PublicystykaŚwiatNiemieckie alternatywy

Redakcja1 miesiąc temu
Wspomoz Fundacje

Wybory 26 września w Niemczech to najważniejsze głosowanie w tym roku w Europie. Po czterech kadencjach Angeli Merkel na stanowisku kanclerza republiki federalnej pojawi się nowy polityk, co może mieć konsekwencje nie tylko krajowe, lecz również kontynentalne i globalne.

Rzadko jednak zwracamy uwagę na to, co dzieje się na zapleczu walki największych ugrupowań – Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD), Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej – Unii Chrześcijańsko-Społecznej (CDU – CSU), Zielonych (die Grünen) i Wolnej Partii Demokratycznej (FDP). Tymczasem krajobraz polityczny Niemiec jest znacznie bardziej zróżnicowany niż w większości krajów europejskich.

Inkluzywny system

Bogactwo i struktura szans w niemieckim systemie partyjnym wynika również z obowiązującego tam, dość wyjątkowego systemu wyborczego. Wybierana bezpośrednio niższa izba parlamentu nie ma określonej, stałej liczby mandatów (obecnie w Bundestagu zasiada 709 posłów). Jest to efekt stosowania mieszanej ordynacji wyborczej. Każdy wyborca oddaje bowiem dwa głosy – jeden na partyjną listę krajową, a drugi na kandydata z jego okręgu wyborczego, który wybierany jest zwykłą większością głosów.

Generowane są w ten sposób dodatkowe mandaty nadliczbowe. Wobec list krajowych obowiązuje 5% próg wyborczy, jednak, jeśli jakieś ugrupowanie w okręgach jednomandatowych zdobędzie więcej niż trzy mandaty, jest z konieczności przekroczenia tej bariery zwalniane i tym samym zyskuje również mandaty z listy krajowej, zgodnie z otrzymanym przez nią poparciem procentowym. Sprawia to, że – pomimo dość wysokiego poziomu instytucjonalizacji i stabilizacji – również niewielkie formacje zyskują szansę na uzyskanie reprezentacji parlamentarnej, przynajmniej teoretycznie.

Warunkiem udziału w wyborach jest zebranie podpisów wyborców popierających rejestrację listy i kandydatów w okręgach jednomandatowych. Z wymogu tego zwolnione są partie posiadające reprezentację w Bundestagu, ale także te ugrupowania, które w ostatnich wyborach regionalnych zdobyły co najmniej 5 mandatów w jednym Landtagu. Poza partiami parlamentarnymi, wymóg ten spełniają w tym roku wyłącznie Wolni Wyborcy (niem. Freie Wähler) oraz Brandenburskie Zjednoczone Ruchy Społeczne / Wolni Wyborcy (BVB / FW). Z konieczności zbierania podpisów zwolnione są również partie reprezentujące mniejszości narodowe, z czego w obecnych wyborach zdecydował się skorzystać zrzeszający Duńczyków i Fryzów Związek Wyborców Południowego Szlezwiku (SSW). W związku z pandemią COVID-19 w tegorocznych wyborach zdecydowano się zmniejszyć czterokrotnie liczbę wymaganych do rejestracji list i kandydatów podpisów wyborców.

Alternatywa z prawa

W roku 2014 reprezentanci wówczas uznawanej przede wszystkim za formację prawicowo-liberalną i eurosceptyczną Alternatywy dla Niemiec (AfD) dostali się po raz pierwszy do Parlamentu Europejskiego. Trzy lata później stworzyli precedens w historii powojennego niemieckiego parlamentaryzmu, uzyskując 12,6% i 94 mandaty w Bundestagu. W Saksonii kandydatom AfD udało się ponadto wygrać wybory w trzech okręgach jednomandatowych. Wkrótce jednak nastąpiły tarcia wewnętrzne, które doprowadziły do kolejnych rozłamów; z ugrupowaniem pożegnało się nie tylko jego liberalne skrzydło (np. jeden z jego założycieli, eurosceptyczny, liberalny ekonomista Bernd Lucke), ale też była przewodnicząca partii Frauke Petry.

W 2021 roku na czele partyjnej listy oraz w roli kandydatów na kanclerza stanęli jeden z jej liderów Tino Chrupalla (Saksonia) oraz Alice Weidel (Badenia-Wirtembergia). Chrupalla jest od niedawna współprzewodniczącym partii, wybranym z poparciem sprawującego rząd dusz w AfD Alexandra Gaulanda (na zdjęciu). Pochodzi ze wschodnioniemieckiej Saksonii, gdzie prowadził warsztat malarski i lakierniczy, po tym jak uzyskał zawodowe wykształcenie w tym kierunku. Wyrażał przekonanie, że landy wschodnie zagrożone są przestępczością pochodzącą z Polski i dlatego postulował swego czasu przywrócenie kontroli granicznej.

Uważany jest za przedstawiciela ludowego skrzydła partii, które kieruje swój przekaz w pierwszym rzędzie do tych, którzy – jak określił to sam Chrupalla – „wstają, gdy jest jeszcze ciemno, pracują cały dzień, i wracają do domu, kiedy znowu jest ciemno”. Współprzewodniczący AfD największe poparcie zyskał w przygranicznym Goerlitz, choć sam pochodzi z Górnych Łużyc, z okolic Weißwasser (Biała Woda), które on sam uznaje za niewielki fragment Śląska, jaki pozostał na terytorium niemieckim. Kontrowersje wzbudziły również jego twierdzenia, iż w nalotach alianckich na Drezno w 1945 roku zginęło 100 tys. mieszkańców miasta, choć oficjalnie najczęściej podawana jest liczba ofiar czterokrotnie mniejsza. Chrupalla nawołuje też do normalizacji relacji z Rosją. W tym roku wziął udział w obchodach 80. rocznicy napaści hitlerowskich Niemiec na Związek Radziecki zorganizowanych w Moskwie; „moja obecność tutaj jest znakiem pojednania. Niestety, jestem jedynym przedstawicielem Niemiec, który składa tu wieniec” – mówił podczas uroczystości.

Weidel pochodzi ze struktur zachodnioniemieckich partii. Przez lata zajmowała się doradztwem biznesowym (pracowała m.in. dla wielkich, globalnych korporacji finansowych, Goldman Sachs i Allianz), płacąc podatki w Szwajcarii. Jej poglądy gospodarcze są jednoznacznie neoliberalne, a nawet libertariańskie; należy do Stowarzyszenia Friedricha A. von Hayeka i opowiada się za zniesieniem minimalnej stawki godzinowej wynagrodzenia. Również w warstwie obyczajowej jej profil jest daleki od konserwatywnego; Weidel żyje w związku partnerskim z pochodzącą ze Sri Lanki szwajcarską producentką telewizyjną, z którą wychowuje adoptowanych synów. Zwraca zresztą przy tym uwagę, że „AfD jest jedynym gwarantem praw homoseksualistów”, zagrożonych, według niej, przez muzułmańskich imigrantów. W partii jest od początku, a już w 2017 roku, wówczas wraz z Alexandrem Gaulandem, stała się kluczową postacią kampanii wyborczej w wyborach do Bundestagu. Poza eurosceptycyzmem i neoliberalnym podejściem do polityki społecznej, Weidel znana jest przede wszystkim z ostrych wypowiedzi antyimigranckich, wpisujących się w główny nurt przekazu politycznego AfD.

Na czołowych listach kandydatów partii w poszczególnych landach znaleźli się przedstawiciele różnych jej skrzydeł. Frakcję prawicowo-konserwatywną reprezentuje pochodząca z arystokratycznej rodziny Beatrix von Storch (Berlin), zbliżony do partii biznes – szef Alternatywnego Związku Pracodawców Uwe Witt (Szlezwik-Holsztyn) – oboje kojarzeni są wewnątrzpartyjną grupą Alternatywne Centrum (Alternative Mitte), która inicjowała m.in. powstanie Żydowskiego Zrzeszenia Federalnego w AfD.

Po drugiej stronie znajduje się formalnie rozwiązane w 2020 roku Skrzydło (niem. Flügel), reprezentujące tendencje narodowo-volkistowskie i oskarżane o ekstremizm. Jego niekwestionowanym liderem jest Bjoern Hoecke stojący na czele AfD w Turyngii. To właśnie w tym landzie listę kandydatów w tegorocznych wyborach otwiera związany z nim Stephan Brandner, zaś w sąsiedniej Saksonii-Anhalt – inny jego sojusznik, Martin Reichardt. Zwornikiem tych rozmaitych prądów ma być wspomniany już honorowy przewodniczący partii, nadal niezwykle wpływowy i cieszący się ogromnym autorytetem na Wschodzie i na Zachodzie, 80-letni Alexander Gauland, otwierający listę AfD w Brandenburgii. Nie wiadomo, czy wystarczy mu zdrowia i sił, by opanować wewnętrzne konflikty i rozstrzygnąć podstawowy dylemat Alternatywy: czy stać się neoliberalną, antyimigrancką i eurosceptyczną prawicą, czy raczej volkistowsko-konserwatywną formacją narodową.

Tym bardziej, że wciąż istnieje alternatywa dla Alternatywy z prawa. Nie jest to jakaś nowa partia, czy szczególnie świeży i dynamiczny ruch, lecz raczej weteran niemieckiej narodowej prawicy – Narodowodemokratyczna Partia Niemiec (NPD). Na czele ugrupowania stoi od 2014 roku 42-letni dziś były żołnierz Franz Frank, krytykujący członkostwo Niemiec w NATO. Listy jego kandydatów w tym roku to swoiste połączenie weteranów niemieckiego ruchu nacjonalistycznego (Udo Voigt, Edda Schmidt) i pokolenia młodszego, nierzadko związanego ze sceną neonazistowską (Thorsten Heise, Sascha Roßmüller). Partia nigdy nie przekroczyła 5% progu wyborczego (najlepszy wynik uzyskała w 1969 roku – 4,3%), zaś poparcie dla niej ostatnio wyraźnie spadło wskutek pojawienia się na scenie AfD (do 2017 roku oscylowało wokół 1,5%, by zmniejszyć się do zaledwie 0,4% w ostatnich wyborach do Bundestagu).

Do tego doszły problemy prawne związane z kolejnymi działaniami Urzędu Ochrony Konstytucji z determinacją dążącego do delegalizacji ugrupowania. Każdy krok AfD w kierunku centrum i próba marginalizowania w tej partii ludzi takich jak Hoecke, to szansa na dodatkowe głosy dla NPD. W sprawach kulturowych NPD jest z pewnością bliższa postulatom konserwatywnym, szczególnie na tle polityków AfD z landów zachodnich. W kwestiach polityki zagranicznej oba ugrupowania opowiadają się za opuszczeniem Unii Europejskiej, ale już tylko narodowi demokraci żądają również opuszczenia NATO. W sferze postulatów gospodarczych i lansowanej wizji polityki społecznej, AfD to w dużej mierze neoliberalni zwolennicy myśli von Hayeka, zaś NPD to apologeci etatyzmu i odrzucenia obecnego modelu kapitalizmu. Większość polityków AfD dość bezkrytycznie spogląda na Polskę, dając wiarę rzekomemu eurosceptycyzmowi Prawa i Sprawiedliwości i stawiając Jarosława Kaczyńskiego w jednym szeregu z Viktorem Orbanem, choć to sympatia zupełnie przez PiS nieodwzajemniona. NPD z kolei domaga się rewizji postanowień układu poczdamskiego, obstając przy tradycyjnym, niemieckim, nacjonalistycznym rewizjonizmie. Żadna z tych partii nie ma zbyt wielkiej wiedzy na temat Polski, ani nie przejawia nią jakiegoś szczególnego zainteresowania.

Relewancja rządowa AfD i NPD jest zerowa. W przypadku Alternatywy sukcesem będzie powtórzenie wyniku z wyborów 2017 roku, biorąc pod uwagę, że sondaże od dłuższego czasu wskazują dla niej poparcie na poziomie 11-12% ankietowanych. Zachowa wówczas szansę, pomimo wcześniejszych rozłamów wewnętrznych, na status silnej frakcji opozycyjnej w Bundestagu. NPD, choć wystawia listy kandydatów we wszystkich 16 landach, raczej nie może na razie liczyć na powrót do wyniku ponad 1%. Musi czekać na swój czas i bacznie obserwować rozwój wydarzeń w AfD.

Alternatywa z lewa

Wśród ugrupowań deklarujących sprzeciw wobec aktualnego modelu społeczno-gospodarczego i systemu politycznego współczesnych Niemiec, drugą największą siłą parlamentarną jest lewicowa die Linke (Lewica). Partia ta powstała w 2007 roku z połączenia postkomunistycznej, wschodnioniemieckiej Partii Demokratycznego Socjalizmu (PDS) z Alternatywą Wyborczą Praca i Sprawiedliwość Społeczna (WASG) będącą lewicową grupą rozłamową z SPD. Najlepszy wynik, 11,9%, Lewica uzyskała w 2009 roku. W ostatnich wyborach musiała zadowolić się poparciem 9,2% wyborców i 69 mandatami. Jak wskazywały liczne analizy politologiczne, część jej zwolenników odpłynęła w kierunku AfD, reagując w ten sposób na poczucie zagrożenia wynikające z kryzysu imigracyjnego. Spadek poparcia był już przed czterema laty również efektem sporów wewnętrznych w partii. Wówczas toczyły się one pomiędzy dwójką twarzy kampanii wyborczej – Dietmarem Bartschem dążącym za wszelką cenę do łagodzenia antysystemowej retoryki i zyskania potencjału koalicyjnego umożliwiającego koalicję z SPD i Zielonymi, a Sahrą Wagenknecht (na zdjęciu) , która jednoznacznie twierdziła, iż „dobra opozycja jest zawsze lepsza od udziału w złej polityce rządowej”.

To wtedy rozpoczął się otwarty konflikt dotyczący fundamentów rozumienia lewicowości. Wagenknecht domagała się przywrócenia Lewicy jej pierwotnego charakteru, skoncentrowania się na kwestiach socjalnych, sprawiedliwości społecznej i prawach pracowniczych, krytykując zafiksowaną wyłącznie na kwestiach kulturowych i prawach mniejszości lewicę, jak to określiła, lifestyle’ową. Ze strony jej oponentów wywołało to oskarżenia o lewicowy populizm i naruszenie kanonów politycznej poprawności, widoczne choćby w jej ostatniej książce „Zadufani w sobie. Mój kontrprogram na rzecz zbiorowego rozsądku i spójności” (niem. Die Selbstgerechten. Mein Gegenprogramm – für Gemeinsinn und Zusammenhalt, Frankfurt 2021). Wprawdzie w 2017 roku Wagenknecht stanęła na czele frakcji Lewicy w Bundestagu, jednak już w 2018 roku wywołała wściekłość partyjnego kierownictwa, gdy ogłosiła wraz z Oskarem Lafontaine’m (byłym liderem WASG, wieloletnim premierem Kraju Saary, prywatnie jej partnerem) powstanie ponadpartyjnego ruchu Powstańcie (niem. aufstehen) wzywającego m.in. do uniezależnienia się Europy od Stanów Zjednoczonych oraz budowy zjednoczonego kontynentu suwerennych demokracji.

W listopadzie 2019 roku straciła funkcję szefowej klubu parlamentarnego. Po wydaniu wspomnianej książki Wagenknecht wszczęto procedurę jej wydalenia z partii, jednak nie zgodziły się na to struktury ugrupowania w jej macierzystej Nadrenii Północnej – Westfalii i to właśnie one podjęły ostateczną decyzję o przyznaniu jej pierwszego miejsca na liście. Nie zmienia to faktu, że czeka ją twarda walka i pozostawanie w wewnątrzpartyjnej opozycji.

Tymczasem liderami tegorocznej kampanii wyborczej do Bundestagu zostali wspomniany już Dietmar Bartsch oraz współprzewodnicząca Janine Wissler. Bartsch pochodzi z meklemburskiego Stralsundu, od 1977 roku aż do rozwiązania partii był członkiem rządzącej w Niemieckiej Republice Demokratycznej Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec (SED), a w latach 1986-1990 pracował nad doktoratem w Akademii Nauk Społecznych przy Komitecie Centralnym Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Po upadku wschodniego dołączył do PDS, a po jej zjednoczeniu z WASG znalazł się w die Linke. W nowej partii prowadził bezpardonową walkę z radykalizmem Lafontaine’a, przechodząc do oportunistycznej, ewoluującej w kierunku socjaldemokracji frakcji reformistycznej, zrzeszonej niegdyś w partyjnym Forum Demokratycznego Socjalizmu.

Kandydująca w Hesji Wissler to z kolei członkini frakcji trockistowskiej w Lewicy, zorganizowanej w sieć Marx21. Czołowi kandydaci partii w poszczególnych landach reprezentują różne jej wewnętrzne nurty, m.in. związkowy (jeden z liderów związku zawodowego ver.di Bernd Riexinger w Badenii-Wirtembergii, Alexander Ulrich z IG Metall w Nadrenii-Palatynacie), reformistyczny (Jan Korte w Saksonii-Anhalt), tropiący odchylenia nacjonalistyczne we własnych szeregach i reprezentujący lewicę kulturową nurt emancypacyjny (Doris Achelwilm w Bremie, Katja Kipping w Saksonii), bliski Wagenknecht, mniejszościowy nurt Lewicy Socjalistycznej (Nicole Gohlke w Bawarii). Ciekawostką jest fakt, że listę Lewicy w Hamburgu otwiera Żaklin Nastić, urodzona w Gdyni i posiadająca wciąż także obywatelstwo polskie, która w wieku 10 lat znalazła się w Niemczech, gdy w 1990 roku na emigrację z Polski zdecydowali się jej rodzice. Pierwsze miesiące w nowej ojczyźnie spędziła w ośrodku dla imigrantów w hamburskim porcie, a jej przypadek pokazywany jest jako model możliwości awansu społecznego w republice federalnej.

W zależności od powyborczej arytmetyki parlamentarnej, Lewica może pójść drogą socjaldemokratyzacji i tożsamościowego roztopienia się w wypadku realizacji scenariusza koalicji czerwono-zielono-czerwonej, lub opozycyjności, która mogłaby wzmocnić pozycję zmarginalizowanej dziś Wagenknecht i jej słabnących zwolenników. W tym pierwszym przypadku należy spodziewać się rychłego zejścia całej formacji z niemieckiej sceny politycznej. W tym drugim – może się już wkrótce okazać, że die Linke nabierze nowego rozpędu i przywróci sens pojęciu lewicowości we współczesnych Niemczech, zyskując ogromny potencjał wyborczy w najbliższych latach. Na razie wyraźną większością cieszy się wybór oportunistycznego uczestnictwa w koalicji, nawet za cenę wyrzeczenia się partyjnych fundamentów, jak choćby krytycznego stosunku do obozu transatlantyckiego czy niezgody na szaleństwa ekologów prowadzące do degradacji przemysłowej niemieckiej fabryki Europy.

Co zatem może zrobić niemiecki lewicowy wyborca, który na liście w swoim okręgu nie ma Wagenknecht czy Gohlke? Może poszukać alternatywy na lewicy pozaparlamentarnej, nie tak dziś wprawdzie licznej, jak przed paroma laty, ale jednak wciąż istniejącej. We wszystkich landach swoje listy kandydatów wystawia w tym roku niewielka Marksistowsko-Leninowska Partia Niemiec (MLPD). To kierowane od 2017 roku przez 44-letnią obecnie pracownicę zakładów metalowych spółki Zwilling, Gabi Fechtner niewielkie ugrupowanie otwarcie odwołuje się do komunizmu radzieckiego oraz maoistowskich Chin. W jego materiałach czytamy, że „należy się odciąć od wszelkich przejawów współczesnego rewizjonizmu i reformizmu”, zaś trockizm uznawany jest tam za „drobnomieszczańskie odchylenie od marksizmu”. Ugrupowanie broni ponadto zdecydowanie okresu stalinizmu, przez co – choć udawało mu się w przeszłości pozyskiwać pewne wpływy wśród związkowców podczas akcji strajkowych – uznawane jest raczej nawet na lewicy za sekciarskie.

Ostatnio stało się o nim głośno, gdy w 2020 roku postawiło przed budynkiem swej centrali w Gelsenkirchen pierwszy w Niemczech Zachodnich pomnik Władimira Lenina. Program tej marginalnej formacji jest otwarcie komunistyczny, dodatkowo mocno antysyjonistyczny, co niejednokrotnie wywoływało protesty Centralnej Rady Żydów w Niemczech. Trudno spodziewać się, by MLPD zdobyła większe poparcie niż zazwyczaj, czyli około 0,1% głosów. Z przyczyn proceduralnych listy w zaledwie 6 landach udało się zarejestrować Niemieckiej Partii Komunistycznej (DKP), która jednak raczej również nie zdołałaby zmienić krajobrazu po lewej stronie elektoratu antysystemowego w Niemczech, bo jedyne lokalne sukcesy odnosiła w ostatnich latach dzięki współpracy wyborczej z Lewicą.

Alternatywa demokratyczna

W Niemczech tradycyjnie ustabilizowaną pozycję mają ruchy odwołujące się do demokracji bezpośredniej, choć – jak wiadomo – instytucja referendum wykluczana jest na mocy ustawy zasadniczej republiki. Jak pokazuje praktyka, można jednak budować formacje postulujące taką właśnie zmianę systemową i konstytucyjną. Listy tego rodzaju mają różne profile programowe – od raczej konserwatywnych Wolnych Wyborców po paneuropejski, federalistyczny ruch Volt Deutschland.

Najciekawszą z tego rodzaju inicjatyw jest jednak partia Oddolni (Basis), której udało się wystawić listy wszędzie za wyjątkiem Berlina. Jest to typowy ruch protestu sprzeciwiający się segregacji sanitarnej i kolejnym ograniczeniom wprowadzanym w związku z pandemią koronawirusa. Z jej ramienia w wyborach udział biorą m.in. znani lekarze dysydenci – Andreas Soennichsen w Bawarii czy były działacz SPD i internista Wolfgang Wodarg w Meklemburgii-Pomorzu Przednim. Z pewnością formacja ta ma spore zaplecze, zdolne jednak raczej do mobilizacji podczas ulicznych protestów, a wciąż niegotowe do zaprezentowania kompleksowej alternatywy politycznej, poza hasłami o demokracji bezpośredniej.

Alternatywa z góry przegrana?

Wszystko wskazuje na to, że żadna z wymienionych powyżej partii nie będzie miała specjalnych powodów do satysfakcji po 26 września. Niektóre (AfD, Lewica) wzmocnić mogą nieco swoją reprezentację w Bundestagu, ale jednocześnie wciąż trawić będą je wewnętrzne podziały. Ich marginalni konkurenci raczej nie zyskają tym razem zbyt wielu dodatkowych głosów. Oddolni mogą okazać się interesującym eksperymentem politycznym, ale obecne wybory to chyba jeszcze nie ich czas na efektowne wejście do gry.

Tak czy inaczej, wybory w Niemczech warto śledzić nie tylko pod kątem koalicyjnych układów i politycznych zapowiedzi największych ich uczestników, ale również z punktu widzenia mniejszych graczy. Dziś walczą oni o drugorzędne stawki, jednak za cztery lata niektórzy z nich mogą przejść do innej ligi. Okazuje się bowiem, że na pierwszy rzut oka stabilny do znudzenia niemiecki system partyjny mieni się różnymi politycznymi barwami i z całą pewnością ciekawszy jest przez to od systemów wielu innych krajów europejskich, w tym Polski.

Mateusz Piskorski

Fot. Wikipedia Commons

Myśl Polska, nr 39-40 (25.09-3.10.2021)

 

 

Redakcja