PublicystykaEpoka masowego kneblowania

Redakcja4 tygodnie temu

Od kilku lat bombardowani jesteśmy terminologią pochodzącą z nowomowy pierwszych dekad XXI wieku. Postprawda, fake news, wojna informacyjna, wojna hybrydowa – wszystkie te określenia są rozmyte, pozbawione jasnych desygnatów, niemożliwe do precyzyjnego odszyfrowania i logicznego rozbioru. Nie mam najmniejszych nawet wątpliwości, że nadchodzący 2021 rok tendencje te jeszcze nasili.

Prof. Aleksandr Dugin zauważył niedawno, że coraz częściej operuje się w debatach sformułowaniami niemożliwymi do sfalsyfikowania. Nie ma, jego zdaniem, żadnych fake news. Są tylko wiadomości i twierdzenia dobrane z punktu widzenia poszczególnych cywilizacji, właściwe dla ich systemów wartości. Nie oznacza to jednak relatywizmu, ani tym bardziej typowego dla postmodernizmu solipsyzmu, w którym każda jednostka może całkowicie inaczej, po swojemu postrzegać rzeczywistość. Kody odczytywania rzeczywistości są właściwe każdej wspólnocie. Nie ma jednej, uniwersalnej prawdy i jednego sposobu dążenia do niej. Dlatego wszelkie wspomniane na wstępie określenia mają wartość wyłącznie epitetów, nie kryją za sobą żadnej treści. Mówienie komuś, że zajmuje się „wojną informacyjną” jest podobnie nonsensowne, jak stwierdzenie, że jest osłem. Trudno z tym dyskutować i zresztą taka dyskusja nie ma najmniejszego sensu.

Nie znaczy to, że każde społeczeństwo jest i powinno być jednolite, podążać jedną, ściśle wyznaczoną drogą do swojej prawdy. Nie, w każdej wspólnocie mogą ścierać się różne cywilizacje i kody. W którymś momencie jeden z nich zapewne przeważy, zdominuje pozostałe. Powinno się to jednak odbywać w sposób naturalny, a nie przymusowy i manipulacyjny. Tymczasem dziś tzw. Zachód coraz dalej odchodzi od liberalno-demokratycznego, deliberatywnego ujęcia przestrzeni publicznej. Zaczęło się przed laty od reguł poprawności politycznej, w ramach której język i system wartości mniejszości narzucono większości. Teraz, od kilku lat, rezygnuje się z liberalno-demokratycznych pozorów wolności debaty w kierunku zamykania ust za pomocą wspomnianych pojęć tyleż beztreściowych, co kneblujących. Niegdysiejsza cenzura i autocenzura oparta na kanonach poprawności politycznej stopniowo ustępuje jeszcze bardziej ograniczającej metodzie uzasadniania ograniczania wolności słowa – fetyszyzacji bezpieczeństwa narodowego i bezpieczeństwa państwa.

Oto każdy, kto kwestionuje kierunki prowadzonej polityki zagranicznej i obronnej może być oskarżony o działanie na rzecz przeciwnika, choć żaden konflikt zbrojny nie jest z owym przeciwnikiem prowadzony. Histeria na tym tle ogarnęła wszystkie kraje tzw. Zachodu, na czele ze Stanami Zjednoczonymi, w których niczym cepem oponenci okładają się oskarżeniami o rzekome sprzyjanie interesom a to Rosji, a to Chin. Wzorzec ten ochoczo powieliła Wielka Brytania i kraje Europy Środkowej. Za nimi podążają pozostałe państwa Unii Europejskiej. Tylko w ostatnich miesiącach mieliśmy bezprecedensowy w swej absurdalności przykład użycia pojęcia „wojny informacyjnej” na Łotwie, m.in. wobec prof. Aleksandra Gaponienko, który mówi o tym w wywiadzie na naszych łamach. 4 stycznia 2021 roku przed brytyjskim sądem odbędzie się rozprawa ekstradycyjna Juliana Assange’a, założyciela portalu Wikileaks ujawniającego przez lata materiały niewygodne dla Waszyngtonu. Grozi mu w Stanach Zjednoczonych faktyczne dożywocie.

Udział w debacie publicznej zaczyna przypominać stąpanie po polu minowym. Także w Polsce, wielu spośród tych, którzy pamiętają czasy minione, podkreśla ze smutkiem, że stopień zastraszenia społeczeństwa, w tym jego intelektualnych elit, znacznie przewyższa okres sprzed 1989 roku. To już nie tyle oficjalna, zbiurokratyzowana cenzura, co wszechobecna autocenzura, lęk przed tym, by nie powiedzieć czegoś niepoprawnego nie tylko publicznie, ale też w kuluarach. Chętnych do donosów przecież nie brakuje.

Na tym tle niezbędne wydaje się zejście z grzęzawiska, na które wciąga nas główny nurt wszelkich maści. Warto unikać języka, którego używają jego przedstawiciele, pojęć, które pozbawione są jakiegokolwiek istotnego znaczenia. Prezentować własne opinie w sposób wolny od pustosłowia, którym operują wyznawcy nowomomowy. Nie bać się, gdy ktoś wmawia nam, że piszemy fake newsy czy prowadzimy „wojnę informacyjną”. Nie ma to najmniejszego znaczenia. Piszmy i mówmy dla tych, którzy odrzucają te szablony. W 2021 roku próbujmy poszerzać strefę dialogu z tymi, którzy, nierzadko fundamentalnie różniąc się od nas, prowadzą rzetelną dyskusję, przekonując nas do swoich wartości, opinii i prawd. Będzie to trudne, ale chyba warto.

Mateusz Piskorski

Myśl Polska, nr 1-2 (3-10.01.2021)

Redakcja

Powiązane Posty