcia walki było wywleczenie dyrektora pobliskiej szkoły średniej, a następnie zadanie mu maczetą śmiertelnego ciosu w krtań. Po chwili rozległy się wybuchy granatów i strzelanina. «Zewsząd dolatywały nieludzkie jęki rannych, a okrzyki nienawiści mieszały się z okrzykami bólu i cierpienia. Przez okna wrzucano do pomieszczeń granaty, po chwili wydobywały się stamtąd kłęby dymu i krzyki umierających. Ci, którzy byli na zewnątrz, uciekali jak mogli najdalej. (…) Mężczyznom, szczególnie młodym udawało się uciec, lecz starcy i dzieci biegły dużo wolniej. Cała droga i przydrożne zarośla były więc usłane ludzkimi ciałami, gdyż ci, którym nie udało się uciec, byli z całym okrucieństwem mordowani. (…) Misjonarze milczeli, słowa więzły im w krtani na widok leżących wokół ludzkich szczątków. To co się tu dokonało, przekraczało ludzką wyobraźnię. (…) Wokół rozpościerał się potworny widok: trupy leżały porozrzucane tak gęsto, że nie było gdzie postawić stopy. Ujrzeli ciało dyrektora szkoły średniej. Głowę miał prawie odciętą, na szyi ziała szeroka szpara obrzeżona zastygłą krwią. Obok ciała kobiet, także kobiet ciężarnych, którym otwarto maczetą brzuchy. Po jakim czasie słychać było jak w tym upale pękają im jelita.»

Mordercy nie oszczędzali nikogo, nawet tych, którzy uciekli schronić się do parafialnych budynków. W salkach katechumenalnych nasi misjonarze zastali wstrząsający widok. «Sceny były wszędzie takie same: w pomieszczeniach leżało po 40-50 ciał poszarpanych granatami wrzucanymi przez okno, częściowo przysypane gruzem z rozwalonych ścian. W niektórych miejscach słychać było jeszcze słabe jęki dogorywających ludzi. W jednej z sal przerażająca scena: dwa duże psy siedziały na zwłokach, trudno było je przepędzić. W następnej sali scena dantejska, ale chyba nawet Dante takiej by nie wymyślił: zabita kobieta, do jej pleców przywiązane jeszcze żywe niemowlęta. Ludwik bez namysłu podbiegł, aby je zabrać, ale nagle usłyszał przeraźliwy hałas. Ledwie zdążył odskoczyć, kiedy do sali wpadła zgraja morderców, aby dokończyć dzieła. Dobijali kamieniami i maczetami tych, którzy jeszcze żyli. Zasztyletowali też te biedne niemowlaki…»

Ks. Henryk Cabała liczył ciała pomordowanych. Tylko w pobliżu misji było 1400 trupów. Zabitych trzeba było szybko pochować, aby nie wybuchła epidemia. I tu kolejny wstrząs dla naszych misjonarzy – musieli przekupywać żywnością katów, aby pomogli oni grzebać swoje własne ofiary. Skala okrucieństw, o których opowiedział mi świadek ludobójstwa, jest niepojęta. «Krew się lała wszędzie, sąsiedzi polowali na sąsiadów, mężowie wydawali na śmierć żony.» Chyba najbardziej wstrząsnęła mną opowieść o kobiecie Hutu, która miała męża Tutsi. Zgodnie z tamtejszym prawem pochodzenie dziedziczy się po ojcu. Gdy zabito męża tej kobiety, to ona sama zapłaciła bojówkarzom z Hutu, by zabili jej własne dzieci, które po ojcu były Tutsi.

Los nie oszczędził także tytułowej Emmy. Zanim ją zabito, została wywleczona z domu i brutalnie zgwałcona. W wyniku ludobójstwa w ciągu około 100 dni – od 6 kwietnia do lipca 1994 roku – według szacunków śmierć poniosło od 800 000 do 1 071 000 Rwandyjczyków. Późniejszy odwet pochłonął kolejne ofiary. Szacuje się, że w akcie zemsty, w tym w nieludzkich warunkach obozów dla uchodźców, zginęło prawie 3 miliony Hutu. Podczas rwandyjskiej wojny domowej zginęło około stu księży i trzech biskupów. Księża Jacek Waligórski i Henryk Cabała cudem uniknęli śmierci i jak tylko mogli próbowali ratować innych, niektórych udało się im ocalić.

Dramatyczne wydarzenia w Rwandzie to nie tylko historia ludobójstwa, które było w interesie wielkich mocarstw. To także uniwersalna opowieść o ludzkiej naturze i przestroga dla nas wszystkich. Ks. Jacek Waligórski spuentował to refleksją: «Dopóki człowiek będzie patrzył na swojego bliźniego przez pryzmat własnej dominacji i egoizmu, dopóty będzie istniało ludobójstwo, holokaust i bratobójcze wojny, a słowo „pokój” pozostanie jedynie w sferze marzeń.»

W latach 1981-1985 w Kibeho na południu Rwandy miały miejsca Objawienia Maryjne. «Jak podaje o. Gabriel Maindron, 19 sierpnia 1982 roku „Alphonsine widziała Matkę Boga płaczącą, wizjonerki płakały również, dzwoniąc zębami z przerażenia. Objawienia tego dnia trwały 8 godzin, dzieci widziały przerażającą scenę: rzekę krwi, ludzi, którzy się wspólnie zabijali, porzucone trupy, których nikt nie chciał pogrzebać, drzewa w ogniu, olbrzymią przepaść, poćwiartowane ciała”.» Objawienia w Kibeho zostały uznane przez Kościół 29 czerwca 2001 roku.

Złowroga siła propagandy

W niektórych przekazach medialnych spotkałam się z zarzutami pod adresem Kościoła, że wspierał ludobójstwo w Rwandzie. Mój Rozmówca wyjaśnił mi genezę tych oskarżeń. Uważam za niezbędne poinformowanie opinii publicznej o metodach propagandowych, polegających na zrzuceniu części odpowiedzialności na duchowieństwo.

Na misjach Caritas miała w zwyczaju udzielanie pożyczek finansowych młodym ludziom, którzy chcieli zdobyć wyższe wykształcenie, a przez to dobrą pracę. Umowa polegała na tym, że gdy absolwent skończy studia – np. prawnicze – zdobędzie pracę i osiągnie stabilizację finansową, wówczas dokona zwrotu wyłożonych pieniędzy. Najczęściej jednak taki człowiek nie wywiązywał się z danego słowa. Wówczas Caritas wysyłała pismo z prośbą o uregulowanie należności. Gdy rozegrało się ludobójstwo, znaleziono kartki z nazwiskami osób przeznaczonych do likwidacji, na których były pieczątki Caritasu i podpis duchownego. Dostępność papieru nie była wówczas powszechna, dlatego mordercy wykorzystywali kartki z pism przysłanych przez Caritas. To posłużyło późniejszym propagandystom do oskarżania Kościoła.

Kolejny system oskarżania duchowieństwa wyglądał następująco. Proboszcz, którego Tutsi prosili o schronienie, miał dwa wyjścia: wpuścić ich do kościoła lub pozostawić na placu przykościelnym. Jeśli dał schronienie w świątyni, mordercy wrzucali granaty do kościoła i wszyscy ginęli. Wtedy pojawiało się oskarżenie, że proboszcz ułatwił morderstwo. Jeśli Tutsi pozostali na placu, byli mordowani maczetami. Wtedy oskarżano proboszcza o sprzyjanie ludobójstwu, bo gdyby umożliwił schronienie w świątyni, to być może mordercy by ich nie dopadli.

W czasie kiedy pracowałam nad powstaniem tego artykułu zmarł abp Henryk Hoser SAC, wieloletni misjonarz w Rwandzie. W 1978 roku założył w Kigali Ośrodek Medyczno-Socjalny, którym kierował przez 17 lat, oraz Centrum Formacji Rodzinnej (Action Familiare). Dni pogrzebu arcybiskupa Hosera to także czas odgrzebywania i krytyki Kościoła, odnoszących się do wydarzeń w Rwandzie. Czytając medialną nagonkę pod adresem tego hierarchy, po raz kolejny utwierdziłam się przekonaniu, że krytycy abp. Hosera przede wszystkim nie mogą mu darować jego tradycyjnego podejścia do życia i rodziny. Zarzucono mu, że reprezentował „skrajnie konserwatywne skrzydło polskiego Kościoła”. I wreszcie, krytycy nie mogli zdzierżyć tego, że abp Henryk Hoser – z wykształcenia lekarz – był zdecydowanym przeciwnikiem in vitro i aborcji; a ponadto nie akceptował antyludzkiej ideologii LGBT. Nie ulega wątpliwości, że bezkompromisowa postawa abp. Hosera w kwestii życia i rodziny, bardzo przeszkadzała współczesnym reformatom świata. Przypominam, że tradycyjne podejście do rodziny Rwandyjczyków również było celem zniszczenia. Czyżby właśnie dlatego abp. Hoser padł ofiarą niewyobrażalnej nagonki?

Głównym prowodyrem w tym zakresie został Wojciech Tochman, wieloletni dziennikarz „Gazety Wyborczej”. Przed laty ułożył on zestaw prowokacyjnych pytań do abp. Henryka Hosera nt. wydarzeń z Rwandy. Pytania Tochmana są rażącym anty-przykładem warsztatu dziennikarskiego; autor jest skrajnie nieobiektywny, z góry oskarża bez poznania odpowiedzi, wprost sugeruje współodpowiedzialność Kościoła. Zestaw tendencyjnych pytań wygląda następująco: 1. Czy i dlaczego Kościół w Rwandzie faworyzuje Hutu? 2. Czy postawa rwandyjskiego Kościoła mogła sprzyjać ludobójstwu? 3. Co w kwietniu 1994 roku stało się na Gikondo, które ksiądz świetnie zna? 4. Czy mieszkający tam Pallotyni mogli zachować się inaczej? 5. Czy mogli zachować się inaczej, gdy wrócili z ucieczki? 6. Czy katoliccy księża brali udział w ludobójstwie w 1994 roku? 7. Czy w latach dziewięćdziesiątych XX wieku w Rwandzie było jedno, czy dwa ludobójstwa? 8. Czy Kościół neguje ludobójstwo 1994? 9. Co księdzu wiadomo o ukrywaniu przez Watykan duchownych ludobójców? 10. Czy ksiądz arcybiskup pomagał w ich ewakuacji z Rwandy? 11. Dlaczego ksiądz do Rwandy już nie jeździ?

Powyższe pytania od lat krążą w internetowym obiegu medialnym po hasłem: „Jakich pytań boi się Henryk Hoser?”. Ma to sugerować, że arcybiskup miał coś na sumieniu.

Prasowe doniesienia oskarżające Kościół, a wcześniej podżeganie do nienawiści w rwandyjskich rozgłośniach radiowych i gazetach, po raz kolejny uświadomiły mi brutalną rzeczywistość o niszczycielskiej roli mediów.

Tymczasem globalni dyktatorzy, których celem jest zniszczenie rodziny i tradycyjnych wartości, po raz kolejny odnieśli sukces. W 2011 roku rząd Rwandy ogłosił, że planuje w ciągu trzech lat wysterylizować 700 tys. mężczyzn; ponadto zamierza wszcząć ogólnokrajową kampanię, zachęcając do stosowania prezerwatyw i wazektomii. Portal LifeSiteNews.com poinformował wtedy, że przedsięwzięcie sfinansują amerykańskie organizacje USAID oraz Family Health International. Powód? Przeciętna kobieta w Rwandzie rodziła wtenczas pięcioro dzieci. Międzynarodowe organizacje planowania rodziny uznały, że to za dużo. LifeSiteNews.com opisał ponadto, że podobne kampanie były prowadzone w Rwandzie już wcześniej pod pretekstem zapobiegania szerzeniu się HIV i AIDS. W 2008 roku urzędnicy rwandyjskiego ministerstwa zdrowia informowali, że w pierwszej kolejności zwrócą się do młodych mężczyzn na uczelniach, w policji i w armii, zachęcając ich do sterylizacji. Stacja BBC donosiła wówczas, że wielu mężczyzn oburzały rządowe pomysły, szczególnie, że mówiono, iż sterylizacja będzie dobrowolna, a nie była. Dla przykładu, w armii żołnierze otrzymali rozkaz poddania się wazektomii.

I wreszcie, w 2012 roku parlament Rwandy przyjął ustawę legalizującą aborcję. W ten sposób kolejny kraj Afryki padł ofiarą polityki uzależniającej przyznawanie pomocy finansowej ubogim państwom od wprowadzania przez nie programów antyludnościowych. I pomyśleć, że udało się to osiągnąć w rwandyjskim społeczeństwie, dla którego przez wieki rodzina stanowiła najwyższą wartość, a liczne potomstwo było wyrazem prestiżu i największego szczęścia.

Swój wpływ na tym terenie zaznaczyły także Chiny. Chińczycy budowali w Rwandzie asfaltowe drogi jeszcze w czasach posługi misyjnej ks. Waligórskiego. Obecnie po ulicach Kigali jeżdżą nowoczesne chińskie autobusy. O wejściu Państwa Środka ze swoimi inwestycjami do tej części Czarnego Lądu świadczą także wpływy w Demokratycznej Republice Konga – kontrakty na 30 lat, głownie chodzi o surowce. Jednak ks. Waligórski wyraźnie zaznaczył, że nie tylko Chiny, ale wiele krajów dąży do dominacji.

Nasuwa to refleksję, że dzięki inwestycjom wielkich mocarstw Rwandyjczycy z materialnej biedy i zacofania przeszli na „wyższy poziom cywilizacyjny”. Dlatego zwolennicy powiedzenia «cel uświęca środki», mogą odebrać taki rozwój sytuacji jako coś pozytywnego.

I tu pojawia się bardzo poważny dylemat natury etycznej. Czy ludzie z rozwiniętych państw mają moralne prawo narzucać swoje osiągnięcia innym? Czy jest jakaś granica, której nie wolno przekraczać? Problem ten ciekawie obrazuje przykład, który przytoczył mi ks. Jacek Waligórski. Jak już wspomniałam, gdy nasz misjonarz rozpoczął posługę w Rwandzie, spotkał tam bardzo rodzinne społeczeństwo. Rwandyjczycy uwielbiali spędzać ze sobą czas; z radością spotykali się wieczorami w gronie najbliższych, na wspólnych rozmowach, przy bananowym piwie, śpiewie i tańcu. Liczne spotkania umacniały więzi między ludźmi, łączyły pokolenia, podtrzymywały tradycję. W pewnym momencie pojawili się przedstawiciele tzw. „wyższej cywilizacji” i co poniektórym Rwandyjczykom wręczali odbiorniki radiowe. Natura ludzka ciągnie do tego co nowe i dotąd nieznane. Taki młody człowiek, który otrzymał gadżet w postaci radia, czuł się wyróżniony i lepszy od reszty rodziny. Tradycyjne spotkania w gronie najbliższych zaczęły go nudzić, gdyż atrakcyjniejsze było już teraz słuchanie „oświeconych” nadających na falach radiowych. W efekcie, zaczął się wymigiwać od wieczornych spotkań z najbliższymi i oddalił od rodziny, bo wolał w tym czasie posłuchać sobie radia…

Podczas rozmowy na ten temat, ks. Waligórski również zwrócił uwagę na problem etyki. Czy państwa pomagają, czy grabią? Czy dając postęp, technikę nie zabiera się podstawowych wartości ludzkiego dobrego życia? Czy lepiej żyć w nędzy, a szczęśliwie? Czy człowiekowi z buszu nie należy się taki sam postęp jak Europejczykowi? Pytań jest sporo… I uważam, że zdecydowanie warto poszukać na nie odpowiedzi.

Agnieszka Piwar

Redakcja