OpinieW zaklętym kręgu rusofobii (2)

Redakcja6 miesięcy temu
Wspomoz Fundacje

Komu zatem zależy na kształtowaniu w Polsce rusofobicznej doktryny i polityki? Profesor pokazuje, jak Królestwo Kongresowe w II połowie XIX wieku stawało się silnym podmiotem gospodarczym i w czyim interesie leżało i leży do dzisiaj, żeby Polska była słaba. Stwierdza jednoznacznie, że źródła polskiej rusofobii tkwią w interesach i interesariuszach niemieckich, francuskich i anglosaskich (ss. 210, 227). Dlaczego tego Polacy nie widzą? Profesor apeluje o opamiętanie.

Na koniec – z inspiracji Profesora Modzelewskiego – można by postawić pytanie, po co nam historia, jeśli zamiast „magistra vitae” prowadzi ona do ogłupiania mas i cynicznej gry politycznej. Przed historykami młodego pokolenia stoi przede wszystkim zadanie uwolnienia badań od  ich instrumentalizacji politycznej. Czas skończyć z anachronizmami i parodią dyskusji historycznej o „geniuszach narodu”. Należy odbrązowić postaci wyniesione na pomniki (w tym także „polskiego papieża”), zrewidować pod kątem prawdy ich kariery, napisać nowe biografie i rzetelnie osądzić  minione formacje polityczne. Wtedy przyjdzie  także czas na osądzenie elit III RP, które powtarzając błędy przeszłości stały się wykonawcą obcych interesów. Panie Profesorze, dlaczego „Oficjalna Polska”, jak Pan pisze, zawsze musi mieć rządy z czyjegoś nadania? (s. 124). Dlaczego do „kanonicznych zasad politycznej (i nie tylko politycznej) głupoty”  należy ułatwianie pojednania naszym wrogom po to, by naszym kosztem zrealizowali wspólny cel? (s. 137).

Co szczególnie dziwi, to nie tylko brak kwalifikacji dzisiejszych przywódców (tak jak kiedyś Piłsudskiego) do poruszania się w sieci złożonych współzależności międzynarodowych. To przede wszystkim brak doświadczenia i kompetencji urzędników zajmujących się zawodowo polityką zagraniczną i międzynarodową. Tak jak kiedyś „chłopcy komendanta”, tak obecnie „chłopcy Kaczyńskiego” nie mają „zielonego pojęcia” o wyrafinowanej grze między potęgami. Tyle, że 100 lat temu świat był mimo wszystko mniej skomplikowany niż jest obecnie.

W tym kontekście pojawia się zasadnicze pytanie, skąd w czasach byle jakiej edukacji i upartyjnionej rekrutacji kadr urzędniczych brać fachowców do rządzenia państwem.  Onetinteligencja i patointeligencja są z pewnością dziećmi naszych czasów, „terroru obowiązującej głupoty”, „północnoatlantyckiej poprawności” i Bóg wie jeszcze, jakich innych patologii. To jednak nie oznacza zaniechania wysiłków na rzecz racjonalizacji polityki. Powrót do lektury  eseju Maxa Webera O zawodzie polityka powinien być pierwszym zadaniem  każdego, kto ma ambicje spełniania się w życiu publicznym. Należy przywrócić rzeczywistą służbę cywilną i oddzielić stanowiska polityczne od zatrudnianych na drodze konkursowej funkcjonariuszy urzędów publicznych. Wraz z ruchem protestu społecznego trzeba zacząć  budować kompleksowy program przebudowy ustroju Rzeczpospolitej, zanim ona upadnie.

W kontekście znawstwa Rosji należałoby stworzyć nowe ośrodki badawcze i propagujące wiedzę o Wschodzie. Masa tzw. ekspertów od Wschodu jest dzisiaj skażona myśleniem doktrynalnym. Merytoryczna i finansowa podległość ośrodków wschodnioznawczych instytucjom rządowym  (MSZ i MSWiA) powoduje, że stały się one tubami oficjalnej propagandy, a publikowane analizy, raporty i inne materiały nie mają żadnej zobiektywizowanej wartości naukowej. Zarówno Ośrodek Studiów Wschodnich, jak i Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, nie wspominając o Centrum (anty)Dialogu i (nie)Porozumienia,  nawiązują do tradycji Instytutu Wschodniego Wiktora Sukiennickiego sprzed wojny, gdzie kreowano uparcie antyrosyjskie projekty (wtedy antysowieckie), które skompromitowały się historycznie.  Panie Profesorze, dlaczego mając wiele atutów, aby Rosję rzeczywiście dobrze rozpoznać i zrozumieć, ciągle ulegamy obcym podszeptom, albo ogłupieni przez obcą propagandę tracimy oprócz politycznej i gospodarczej także suwerenność intelektualną? „Skąd się bierze nieznane gdzie indziej kategoryczne przekonanie o własnych racjach, mimo że nieraz okazywało się w przeszłości, że nie są one wiele warte?” (s. 194).

Nie od dziś wiadomo, że państwa traktują siebie w kategoriach rozmaitych dystansów i emocji. Te ostatnie najczęściej odnoszą się do przyjaźni, neutralności lub wrogości (nienawiści). Jak zauważył kiedyś Samuel Huntington, kategoria wrogości jest niezwykle ważna dla uświadomienia sobie własnej tożsamości w konfrontacji z wrogiem [10]. Potencjalny brak wroga prowadzi do utraty homogeniczności i spoistości danej wspólnoty, a tym samym jej tożsamości.  Stąd uprawnione jest wnioskowanie Huntingtona, że wrogowie (najlepiej podobni do nas) są równie potrzebni jak przyjaciele i sojusznicy [11]. Doskonale obrazuje to zjawisko poszukiwanie wrogów przez Stany Zjednoczone po zakończeniu „zimnej wojny”, ale także utrzymywanie „strukturalnej wrogości” między Izraelem a Iranem, która legitymizuje politykę wewnętrzną i zagraniczną obu państw. Demonizowanie wroga w postaci Rosji prowadzi także w Polsce do fatalnych efektów mispercepcji, a nawet paranoi.

W istocie największą wartością książek Profesora Modzelewskiego jest właśnie obnażanie tych zjawisk, tak szkodliwie wpływających na polską tożsamość narodową i określenie się we współczesnym świecie. Diagnoza Profesora jest bezlitosna. Oprócz  braku wewnątrzsterowności Profesor wskazuje na kompleks niższości wobec Zachodu. Zwłaszcza  bezkrytyczny pęd do zaliczenia się do tzw. społeczności międzynarodowej.  Tematyka ta jest mi szczególnie bliska, gdyż od wielu lat pokazuję studentom absurdalność samego określenia, nie mówiąc o bałamutnej treści. Otóż w tym pojęciu, wykreowanym na Zachodzie zawiera się pułapka hipokryzji i zakłamania. „Ów Zachód od zawsze był bezwzględnie wierny uniwersalnym wartościom, takim jak demokracja, prawa człowieka, tolerancja i oczywiście wolność. W tym świetle nie ma miejsca na ludobójstwo, tortury, a nawet piętnowanie pederastów – takich słów nawet używać nie wolno, są one na indeksie współczesnej inkwizycji, która skutecznie zwalcza nawet najmniejsze odstępstwa od obowiązującej doktryny” (s. 147).

Poza „społecznością międzynarodową” znajdują się arbitralnie wyjęci poza nawias – Putinowska Rosja, autorytarne Chiny, teokratyczny Iran i wszyscy inni „wyklęci”. Idealizowanie Zachodu i stygmatyzowanie przeciwników to przejaw  wojny informacyjnej i psychologicznej w stosunkach międzynarodowych. Zachód nie miał nic wspólnego z rasizmem, represjami, autorytaryzmem czy dyskryminacją. Tymczasem – nawiązując do protestów społecznych w USA pisze Profesor: „Jeden policyjny mord na kolejnym »czarnuchu«  znokautował bezpowrotnie ów przeszły i jakże tandetnie piękny podział świata według zachodniej ewangelii” (s. 148) [12].

Zachód – ten „szlachetny i prawy” – pod naciskiem buntujących się społeczeństw zaczyna demistyfikować swoją historię, którą trzeba będzie napisać na nowo. „»Wielcy«  okazali się wielkimi mordercami, ludobójstwo, niewolnictwo i grabieże były przez wieki istotą »misji cywilizacyjnej białego człowieka«, a na pomnikach stoją mordercy, handlarze niewolników, kłamcy, a w najlepszym wariancie hipokryci”. „»Historia białego człowieka« jest tak samo haniebna i krwawa jak rządy bolszewików, których nasi propagandyści nazywają (u nas) „»Rosją«”  (s. 250).

W Polsce brakuje takich prawdziwych, wręcz obezwładniających diagnoz nt. Zachodu i światowego przywództwa USA. „Unikatowa wręcz nieudolność w rzeczywistym rozwiązywaniu problemów własnych obywateli” (s. 213) koliduje z amerykańskim posłannictwem dziejowym i „krucjatą na rzecz demokracji i praw człowieka”. Może „imperium zła” na Wschodzie – ironizuje Profesor – wcale nie jest dużo gorsze od „imperium dobra” na Zachodzie? (s. 214).

Dla niejednego czytelnika omawianej książki  być może szokiem będzie odkrycie, że „Thomas Woodrow Wilson,  którego imieniem nazwano na świecie wiele ulic i placów (również w Warszawie), był wręcz klinicznym rasistą, nie krył pogardy dla wszystkich »kolorowych«, w niczym innym nie różnił się od tzw. nazistów” (s. 148).

Przenoszenie antysowietyzmu i antykomunizmu na współczesną Rosję  należy do ważnych elementów „mitu założycielskiego” elit o rodowodzie posolidarnościowym, rządzących Polską. Z tym wiąże się także delegitymizacja Polski Ludowej. Ludziom wykształconym w tamtej formacji ustrojowej zarzuca się irracjonalnie, że wraz z upadkiem komunizmu nigdy nie przestali być „komunistami”, choć w rzeczywistości nigdy nimi nie byli. Poza tym odmawia się samodzielności i zdolności do krytycznego myślenia ludziom niezależnym od posolidarnościowego obozu władzy. W polemikach i nagonkach prasowych trwa dziwaczny powrót do czasów słusznie potępianych za brak pluralizmu światopoglądowego i wolności wyboru. Liczy się jedna doktryna, jeden obóz i jego racje. Wszyscy  inaczej myślący niż „panujący zakon”  zasługują na anatemę („zdradzieckie mordy”).

„Inaczej jest we współczesnej Rosji, która głosi ideę historycznego pojednania »Rewolucji« i »Kontrrewolucji«, czyli znalezienia wspólnego miejsca w historii tego kraju dla Mikołaja II, zamordowanego przez bolszewików, i dla ich przywódcy – Lenina. To chyba mądrzejszy pomysł, bo wykreślanie i skazanie na zapomnienie okresów trwających przez długie dziesięciolecia jest czymś sztucznym, wręcz fałszywym” (s. 218).

Obecnie rządzący Polską odkrywają, że integracja europejska to nie tyle ograniczanie suwerenności państw – ta od dawna jest fikcją w dobie rosnących obiektywnie współzależności – ile utrata własnej tożsamości. W książce mamy kapitalny wykład na temat procesów naśladowania (imitacji) lepszych (w domyśle uniwersalnych czyli zachodnich) wzorców, które prowadziły w ostatnim stuleciu do ciągłego wypierania się swojej tożsamości (konieczność wyjścia ze spuścizny zaborów, potem równanie do wzorca ustroju radzieckiego, „urzeczywistniającego sprawiedliwość społeczną”, wreszcie „harmonizacji”  z Zachodem i mianowania się jego częścią – choć nikt tak nas nie postrzega).

Na przykładzie Rosji można byłoby doskonale prześledzić, dokąd prowadziła ją tzw. europeizacja. Ciągłe ścieranie się dwu tendencji – okcydentalistycznej i słowianofilskiej (potem eurazjatyckiej) – prowadziło do katastrof geopolitycznych. Największą z nich stanowiły rewolucje rosyjskie 1917 roku (s. 222) [13]. Profesor konstatuje, że „nasze i rosyjskie naśladownictwo skutkuje prowincjonalizmem i brakiem innowacyjności – kopiujemy cudze wzorce, lekceważymy własną odrębność lub nawet nią pogardzamy” (s. 223). Sztuką jest – i to zadanie należy do elit politycznych i intelektualnych kraju – aby pogodzić tendencje uniwersalizacyjne z ochroną  tego, co partykularne i osobne. W dobie globalizacji i rewolucji informatycznej nie sposób uciec od dyfuzji kulturowej, ale to nie oznacza bezmyślnego przejmowania  wszystkich wartości z zewnątrz kosztem rodzimej specyfiki. Do niej należy m.in. ciągłość dorobku kulturowego i materialnego Polaków, a to implikuje zasadniczą rewizję w podejściu do wszystkich pokoleń powojennych (s. 223).

Straszenie potencjalną agresją Rosji, to strzelanie sobie w stopę. Bo kto zechce inwestować w Polsce, jeśli miałby następnie wszystko stracić. Demonizując zagrożenie ze strony Rosji rządzący sami sprowadzają się do roli protektoratu.  Dramatycznie ogranicza się bowiem pole manewru, przyjmując zabójczą dla własnych interesów interpretację, że wszystko co krytyczne wobec USA, automatycznie działa na korzyść Rosji. Książka jest wezwaniem do debaty publicznej na temat stosunków polsko-rosyjskich, „niezastrzeżonej wyłącznie dla ludzi opętanych (?) strachem przed Rosją” (s. 242).

Jest też prowokacją intelektualną wobec pożal się boże polskich „sowietologów-rusologów”, którzy we wszystkich ruchach społecznych na Wschodzie (a więc obecnie na Białorusi, a wcześniej na Ukrainie i w Gruzji) widzą jedynie objawy postaw „prozachodnich” i „antyrosyjskich”. Do głowy im nie może przyjść, że są też Białorusini i Ukraińcy prorosyjscy, marzący o dobrym sąsiedztwie z Rosją, pragmatycznej i przyjaznej współpracy. Sama Rosja – choć nazywana agresywnym zaborcą – obiektywnie stabilizuje sytuację, choć trudno to przyznać z pozycji jej wrogich. Kto wie, co by się stało z ludnością rosyjskojęzyczną w różnych częściach b. ZSRR, gdyby o los Rusofonii nie upomniała się  Rosja? Czy konflikt o Górski Karabach nie zakończyłby się kolejną rzezią Ormian? Pytań takich można zadawać więcej.

To, co jest szczególnie interesujące, to potencjał sojuszniczy Rosji wobec państw małych i słabych, znajdujących się w geopolitycznym potrzasku. Chodzi przede wszystkim o państwa tzw. bliskiej zagranicy.  Ich integracja z Zachodem czy z Chinami jest niemożliwa nie tylko ze względów geograficznych, ale także z powodu różnic kulturowych. Pod tym ostatnim względem bliżej im do Rosji.

Uwzględniając wielość czynników przytoczonych w powyższej prezentacji, na perspektywę stosunków polsko-rosyjskich należy spoglądać jedynie w kontekście przeobrażeń w systemie zachodnim, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Wprawdzie w wyniku wygranej demokraty Joe Bidena w wyborach prezydenckich pozostaje ciągle wiele niepewności, a Rosjanie nie spodziewają się odejścia od „zimnowojennych schematów”, ale pojawiły się pierwsze zwiastuny „odwilży” intelektualnej. „Wielkie mocarstwa nie muszą być mądrzejsze od swoich wasali, ale zdarza się – pisze Profesor – że mają mądrzejsze, a przede wszystkim odważniejsze elity intelektualne”.

Przywołuje przykład listu otwartego 103 amerykańskich ekspertów i dyplomatów z sierpnia 2020 roku, którzy wskazali na konieczność „resetu” w relacjach amerykańsko-rosyjskich.  Nazwanie bezsensowną i bezproduktywną antyrosyjskiej polityki Waszyngtonu nie było może nadzwyczajnym odkryciem, ale pokazało, że w  amerykańskiej stolicy rodzi się ferment, sprzyjający  rozpoczęciu głębszych przewartościowań polityki, zwłaszcza w kontekście rosnących zagrożeń dla hegemonii USA ze strony Chin. Wraz z Profesorem odsyłam do lektury tego listu, gdyż jest on radykalnie odmiennym przykładem myślenia o stosunkach międzynarodowych od tego, co się dzieje nad Wisłą. Choć polscy politycy i media udają, że nic się nie stało, ale to jeden z przejawów ewolucji klimatu, przywracającego ducha dialogu i rokowań [14].

Panie Profesorze, Szanowni Państwo,

Napisane książki  nie dotrą pod strzechy, jeśli nie zaczniemy metodycznej dyskusji o stanie naszego państwa z udziałem ludzi wykwalifikowanych, znających swoje rzemiosło i wtajemniczonych w arkana dyskursu publicznego. Ludzi odważnych, nieskrępowanych lojalnością wobec swoich mocodawców i oddanych sprawie zobiektywizowanej prawdy, a nie poprawności politycznej czy obowiązującej mody. Dyskusja musi być oparta na wiedzy naukowej, a nie na obowiązującej „narracji”, zdominowanej przez mainstreamowe media i narzucane z zewnątrz instrukcje polityczne. Współczesną Polskę zalewa ocean  wiedzy potocznej, prymitywnego mędrkowania, odwoływania się do mitów i uprzedzeń, ksenofobii i pogardy dla tolerancji. Zalewa nas propaganda, której stylu i manipulowania treściami nie powstydziliby się funkcjonariusze machin propagandowych państw totalitarnych XX wieku.

W Polsce nigdy nie rozumiano podstawowej reguły życia międzynarodowego: w rywalizacji wielkich potęg, myślących w kategoriach realizmu politycznego (przede wszystkim interesów i siły), mniejsze państwa, kierujące się idealizmem nie mają szans na wymierne sukcesy, nie mówiąc o zwycięstwie czy pokonaniu przeciwnika. Idealiści i romantycy w ostateczności zawsze przegrywają z realistami i pragmatykami. Tylko ci ostatni gwarantują jaką taką stabilność. Dlaczego tak oczywista prawda wynikająca z historii, od czasu opisania wojny peloponeskiej przez Tukidydesa w V wieku p.n.e.,  nie może przebić się do świadomości kolejnych pokoleń Polaków? Dlaczego naiwność i zwyczajna głupota rządzą zachowaniami polityków, którzy powołują się na społeczną legitymizację swojej władzy, gdy w rzeczywistości są uzurpatorami z powodu swojej przebiegłości i hipokryzji (co innego deklarują w wyborach, a co innego realizują)? Jak długo jeszcze będziemy stawiać te i podobne pytania, aby doprowadzić wreszcie do zmiany sytuacji?

Protekcja zewnętrzna ze strony USA daje polskim politykom poczucie ważności i pewności, a spacer par prezydenckich po ogrodzie wokół Białego Domu nobilituje, dając „kieszonkowemu” mocarstwu między Trzema Morzami   mandat do „misji cywilizacyjnej” wobec „późnoprzychodzących” ze Wschodu,  stukających do drzwi Zachodu. Tymczasem polscy politycy nie rozumieją ani interesów zaoceanicznego patrona, ani jego hegemonicznej roli w systemie międzynarodowym. Ład oparty na dyktacie, eufemistycznie zwanym konsensusem waszyngtońskim służy i ma służyć amerykańskim korporacjom, ich akcjonariuszom, udziałowcom, sektorowi finansowemu i militarnemu. Polska w tym systemie znajduje się daleko na peryferiach i warto wyciągnąć wnioski z tej podrzędnej i klientelistycznej pozycji. Zwłaszcza, jak obronić swoją tożsamość i choćby odrobinę autonomii decyzyjnej, o suwerenności, która stała się fikcją nawet nie wspominając.

Dziękuję za uwagę.

Prof. Stanislaw Bieleń

Wystąpienie w Instytucie Studiów Podatkowych w Warszawie 26 listopada 2020 roku podczas promocji książki Witolda Modzelewskiego „Polska-Rosja. Cud nad Wisłą – zwycięstwo zapowiadające katastrofę”.

[10] S. Huntington,  Zderzenie cywilizacji i nowy kształt ładu światowego,  Warszawa 2004, s. 18. W rozróżnieniu między przyjacielem a wrogiem istoty polityczności upatrywał Carl Schmitt. Teologia polityczna i inne pisma, Kraków 2000, s. 198.

[11] S. Huntington, Kim jesteśmy? Wyzwania dla amerykańskiej tożsamości narodowej, Kraków 2007, s. 35-36, 234-238.

[12] Śmierć George’a  Floyda 25 maja 2020 roku w Minneapolis.

[13] Zob. szerzej: S. Bieleń (red.), „Rewolucja w myśli i praktyce politycznej”, Oficyna Wydawnicza ASPRA-JR, Warszawa 2018.

[14] J. Dobrzański, „Apel o odwilż w stosunkach USA-Rosja”, „Myśl Polska” z 27.09.-4.10.2020 r., nr 39-40.

Myśl Polska, nr 51-52 (20-27.12.2020)

Redakcja