OpinieEuropejskie miraże i realia

Mateusz Piskorski1 miesiąc temu
Wspomoz Fundacje

Coraz częściej pojawia się w polskiej debacie publicznej wątek rozważań na temat korzyści i strat z dalszego członkostwa w Unii Europejskiej. Dyskusje na ten temat są jednak w dużej mierze jałowe, bowiem koncentrują się na problemach w istocie drugorzędnych. Nie słyszymy nic o sprawach kluczowych: zdolności do modernizacji w oparciu o własne zasoby, geopolityce oraz skutecznych metodach oddziaływania na kształt UE.

Czy dalibyśmy radę?

Prof. Andrzej Leder w swojej intrygującej książce Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej (Warszawa 2014), podobnie jak choćby prof. Jan Sowa (Fantomowe ciało króla. Peryferyjne zmagania z nowoczesnością, Kraków 2011), stawia tezę, że wszelkie impulsy modernizacyjne w Polsce ostatnich stuleci pochodziły z zewnątrz. Trudno z tym stwierdzeniem polemizować. Istotnie, możemy dostrzec, że wytężony rozwój gospodarczy, ostateczne odejście od folwarczno-pańszczyźnianej gospodarki feudalnej odbywało się pod naciskiem potęg zaborczych (rozwój przemysłu w Królestwie Polskim w XIX wieku), okupacyjnych (krwawe przeobrażenie tkanki społecznej w okresie okupacji i II wojny światowej) czy znalezienia się w układzie zależności blokowej z narzuconym modelem i kierunkiem rozwoju (Polska Ludowa po 1944 roku). Może i nie brzmi to zbyt optymistycznie, ale takie są fakty.

Zaznaczmy, że modernizację rozumiemy tu jako dostosowanie gospodarcze i technologiczne do reszty Europy, a zatem traktujemy je w kategoriach postępu materialnego. Ma ono również wymiar społeczny; w przypadku Polski oznacza emancypację chłopstwa, likwidację analfabetyzmu i generalne zerwanie z półniewolniczą stratyfikacją społeczną. Przed II wojną światową, jak i po niej, część polskich intelektualistów oddawała się poszukiwaniom własnych zasobów, o które można by oprzeć samodzielny rozwój kraju. Najbardziej zdeterminowani w tym dziele byli chyba Jan Stachniuk (zarówno w pracach wydanych w dobie sanacji, jak i po wojnie, aż do uwięzienia w 1949 roku), Zygmunt Felczak, postulujący po wyzwoleniu roku 1945 „uzbrojenie cywilizacyjne” Polski (w książce Droga Wielkiej Odnowy, Bydgoszcz 1946), czy występujący z podobnych pozycji Feliks Widy-Wirski (Polska i rewolucja, Poznań 1945). Wszyscy oni uznawali, że – poza zasobami materialnymi – do modernizacji niezbędne jest odpowiednie podłoże, matryca ideologiczna, a nawet światopoglądowa.

Tego podłoża nie było i nie ma go nadal. Nie istnieje ani jedna propozycja ideowa mająca kompleksowy charakter, która mogłaby doprowadzić do podjęcia skutecznej próby modernizacji w oparciu o zasoby własne, wyzwolić energię społeczną na rzecz realizacji jasno określonego, ambitnego celu. Nawet, gdyby taka propozycja istniała, to prawdopodobnie w obecnych realiach nie dotarłaby do większości ekstremalnie zatomizowanego społeczeństwa, które w wyniku neoliberalnego rozprzężenia ostatnich dekad przestało stanowić jakąkolwiek wspólnotę. Alternatywna koncepcja rozwoju pewnie nie zostałaby nawet szerzej odnotowana.

W obecnych warunkach Polska nie dysponuje zatem nie tylko zasobami materialnymi (surowcami, technologiami, przewagami konkurencyjnymi, potencjałem szantażu), ale również intelektualnymi (własnymi modelami i koncepcjami drogi rozwoju), które pozwoliłyby na rozwój przypominający ten, który stał się udziałem zapóźnionych technologicznie w wieku XX krajów skandynawskich czy Japonii. Musimy zatem poruszać się w ramach teorii systemów-światów Immanuela Wallersteina, w myśl której znajdujemy się na światowych peryferiach, względnie półperyferiach. Możemy też odwoływać się do teorii zależności, która w znakomity sposób pozwala zrozumieć mimetyzm polskiej transformacyjnej modernizacji po przystąpieniu do UE. Brak zasobów własnych stawia nas przed dość skromnym wyborem: dryf cywilizacyjny albo próba dalszego awansu w międzynarodowym podziale pracy w oparciu o stymulatory zewnętrzne, które aplikuje Unia Europejska. Odnotować przy tym trzeba, że nie chodzi tu w żadnym razie o akceptację ideologicznych, metapolitycznych matryc zachodnich, lecz raczej o wymuszenie implementacji wzorców zarządzania, procedur, które skutecznie redukują słabości polskiej – parafrazując termin prof. Jadwigi Staniszkis – nierządności.

Samotność wśród mocarstwowych biegunów

Integracja europejska może, choć nie musi, mieć również wymiar geopolityczny. Jeśli zgodzimy się z diagnozą Charlesa Krauthammera, że moment hegemoniczny trwać może góra trzy dekady, a po nim nastąpi zmierzch dominacji atlantyckiego supermocarstwa, uznać musimy, że skazani jesteśmy na istnienie w świecie wielobiegunowym, znakomicie opisywanym przez prof. Aleksandra Dugina. W takim układzie międzynarodowym można oczywiście prowadzić politykę równego dystansu wobec wszystkich istotnych ośrodków siły. Jest to jednak możliwe wyłącznie pod warunkiem położenia z dala od wielkich bloków, ewentualnie posiadania potencjału pozwalającego myśleć o zapoczątkowaniu nowego bloku w oparciu o własne siły i atrakcyjność proponowanej drogi rozwoju. Polska nie jest jednak ani Nową Zelandią, leżącą z dala od strategicznie istotnych szlaków komunikacyjnych, ani Wenezuelą epoki Hugo Chaveza, mającą własne cenne zasoby surowcowe połączone z ofertą ideologiczną przyciągającą inne kraje regionu.

Z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć można, że kontynent eurazjatycki podzielony zostanie na trwałe trzy, czasem współdziałające, innym razem rywalizujące bloki: europejski, zdominowany przez najsilniejsze gospodarczo, technologicznie i organizacyjnie Niemcy; eurazjatycki pod przywództwem potężnej terytorialnie, militarnie, politycznie i surowcowo Rosji; oraz wschodnioazjatycki znajdujący się pod wpływem największej gospodarki świata, czyli Chin. Z czasem potencjał wystarczający do formułowania własnych ambicji zyskać mogą jeszcze Indie i Turcja. Liga średnia w Eurazji to kraje takie, jak Iran czy Pakistan, które będą mogły podjąć próbę umiejętnego lawirowania pomiędzy dwoma lub więcej dominującymi blokami. Polska w takiej konfiguracji będzie mogła osiągnąć realne sukcesy, wyłącznie dokonując wyboru jednego z bloków, by następnie, po wytworzeniu wystarczającego potencjału spróbować wybicia się na poziom Teheranu lub Islamabadu, czyli gracza pośredniczącego i oddziałującego na relacje pomiędzy dwoma blokami. W obecnych warunkach utrzymującej się dekompozycji bloku eurazjatyckiego funkcjonującego przez kilka powojennych dekad w ramach organizacyjnych Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej oraz Układu Warszawskiego, jedynym akceptowalnym społecznie i realistycznym geoekonomicznie wyborem może okazać się rzeczywiste włączenie się Polski do projektu integracji europejskiej, choć z czasem można wyobrazić sobie i inne scenariusze, np. wybicie się do roli pomostowej pomiędzy blokiem orbitującym wokół Berlina a blokiem orbitującym wokół Moskwy.

Wszystko to nie musi oznaczać bezkrytycznego przyjmowania aktualnego kształtu integracji europejskiej. Z kilku co najmniej powodów jest ona bowiem procesem wyjątkowo ułomnym i coraz częściej odległym od pierwotnych, przyświecających jej celów. Po pierwsze, w sensie geopolitycznym UE nadal nie dokonała emancypacji spod wpływów Stanów Zjednoczonych, więc na obecnym etapie zostać samodzielnym blokiem w kształtującym się świecie wielobiegunowym może ona jedynie potencjalnie. Szansą na ruchy w tym kierunku była prezydentura Donalda Trumpa otwarcie uznającego Europę za przeciwnika, ale i dziś, za czasów administracji Joe Bidena, istnieje tu pewna możliwość. Odmowa rozmowy telefonicznej z nowym amerykańskim prezydentem tuż po jego zaprzysiężeniu, na którą zdobyła się kanclerz Angela Merkel, ostatnia krytyka antychińskiego sojuszu militarnego AUKUS dokonana przez Emmanuela Macrona i szereg innych wydarzeń wskazuje, że w Europie istnieje potencjał emancypacyjny. Choć spełnianie są kolejne warunki wiodące ku niezależności kontynentu (np. opuszczenie go przez atlantycką, anglosaską Wielką Brytanię), pozostaje ona jednak wciąż wizją dość odległą, bo musiałaby wiązać się z zakończeniem okupacji Niemiec i Włoch przez wojska amerykańskie.

Po drugie, UE ma charakter struktury niewydolnej, niedemokratycznej i zbiurokratyzowanej. Paraliżuje to jej możliwości działania, odbiera legitymizację i doprowadza do sytuacji, w której niejednokrotnie faktycznie oderwane od rzeczywistości decyzje Komisji Europejskiej niezwykle łatwo kontestować nie tylko merytorycznie, ale i z punktu widzenia procedur ich przyjęcia. Dlatego cały projekt wymaga głębokiej instytucjonalnej reformy przekształcającej go w realną przestrzeń oraz wspólnotę polityczną, z której celami mogliby identyfikować się Europejczycy z różnych krajów.

Po trzecie, jak słusznie zauważają krytycy UE, również w Polsce, promowane przez instytucje unijne założenia ideologiczne realizowane za pomocą terroru poprawności politycznej, nazywanej przez zachodnioeuropejskich biurokratów „wartościami europejskimi”, nie tylko nie są akceptowane przez dużą część społeczeństw krajów członkowskich, ale wręcz zniechęcają je do jakiejkolwiek integracji kontynentalnej. Szczególnie widoczne jest to w sferze wątków kulturowych i obyczajowych, gdzie deklaracje Brukseli budzą zrozumiały protest przywiązanych do światopoglądu tradycyjnego narodów Europy Środkowej, co wykorzystywane jest często przez zewnętrznych przeciwników powstania bloku europejskiego.

Po czwarte, aby stać się pełnoprawnym ośrodkiem w układzie wielobiegunowym, Europa musi zaproponować własny, atrakcyjny dla innych i odmienny od atlantyckiego / anglosaskiego model rozwoju. Jak napisał niegdyś amerykański ekonomista Jeremy Rifkin (Europejskie marzenie, Warszawa 2005), takim wyróżnikiem UE może być model społeczno-gospodarczy oparty na dążeniu do realizacji sprawiedliwości społecznej i redukcji typowych dla kapitalizmu neoliberalnego nierówności.

UE musiałby zatem być gotowa do fundamentalnych przekształceń. Ich kierunek powinien być wynikiem pogłębionej dyskusji nad rdzeniem wizji całego projektu. Być może inspiracją dla niego mogłyby stać się koncepcje Europy socjalnej, konsekwentnie głoszone przez część europejskiej lewicy społecznej (tej niesocjaldemokratycznej), ale wynikające również z katolickiej nauki społecznej i szeregu innych światopoglądów obecnych na kontynencie. Jednocześnie w sferze tożsamościowej Europa sięgnąć może po imponujący dorobek choćby Grupy Badań i Studiów nad Cywilizacją Europejską (GRECE) założonej w 1968 roku przez Alaina de Benoist, próbując reaktywować pluralistyczny charakter kontynentu i jej wynikające z różnorodności bogactwo. Ścieżek i kierunków poszukiwań jest zresztą wiele, o czym w Polsce przed laty obszernie pisał Tomasz Gabiś. Wszystkie one muszą jednak odpowiadać faktycznym preferencjom Europejczyków, a nie stanowić kolejnej próby odgórnego formowania światopoglądów za pomocą biurokracji i inżynierii społecznej.

Skuteczność zamiast narzekania

Polskie narzekanie na kolejne, często rzeczywiście niekorzystne dla Warszawy, decyzje podejmowane na szczeblu unijnym są niczym więcej, jak przyznawaniem się do własnej nieudolności. Kolejne przegrane batalie to przecież tylko skutek braku kompetencji polskich polityków i urzędników odpowiedzialnych za politykę europejską.  Zresztą tak było od samego początku, nawet w okresie negocjacji akcesyjnych. Realizowane były one przez ludzi wywodzących się ze środowiska Unii Wolności i kręgów niegdysiejszej solidarnościowej opozycji, którzy siłą rzeczy nie mieli wystarczającej wiedzy, doświadczenia, ale także determinacji do reprezentowania polskiego punktu widzenia, którą zastępowało bezkrytyczne zapatrzenie we wzorce zachodnie i obawa przed urażeniem unijnych partnerów. To dlatego warunki polskiego członkostwa w UE okazały się być mocno niekorzystne.

Dziś brak kompetencji przykrywany jest pseudosuwerennościową retoryką, histerycznym pokrzykiwaniem, jak to europejscy decydenci i biurokraci działają wbrew naszym interesom. Tak nie uprawia się polityki europejskiej. Kolejne fale narzekań i płaczu to po prostu dowód amatorszczyzny polskiej klasy politycznej. Niestety, kadr nie ma za bardzo skąd czerpać, bo tak modne jeszcze do niedawna kierunki studiów, jak europeistyka nie kształtowały niemal żadnych umiejętności, a jedynie wdrukowywały w ich studentów puste hasła o „europejskości”, „wartościach”, „standardach”. Abstrahowały natomiast zupełnie od procedur i reguł gry, których zrozumienie i opanowanie pozwalałoby na skuteczne działanie w istniejących realnie ramach integracji.

Jarosław Kaczyński obiecywał kilka lat temu zaprezentowanie własnej wizji UE przez swoją partię. Oczywiście, nic takiego nie nastąpiło; trudno spodziewać się pracy koncepcyjnej po środowisku, którego kadry są intelektualnie nieprzygotowane nawet do wypracowania i wdrożenia jakiegokolwiek programu dla średniej wielkości gminy. Osoby mające jakieś pojęcie o funkcjonowaniu instytucji unijnych, jak choćby Konrad Szymański, pozbawione były możliwości podejmowania rozstrzygnięć.

Zdając sobie sprawę z istniejących deficytów i ułomności Unii Europejskiej, powinniśmy zastanowić się wreszcie nad formułowaniem alternatywnych propozycji jej dalszej ewolucji. Trzeba to robić w oparciu o dialog i nieustanną burzę mózgów z udziałem partnerów z pozostałych krajów członkowskich. To zadanie wynikające nie z przekonania o jakimś determinizmie obecności Polski w UE, lecz z elementarnego realizmu politycznego, w tym przypadku eurorealizmu.

Mateusz Piskorski

Mateusz Piskorski