KresyStadion w Tarnopolu

Redakcja1 rok temu
Wspomoz Fundacje

5 marca 2021 r. – w 71-ą rocznice śmierci Romana Szuchewycza – rada miejska Tarnopola nazwała stadion miejski jego imieniem. „Głównodowodzący UPA był nie tylko wzorowym dowódcą, ale także dobrym sportowcem i liderem w wielu dyscyplinach sportowych. A właśnie teraz w Tarnopolu odbywają się XI zawody sportowo-patriotyczne o puchar Szuchewycza” – powiedział mediom po posiedzeniu rady miejskiej mer Tarnopola Serhij Nadał z neobanderowskiej partii Swoboda.

Renesans nacjonalizmu ukraińskiego nie jest bynajmniej nowością. Nastąpił jeszcze po tzw. pomarańczowej rewolucji z 2004 r. – gorąco wspieranej i przez Aleksandra Kwaśniewskiego, i Adama Michnika, i braci Kaczyńskich. Najbardziej intensywny stał się na terenach zachodniej Ukrainy – rządzonych przez epigonów OUN i UPA, głównie z Ogólnoukraińskiego Zjednoczenia Swoboda, pierwotnie występującego pod nazwą Socjal-Narodowa (czyli Narodowosocjalistyczna) Partia Ukrainy. Sam Tarnopol jest jednym z najbardziej zbanderyzowanych miast dawnej Galicji Wschodniej. Oprócz pomników Bandery i innych postaci nacjonalizmu ukraińskiego jest tam np. ulica 14. dywizji Waffen-SS „Galizien”. W rocznice urodzin i śmierci Bandery czy Szuchewycza, utworzenia UPA czy dywizji „Galizien”, w mieście tym wywiesza się czerwono-czarne flagi banderowskiej frakcji OUN. Ale podobnie jest w wielu innych miastach Ukrainy, już nie tylko zachodniej.

Tym razem jednak na to, co od wielu lat jest tam normą ponownie zareagował ambasador Izraela w Kijowie Joel Lion, notabene z wykształcenia historyk. Wydał on 9 marca oświadczenie, w którym przypomniał kim był Roman Szuchewycz zanim został dowódcą UPA. „Zdecydowanie potępiamy decyzję rady miejskiej Tarnopola o nadaniu Stadionowi Miejskiemu imienia niesławnego hauptmana z SS Schutzmannschaft 201 (jednostce uczestniczącej w zagładzie Żydów – uzup. BP) i domagamy się natychmiastowego unieważnienia tej decyzji” – napisał w oficjalnym oświadczeniu ambasador Izraela.

Odważne i bezkompromisowe oświadczenie ambasadora Liona prawdopodobnie wymusiło reakcję ambasady polskiej. 10 marca ambasador Bartosz Cichocki odwołał planowaną wcześniej wizytę w Tarnopolu i wystosował list do miast partnerskich Tarnopola w Polsce, w którym poinformował, że „ofiary Szuchewycza i jego podwładnych w dalszym ciągu nie mogą liczyć na chrześcijański pochówek na terytorium współczesnej Ukrainy”. Żeby tylko pochówek! Nie mogą liczyć na cokolwiek, ponieważ zbrodnie OUN i UPA są na współczesnej Ukrainie negowane jako „sowiecka propaganda”, o czym strona polska wie przecież doskonale. Osobny list ambasador Cichocki napisał do szefa państwowej administracji obwodu tarnopolskiego Wołodymyra Trusza. Usprawiedliwił się w nim, że po decyzji radnych Tarnopola z 5 marca „nie miał innego wyjścia niż zrezygnowanie z wizyty”, a decyzję w tej sprawie podjął „z wielkim żalem”.

Dalej ambasador Cichocki wyraził nadzieję na „rozwiązanie problemów tożsamościowych” poprzez dialog władz Polski i Ukrainy. Gloryfikacja zbrodniarzy banderowskich i kolaborantów hitlerowskich oraz negacja ich zbrodni – to są zdaniem polskiego ambasadora „problemy tożsamościowe”. Przecież pan ambasador doskonale wie, że żadnego dialogu z Ukrainą w sprawie „problemów tożsamościowych” nie będzie, ponieważ Kijów nie uważa jakoby miał jakieś problemy ze swoją polityką historyczną. Dowiodły tego chociażby ubiegłoroczne, zakończone całkowitym fiaskiem, rozmowy polskiego IPN ze swoim ukraińskim odpowiednikiem w sprawie ekshumacji szczątków ofiar ludobójstwa OUN i UPA na Wołyniu. Chyba, że dialog w sprawie „problemów tożsamościowych” będzie dotyczył postawienia zbrodniarzom z UPA pomników w województwie podkarpackim, bo tylko takim dialogiem strona ukraińska jest zainteresowana.

Dalej ambasador Cichocki stwierdził: „Jesteśmy sąsiadami – zbyt wiele nas łączy, byśmy pozwolili grupie nieodpowiedzialnych polityków zniszczyć dorobek pojednania ostatnich dekad”. W tym jednym zdaniu został zawarty ogromny ładunek treści humorystycznych. Po pierwsze pan ambasador sugeruje, że banderyzacja Ukrainy (nie tylko zachodniej) jest dziełem jakiejś wyizolowanej „grupy nieodpowiedzialnych polityków”. To jest nowa narracja obozu władzy w Polsce, którego propaganda od pewnego czasu podsuwa tezę, że rządząca od wielu lat w dawnej Galicji Wschodniej neobanderowska partia Swoboda jest jakoby „rosyjską agenturą”. Krótko mówiąc – to nie polityka amerykańska spowodowała renesans nacjonalizmu ukraińskiego. Zrobił to podstępny i złowrogi Putin i to on rękami epigonów banderyzmu, będących rzekomo „rosyjskimi agentami”, buduje te pomniki Bandery, Szuchewycza, Kłaczkiwskiego i in., żeby poróżnić Polskę i Ukrainę.

Otóż jest to wierutna bzdura, ponieważ renesans nacjonalizmu ukraińskiego to nie tylko partia Swoboda i nie tylko była Galicja Wschodnia i Wołyń. Na gruncie afirmacji nacjonalizmu ukraińskiego stoją bowiem wszystkie siły polityczne pomajdanowej Ukrainy, oprócz zepchniętych na margines prorosyjskiej opozycji i lewicy. Afirmacja ta ma miejsce na szczeblu państwowej polityki historycznej, oświatowej, naukowej, kulturalnej i zagranicznej. To nie dzieje się tylko na szczeblu Lwowa, Tarnopola, Iwano-Frankiwska (Stanisławowa), Łucka, czy Równego. To dzieje się także na szczeblu władz centralnych w Kijowie. To robił były prezydent Poroszenko, a w jego buty wszedł też szybko (przynajmniej szybciej niż tego oczekiwałem) prezydent Zełenski ze swoją administracją. Upamiętnienia postaci związanych z różnym nurtami nacjonalizmu ukraińskiego są nie tylko we Lwowie i Tarnopolu. Są też w Kijowie, o czym pisałem w poprzednim artykule.

Pan ambasador Cichocki i jego zwierzchnicy w Warszawie doskonale wiedzą dlaczego tak się dzieje. Dlatego, że polityka amerykańska, dla realizacji swoich celów w tej części Europy, postanowiła wykreować w 2004 i 2014 r. antyrosyjską Ukrainę. Wykreować antyrosyjską Ukrainę można było tylko poprzez oparcie jej tożsamości polityczno-historycznej na nacjonalizmie ukraińskim, programowo skrajnie antyrosyjskim. Tym tropem poszły kajzerowskie Niemcy i Austro-Węgry w 1917 i 1918 r., tym tropem poszły Niemcy hitlerowskie w 1941 r. i tym tropem poszły Stany Zjednoczone wraz ze swoimi europejskimi sojusznikami w 2004 i 2014 r. Polscy politycy wszystkich orientacji, uczestniczący aktywnie w przewrotach kijowskich w 2004 i 2014 r., mieli, a przynajmniej powinni mieć świadomość jakie skutki pociągnie za sobą wypuszczenie z puszki Pandory nacjonalizmu ukraińskiego – programowo bardziej antypolskiego niż antyrosyjskiego i antyżydowskiego. Ich obecne narzekania na politykę historyczną Ukrainy, rzadko zresztą uzewnętrzniane, są nieszczere i dlatego maskowane nową bajeczką o „rosyjskiej agenturze” (w dyplomatycznej formie „grupie nieodpowiedzialnych polityków”) w partii Swoboda.

A że polska „klasa polityczna” nadal musi wpisywać się w cele amerykańskiej polityki na kierunku rosyjskim, z czego wynika m.in. „strategiczne” wspieranie przez Polskę Ukrainy bez wzajemności, to treść i ton oświadczenia ambasadora Cichockiego były jakże odmienne od treści i tonu oświadczenia ambasadora Liona – przedstawiciela państwa, które realizuje samodzielną politykę zagraniczną, suwerennie wyznaczając jej cele. To czego nie napisał ambasador Cichocki podał w swoim oświadczeniu polski IPN, przypominając, że Szuchewycz był hitlerowskim kolaborantem i ludobójcą, a jego gloryfikacja „uwłacza pamięci polskich, żydowskich i ukraińskich ofiar ukraińskich nacjonalistów spod znaku OUN-UPA”. Ale to nie jest poziom prowadzenia polityki zagranicznej i nie na tym szczeblu powinno być to oświadczenie.

Nikt zresztą oświadczenia polskiego IPN na Ukrainie nie zauważył. Strona ukraińska odniosła się tylko do oświadczenia ambasadora Izraela. Rzecznik ukraińskiego MSZ Ołeh Nikołenko odpowiedział ambasadorowi Lionowi, że „Zachowanie narodowej pamięci ukraińskiego narodu pozostaje jednym z priorytetów państwowej polityki Ukrainy” oraz, że „dyplomaci powinni pracować nad wzmocnieniem przyjaznych stosunków i wzajemnego szacunku między narodami, a nie na odwrót”. To bezczelne oświadczenie nie powinno nikomu pozostawić wątpliwości na jakim szczeblu politycznym jest na Ukrainie realizowana polityka gloryfikacji i wybielania nacjonalizmu ukraińskiego. Jest to państwowa, centralna polityka. „Grupa nieodpowiedzialnych polityków”, panie ambasadorze Cichocki, jest nie tylko w Tarnopolu, ale przede wszystkim w Kijowie.

Poza tym o jakim „dorobku pojednania ostatnich dekad” napisał pan ambasador Cichocki? Ten „dorobek pojednania” to wymuszony szantażem przez stronę ukraińską pomnik UPA na polskiej ziemi, na górze Monsatyrz koło Werchraty w gminie Horyniec-Zdrój (powiat lubaczowski), oraz zasypane w studniach, na polach i w lasach bezimienne szczątki co najmniej 100 tys. polskich ofiar, które zginęły od banderowskich siekier, noży i wideł. Ten „dorobek pojednania” to są nieliczne krzyże postawione przez potomków ofiar w miejscach nieistniejących polskich wsi na Wołyniu, przy których władze ukraińskie nie pozwoliły napisać jakie upamiętniają ofiary i kto je zamordował. Od kilku lat zresztą już nawet nie wolno stawiać tam samotnych krzyży.

Ten „dorobek pojednania” to jest nieustanne szyderstwo z ofiar ludobójstwa banderowskiego, jakie płynie z pomajdanowej Ukrainy, która zbrodniarzy postawiła na najwyższym piedestale, negując ich zbrodnie. Ten „dorobek pojednania” to są teorie ukraińskiego IPN o „wojnie chłopskiej” na Wołyniu, wedle których Polacy sami spowodowali swoją zagładę i sami sobie byli winni, ewentualnie teorie – chętnie podchwytywane przez środowiska proukraińskie w Polsce – że „rzeź wołyńską” rzekomo spowodowali Sowieci. Ten „dorobek pojednania” to jest ukraińska tablica z bezczelną treścią, negującą ukraińską zbrodnię, ustawiona pod polskim pomnikiem ofiar tej zbrodni w Hucie Pieniackiej (dwukrotnie zresztą wysadzonym w powietrze przez „nieznanych sprawców”). Ten „dorobek pojednania” to jest monolog kłamstwa i buty strony ukraińskiej, do którego polskie czynniki oficjalne robią dobrą minę.

W jednym pan ambasador Cichocki ma niewątpliwie rację pisząc, że „zbyt wiele nas łączy”. Rzeczywiście zbyt wiele was łączy z pomajdanową Ukrainą i amerykańskim planem Trójmorza. Są to najwidoczniej więzy nierozerwalne.

W reakcji na aferę ze stadionem im. Szuchewycza w Tarnopolu współpracę z tym miastem zerwały Zamość i Nysa. Odważne i słuszne to decyzje, godne uznania. Nie zerwał natomiast tej współpracy Tarnów, chociaż w samorządzie tego miasta rozważano taką decyzję. Wycofano się jednak z tego po „konsultacji” z Ministerstwem Spraw Zagranicznych oraz po kampanii nacisku ze strony niektórych mediów, które z troską pochyliły się nad „polsko-ukraińskim zgrzytem o stadion”. Współpracy nie zerwały też Chorzów, Elbląg, Pamiątkowo i Radom.

Biuro rzecznika prasowego MSZ przypomniało zresztą 16 marca, że Polska „niezmiennie potępia nielegalną okupację Autonomicznej Republiki Krymu i miasta Sewastopol” oraz popiera „integralność terytorialną oraz suwerenność Ukrainy”. W sprawie „zgrzytu o stadion” polski MSZ nie zabrał głosu.

„Zgrzyt o stadion” wywołał natomiast prawdziwy wybuch wulkanu fanatyzmu na Ukrainie. Ambasador Joel Lion swoją odważną wypowiedzią na temat Szuchewycza poruszył tam gniazdo szerszeni. Wśród krzykaczy nie zabrakło w pierwszym szeregu różnych epigonów banderyzmu, w tym sędziwego Jurija Szuchewycza. Jednakże z pięściami do oczu skoczyli także różnorodni politycy, ludzie nauki i kultury, dziennikarze. Wielu z nich nie bało się wypowiedzi jawnie antysemickich. Doprawdy, „grupa nieodpowiedzialnych polityków” jest tam bardzo szeroka i obejmuje niemal całą pomajdanową „klasę polityczną”. Tego samego 16 marca, kiedy minister Zbigniew Rau bronił ukraińskich praw do Krymu, 68 deputowanych Lwowskiej Rady Obwodowej wystąpiło z inicjatywą nadania stadionowi Arena Lwów imienia Stepana Bandery. Pomysł zgłosiła Sołomija Rybotycka z partii Europejska Solidarność Petro Poroszenki – spośród ukraińskich partii najbardziej popularnej na salonach amerykańskich i europejskich, a co za tym idzie także wśród polskiej „klasy politycznej”.

Aspirująca do struktur europejskich i NATO Ukraina ma problem z banderyzmem, co próbuje się wciąż wyciszać w Polsce, UE i USA. Problem ten jest o tyle istotny, że indoktrynacji w duchu banderowskim podlega tam całe społeczeństwo i że wielu tak zindoktrynowanych Ukraińców znajduje się wśród rosnącej ukraińskiej emigracji zarobkowej w Polsce. Żeby było jasne – nie wzywam do działań przeciwko ukraińskim imigrantom. Stwierdzam tylko po raz kolejny, że z faszyzmem nie ma żartów i że fakt indoktrynacji kogokolwiek w takim duchu nie pozostanie politycznie obojętny.

Bohdan Piętka

Fot. Wikipedia Commons

Myśl Polska, nr 15-16 (11-18.04.2021)

Redakcja