KulturaDołęga-Mostowicz i Stanisław Piasecki

Jan Engelgard2 lata temu
Wspomoz Fundacje

Biografia Tadeusza Dołęgi-Mostowicza, znanego z „Kariery Nikodema Dyzmy”. Autor książki, raczej lewicowiec, stara się osłabić wydźwięk jego związków z obozem narodowym, ale jest to robione nieco na siłę. Owszem, pisarz był oryginałem i chadzał swoimi drogami, ale bez żadnej wątpliwości wyrastał w środowisku narodowym (najpierw „Rzeczpospolita”, potem „ABC”) i się z nim identyfikował, choć miał własne zdanie.

Oto fragment książki dotyczący jego związków ze Stanisławem Piaseckim, twórcą „Prosto z Mostu”, a czasie opisywanym (1932 rok) publicystą „ABC”. Obaj się przyjaźnili, ale i często spierali, po czym znów wracali do przyjaznych relacji:

[Tadeusz] Dołęga-Mostowicz zaprzyjaźnił się ze [Stanisławem] Piaseckim, spędzali razem długie godziny w kawiarniach, przede wszystkim u Braci Jabłkowskich na Brackiej i w otwartej w 1930 roku Italii przy Nowym Świecie 25, dyskutując i spierając się o politykę, sztukę, sprawy społeczne czy sport. Obaj byli brydżystami, więc spotykali się także wieczorami przy partyjce. To Piasecki namówił Mostowicza, aby wrócił do publicystyki: nie pisanej doraźnie, ale regularnej, a skoro polityka go nudzi, niech pisze o sprawach obyczajowych tylko z akcentami politycznymi. Skoro pisarz swoimi powieściami podnosi teraz nakład bratniego „Wieczoru Warszawskiego” i tam daje utwory moralnie i politycznie niejednoznaczne, a nawet przez część działaczy uznane za demoralizujące, niech w „ABC” wypowiada się nie poprzez fabułę, ale wprost od siebie. Mostowicz długo się wykręcał, ale w końcu dał się przekonać. Zadeklarował, że będzie pisał „o polityce, historii, pedagogice i cykorii. Zupełnie prywatnie i od siebie. Wiele rzeczy mądrych i nowych bez gwarancji, że nowe będą mądre, a mądre nowe”. Od l październik 1932 roku na prestiżowej ostatniej stronie dziennika co dwa-trzy di w rubryce „Groch o ścianę” pojawiał się krótki felietonik podpisany „Tadeusz Dołęga-Mostowicz”. Zastrzeżenie, że będzie pisał „zupełnie prywatnie i od siebie” skierowane było nie tylko do czytelników, ale i do kolegów redaktorów i dziennikarzy „ABC”, którzy chyba jednak nie do końca j zrozumieli.

Pierwsze felietony, lekkie i zabawne, bardzo podobały się publiczność a i koledzy z redakcji nie narzekali. Mostowicz zaczął w swojej rubryce w raźnie planowany na dłużej cykl humoresek o panu Wawrzonkiewiczu mieszczańskim mądrali, zwolenniku sanacji, idei mocarstwowej i rządów silnej ręki, wyrzucającym z siebie wyłącznie wytarte frazesy, ale przekonanym, że ma swoje zdanie na każdy temat. W innych tekstach podpatrywał przemiany obyczajowe, modę. Pisał o tatuażach, które w tamtych czasach były wstydliwym świadectwem kryminalnej przeszłości; o turystach, którzy tylko tym różnili się od włóczęgów, że mieli pieniądze, czy o zbawce zwanej yo-yo, która właśnie zrównała Polaków: bogaczy i nędzarzy zmusiła do ciągłego wykonywania pozbawionych sensu ruchów.

Jednak niespełna cztery tygodnie po hucznej inauguracji „Grochu o ścianę” wydarzyła się katastrofa. Stanisław Piasecki, który w „ABC” pełnił funkcję jedynego krytyka teatralnego i muzycznego, napisał recenzję z wystawienia w nowo otwartym Teatrze Artystów inscenizacji „Krakowiaków i Górali” Bogusławskiego. Recenzję entuzjastyczną i egzaltowaną: „Kurtyna idzie w górę – i odsłania się bajka najcudowniejsza. Orgia barw stylizowanych, ludowych motywów bije ze sceny. […] Krakowiacy z pawimi piórami i brzęczącymi kółkami u pasa, Górale w czerwonych zbójnickich cyfrowanych portkach, dziewuchy, ekonom, gruby organista, student z Krakowa. Nic z teatralnego wyszywanego paciorkami pseudofolkloru. Jakby na scenie ożyły malowidła Stryjeńskiej”.

Dwa dni później w swojej rubryce na recenzję Piaseckiego zareagował polemicznie Dołęga-Mostowicz. Napisał lekko, dowcipnie i, jak to miał w zwyczaju, spór z poglądami przyjaciela opakował w niezliczone komplementy:

„Piasecki jest nałogowo uczciwy i ma tę dziwną w warszawskich stosunkach manię, że pisze szczerze, co myśli. Dlatego jest z kim gadać i choćby to miał być naprawdę groch o ścianę, muszę się z nim pokłócić z zamiarem zadania mu bobu. Piasecki zachwyca się prologiem [reżysera przedstawienia Wacława] Nowakowskiego. Ze skrzynki chłopskiej wyłażą różne draby i przez kwadrans opowiadają nam, że to oni (Krakowiacy i Górale) przyśpieszyli insurekcję kościuszkowską, że krzepili ducha przez kilka pokoleń, a teraz przychodzą przypomnieć, że ta wolność i niepodległość nie przyszła łatwo, przy czym dają do zrozumienia, że niby oni tyż przyczynili się do tego. Na miłość Boską! Jeszcze i oni? Wciąż nam z różnych stron mówią, komu mamy być wdzięczni: a to marszałkowi Piłsudskiemu, a to cudowi nad Wisłą, a to Józefowi Hallerowi, aż nagle zjawia się pan Nowakowski i powiada, że byłyby nici z ukochanej ojczyzny, żeby nie zleżały wodewil „ojca aktorstwa polskiego”. Na zadokumentowanie tego rżną nam od ucha hymn narodowy. Aż dziw, że nie zagrali jeszcze „Roty” i „Pierwszej Brygady”. I nagle Piasecki, człowiek z głową i ze zdrowym sądem powiada, że był tą szopką wzruszony. Uwaga! Nie zażenowany tą prosto-duszną naiwnością, lecz wzruszony! Co to Panu było, Panie Stanisławie?!”.

I potem jeszcze sporo pytań o to, po co odgrzewać nudne jak flaki z olejem patriotyczne ramoty sprzed lat niemal stu pięćdziesięciu, skoro współczesna publiczność łaknie innych opowieści i innych wizji patriotyzmu. Piasecki się zagotował. Wielgachną odpowiedź, z której wynikało, że obaj panowie ostro kłócili się o podobne sprawy dużo wcześniej, sporządził już do następnego numeru, a nadał jej znamienny tytuł „Lęk przed bogoojczyźniactwem”. Zasugerował, delikatnie tylko owijając w bawełnę, że Mostowicz uległ demoralizacji, przebywając w środowisku „bandziarsko-cyrulikowym”, czyli w warszawskim kabarecie „Banda” i w redakcji satyrycznego tygodnika „Cyrulik Warszawski”. „Banda” współtworzona była przez Tuwima i Hemara, znienawidzonych przez Piaseckiego za żydowskie pochodzenie i literackie sukcesy, a uwielbianych przez Mostowicza. „Cyrulik”, redagowany przez Lechonia, skupiał pisarzy liberalnych może już coraz mniej entuzjastycznie popierających sanację, ale zgodnych w swojej niechęci do endecji. Pisał Piasecki: „Jestem nieco zażenowany felietonem Mostowicza. Co bowiem z niego przeziera? Wyrozumowany lęk przed wzruszeniem, obawa, by przypadkiem nikt go nie posądził o zdolność reakcji uczuciowej”.

Oprac. JE

Jarosław Górski, „Parweniusz z rodowodem. Biografia Tadeusza Dołęgi-Mostowicza”, Iskry, Warszawa 2021, ss. 446.

Jan Engelgard