FelietonyWiejadło

Redakcja1 rok temu
Wspomoz Fundacje

Odwiedzając w minionym roku Ziemię Lubuską, a właściwie najdalej na północ wysuniętą część historycznego Śląska, natknąłem się  w pewnym miasteczku na pomnik postawiony w ciągu kilku ostatnich lat. Otóż mieszkańcy tej miejscowości w ten sposób postanowili uczcić pamięć swoich zasłużonych pionierów, którzy przybyli tu z Warszawy oraz Łodzi i przez okres powojenny mieszkali i pracowali, aż do późnych lat siedemdziesiątych.

Czyli przez całe swoje dojrzałe życie. Z biogramów tych trzech tak uhonorowanych osób wynika, że każda z nich, w latach czterdziestych, skończyła historię sztuki albo architekturę. Bardzo szybko zajęli eksponowane stanowiska – nie polityczne, ale w administracji lokalnej, kierując odbudową wielu miejscowości, ratowaniem licznych zabytków przeszłości. Zgłębiali też dzieje nawet małych wiosek, opisując je w swoich publikacjach. Z tych zwięzłych informacji wynika, że można ich nazwać społecznikami, w tym najlepszym sensie tego słowa. Całe ich najowocniejsze lata życia przypadały na czasy PRL. Jednak z danych podanych na pomniku niczego się o tym nie dowiemy. Nie wiemy nawet czy należeli do PZPR i czy pełnili jakieś publiczne funkcje, np. radnych jednostek terytorialnych. Możemy się tylko domyśleć – bez ryzyka większego błędu – że musieli znajdować się przynajmniej w szerszym kręgu miejscowych struktur władzy.

Nawet jeżeli wykazywali pewien dystans do Partii, to lokalni sekretarze o współpracę bezpartyjnych i kompetentnych oraz szanowanych fachowców, zabiegali. Te relacje, w sam raz, były pragmatyczne.  Troska o narodową substancję, właściwe społeczne stosunki, zakorzenienie polskości. Zakres dobra wspólnego był na ogół dość szeroki. Znam wiele takich przypadków i to co obecnie często słyszę o tamtej epoce wzbudza we mnie tylko zażenowanie. Ale cóż począć! Jak można te wynurzenia zwięźle zrekapitulować? Należy sądzić, że ten pomnik jest pewnym podsumowaniem już przecież historycznej epoki. Przyszło wiejadło, które oddziela plewy od ziaren tamtych czasów. Pszenica pozostała, zasilając zbiorową pamięć, przykładem są te historyczne postacie; poślad spalono. I tak to się przedstawia. Przejdźmy teraz do współczesności. Obecny epizod naszych dziejów symbolicznie rozpoczął się w 1989 roku.

Trwa więc już trzy dekady i zbliża się czas podsumowania. Chociażby z powodu pokoleniowych zmian, które dla odchodzących bywają nadzwyczaj bolesne. Jak zatem ów rachunek może wypaść? Z pewnością – jak zawsze jest poślad, jest też ziarno. Ale w jakich ilościach oraz  jakiego gatunku? Krótko pisząc, co nasz okres wniesie dla przyszłości. Co trwałego zbuduje? Jakie będzie nasz stan posiadania po upływie tej, w końcu nie tak krótkiej, epoki. Rozejrzyjmy się więc dookoła nas. Co widzimy na horyzoncie? Problem w tym, że chyba niewiele.

Naród politycznie głęboko podzielony, zwaśniony i wręcz niezdolny do wspólnotowego działania. Opoka polskości: Kościół, wyzuty z roli narodowego przewodnika. Brak własnych gałęzi przemysłu. Handel w lwiej części w obcych rękach. Średnia klasa właściwie już nie istnieje, a dominacja należy do tak zwanej burżuazji kompradorskiej. W świecie wiele nie znaczymy. Klienci skazani na nasłuchiwanie i odgadywanie, co chce obcy suweren. Nie możemy pochwalić się istnieniem  narodowej elity. Ale jest jeszcze większy problem. Otóż gdy nadejdzie czas uruchamiania wiejadła dziejów, być może okaże się, że i ono  jest w obcych rękach. To zaś oznacza jedno: koniec.

Antoni Koniuszewski

Myśl Polska, nr 15-16 (11-18.04.2021)

Redakcja