FelietonyGospodarkaNuklearna potęga Rosji

Redakcja3 miesiące temu
Wspomoz Fundacje

Rosja określana jest jako „energetyczne mocarstwo”. I nie bez powodów. Przez wiele lat była liderem w wydobyciu ropy naftowej czy gazu ziemnego. Jednak teraz Ameryka wyprzedziła ją i Rosja tak w gazie jak i w ropie jest drugim światowym producentem.

Ale jest jeszcze jedno źródło energii, gdzie Rosja jest z pewnością światowym liderem. I nie jest to jakiś pogardzany obecnie surowiec kopalny, który ma natychmiast zejść ze sceny historii. To źródło wymagające niezwykle wysokiego poziomu technologii, rozwoju i wsparcia całych gałęzi gospodarki. W zamian dające ogromne ilości energii, którą możemy przetwarzać na energię elektryczną czy ciepło. To atom, energia nuklearna.

I jeśli Ameryka, Stany Zjednoczone były pionierem rozwoju tego źródła, najpierw w celach wojennych, a później cywilnych, jednak dzisiaj tamtejsze elity przestały kochać atom i już nie podtrzymują hasła, które niosło ją na początku rozwoju: „too cheap to meter”, że energia jądrowa jest „zbyt tania, żeby ją mierzyć”. I do lat 70-tych były liderem światowym budowy nowych reaktorów, pozyskiwania energii z procesu rozszczepiania atomu. Jednak energia nuklearna niesie zbyt wielkie wyzwania dla prywatnych korporacji, nie do udźwignięcia. Dlatego nieznaczący wypadek na Three Mile Island w 1979 r. położył kres wzrostowi atomu w USA. Wieloletnia stagnacja ostatnio przeszła w degradację – jeśli jeszcze w 2012 r. pracowały tam 104 reaktory, tak dzisiaj jest ich już tylko 93, a kolejne mają zostać niedługo zamknięte. Coup de grâce zadały wiatr i słońce, dotowane i preferowane przez państwo, zalewające śmieciową energią system, podcinające  ekonomiczne podstawy najbardziej stabilnego źródła – właśnie atomu. Koniec energii nuklearnej w USA jest bliski, jeśli ktoś przytomny nie przerzuci wajchy i nie wjedzie na bardziej rozsądne trajektorie energetyczne.

A przecież Rosja przeżyła w 1986 r. znacznie potężniejszą katastrofę. Rocznica Czarnobyla była niedawno obchodzona po obu stronach frontu nowej Zimnej Wojny. Po stronie zachodniej demonizowano ją, przyklejając także dzisiejszemu rosyjskiemu atomowi najgorsze możliwe łatki, zaś po wschodniej – starano się osłabiać tę niszczącą narrację. Mojemu pokoleniu Czarnobyl kojarzy się z piciem jodyny i patrzeniem w nocy na niebo na wschodzie, czy widać te radioaktywne obłoki, o których cały czas mówiła Wolna Europa. Szok był potężny, uraz do tej pory na Zachodzie jest wzmacniany przez wrogów (konkurentów) tej energii. Choć skutki katastrofy były mikroskopijne. Podobnie zresztą jak przy Fukushimie w 2011 r. Co wcale nie przeszkadza mediom (raczej ich właścicielom) malować obrazu totalnej katastrofy.

Co najważniejsze jednak – Czarnobyl nie załamał rozwoju myśli naukowej i badań w Rosji, przekuwania ich w technologie, które coraz bezpieczniej i efektywniej potrafią wydobyć ukrytą w atomach energię i przetworzyć ją w pożyteczną siłę, wykonującą za człowieka ogromną część jego pracy.

Rosyjskiego kompleksu atomowego nie powaliły na kolana nawet lata 90-te, okres smuty po upadku Związku Radzieckiego. To były lata wręcz głodu, cała branża była poszarpana rozpadem ZSRR, odpadnięciem ogromnych części jej zaplecza badawczego i przemysłowego (pozostało przede wszystkim na Ukrainie).

Rosyjski przemysł nuklearny przeżył tylko dlatego, że był potrzebny wojsku w utrzymaniu arsenału nuklearnego. Nie podlegał więc powszechnemu rozkradaniu lat 90-tych, zwanemu prywatyzacją. go chroniło. Jednak wojsko też głodowało w tamtych latach.

Ostatnią deską ratunku było przejadanie dorobku Związku Radzieckiego, prawie w dosłownym sensie tego słowa. Otóż w 1993 r. Rosja podpisała z USA niezwykłą umowę: „Megatony na Megawaty”, czyli kontrakt na przeróbkę głowic bojowych pocisków jądrowych, których dziesiątki tysięcy zgromadził ZSRR. Dzięki temu 20 tysięcy głowic zostało przerobionych na paliwo dla elektrowni. Amerykańskich.

Bardzo ciekawy deal, o szczegółach w następnym numerze MP.

Andrzej Szczęśniak

Myśl Polska, nr 27-28 (4-11.07.2021)

 

Redakcja