Kodeksy karne krajów Zachodu pełne są paragrafów mających nas zabezpieczyć przed powrotem ustrojów takich jak komunizm czy przede wszystkim faszyzm. Czasem określane są wspólnym mianem totalitaryzmu.
Delegalizuje się w atmosferze politycznego wzmożenia pozbawioną znaczenia partię z nazwy komunistyczną, surowo każe się za podniesienie w górę prawej ręki i organizuje głośne medialne prowokacje z okazji urodzin Hitlera. W tym samym czasie na co dzień doświadczamy jawnej bądź tajnej inwigilacji, której perfidia i zakres zaskoczyłyby zarówno George’a Orwella jak i Józefa Stalina. Rośnie lawinowo ilość prawnych regulacji dotyczących najprostszych życiowych czynności, których łamanie może skutkować drakońskimi karami finansowymi lub więzieniem. Nie wolno nam spalić w ogrodzie suchych gałęzi, zapalić węglem w piecu, drewnem w kominku, ogrzać własnego domu tak jak czyniono to od stuleci, czy nawet zalecano całkiem niedawno czyli gazem, nabrać wody ze studni, hodować pszczół i innych zwierząt, leczyć się tak jak mamy na to ochotę u leczących, których sami sobie wybierzemy.
Coraz częściej nie są to jedynie zakazy, ale także nakazy dotyczące badań, szczepień, wypełniania sprawozdań, rejestrowania, raportowania, instalowania oraz zakupu nowych liczników i urządzeń do ogrzewania, do inwigilacji, bez których coraz trudniej skontaktować się z urzędem, podróżować, a przy zakupach trzeba faktycznie płacić za brak kolejnej aplikacji, nie mówiąc o branym za dziwactwo nie posiadaniu smartfona. Kodeksy karne zakazują nie tylko jak było to w czasach PRL głoszenia niewłaściwych z punktu widzenia władzy poglądów, ale przewidują kary za słowne manifestowanie posiadanych uczuć – nazwanych, ale nie zdefiniowanych, wśród których pierwsze miejsce zajmuje nienawiść. Nie ma jeszcze kodeksowego nakazu miłości, ale wiele wskazuje, że wszystko przed nami. Trudno o lepsze wypełnienie definicji totalitaryzmu, czyli totalnej kontroli każdego aspektu życia. Jest uderzające, że nagłaśniane podziały polityczne rzadko skupiają się na tym powszechnym trendzie i choć do pewnego stopnia można zaryzykować twierdzenie, że tak zwana lewica go popiera, a prawica hamuje, to jednak również rządy prawicy po kolejnym zwycięstwie wyborczym z reguły rozczarowują i wkrótce okazuje się, że jak mówił Jarosław Kaczyński w odniesieniu do tzw. zielonego ładu: „nie możemy go odrzucać, bo to oznaczałoby ustawienie się na marginesie i innego rodzaju kłopoty”.
Oznacza to, że cywilizacja podlega przemianom, które świadomie lub nie przyjmujemy jako nieuniknione, bez względu na deklarowaną lewicowość czy prawicowość. W dużym stopniu wynikają one ze zmian technologicznych i komunikacyjnych. Jałowość wzajemnych oskarżeń o faszyzm z jednej i socjalizm bądź marksizm z drugiej strony w zestawieniu z faktycznym podobieństwem podejmowanych działań potwierdzają, że w praktyce mamy do czynienia z nową rzeczywistością polityczną, w której realna władza sprawowana jest spoza widocznej i zbudowanej na nieaktualnych założeniach sceny politycznej oraz że czynione to jest w interesie grup i elit wymykającym się tradycyjnym podziałom czy to narodowym czy klasowym. Ciekawą próbę znalezienia odpowiedzi na znane z czasów peerelowskiej propagandy pytanie: „Kto za tym stoi i komu to służy” podjęło wydawnictwo Wektory wydając w ostatnim czasie trzy książki, które są inspiracją tego artykułu.
Pierwszą i najbardziej aktualną jest praca autorstwa Magdaleny Trojanowskiej „Black Rock. Jak przejąć świat, tak by nikt się nie zorientował”. Druga to „Cyfrowy kapitalizm. Jak nowy totalitarny kapitalizm pozyskuje dane, kontroluje nasze życie i przejmuje władzę nad światem” Jathana Sadowskiego. Znakomitym uzupełnieniem obu jest klasyczna pozycja Jamesa Burnhama „Rewolucja menedżerów, czyli co się dzieje ze światem”. Powstała w 1941 r. jeszcze przed przystąpieniem USA do II WŚ, stanowi rzadki w dziejach nauk humanistycznych przykład naukowego proroctwa, które szokuje trafnością po ponad 80 latach od pierwszego wydania.
Treść książki Trojanowskiej…
jest znacznie szersza niż wskazuje tytuł. W rzeczywistości autorka dokonała pogłębionej i klarownie przedstawionej analizy struktury, mechanizmu działania i celów ideologicznych całego systemu, którego tytułowy moloch jest symbolem. O jego sile nie decyduje jedynie wartość aktywów, którymi zarządza (13,5 biliona dolarów), ale fakt, że poprzez zarządzane przez siebie algorytmy faktycznie steruje rynkami, a więc i gospodarkami dziesiątek państw, a posiadany przez BlackRock cyfrowy system do zarządzania aktywami i ryzykiem o nazwie Alladin przetwarza informacje o aktywach wartości ponad 21 bilionów dolarów. Razem z dwoma podobnymi gigantami State Street i Vanguard kontrolują zdecydowaną większość funduszy notowanych na giełdach światowych. Decydują o losach firm, o ich istnieniu bądź nie w indeksach najważniejszych giełd całego świata. Jak pisze autorka „Ręka rynku nie jest już niewidzialna – jest wyciągnięta, wskazująca i egzekwująca.”

A gdzie indziej tak charakteryzuje działanie systemu Alladin: „Alladin nie prognozuje, on projektuje rynek i jego reguły, ponieważ jego rekomendacje wpływają na decyzje tysięcy inwestorów instytucjonalnych.” Uzupełnieniem tej oceny jest informacja o tym, że: „W roku obrotowym 2024 – 2025 BlackRock uczestniczył w 16802 walnych zgromadzeniach akcjonariuszy na całym świecie, oddając głosy w łącznie 152 007 uchwałach na 58 rynkach.” Jednak działalność menedżerów BlackRocka nie ogranicza się do zarządzania aktywami na podstawie wskazań algorytmów. Jego zarządcy pełnią jednocześnie rolę doradców rządów w czasie kryzysów i decydują np. o tym, które firmy uzyskają pomoc publiczną, a które nie. To już nawet nie drzwi obrotowe polegające na rotacji stanowisk w administracji państwowej i w prywatnym biznesie, nie tradycyjny konflikt interesów, to jawne łączenie funkcji zarządzającego gospodarką i uczestnika gospodarczej gry, która nawet bez takiego połączenia jest grą do jednej bramki. Przejawem politycznych wpływów BlackRocka jest coraz bardziej agresywna presja na rządy by prywatyzować, a więc oddawać pod wpływy BlackRocka firmy zarządzające infrastrukturą odpowiedzialną za zaspokajanie najbardziej podstawowych potrzeb takich jak energia, woda, telekomunikacja.
Myliłby się jednak ktoś kto sądziłby, że ambicje L. Finka ograniczają się do coraz większej potęgi gospodarczej, osiąganych zysków i bogactwa. Naturalną koleją rzeczy jest w sytuacji realizacji tych ambicji następny krok jakim są kontrola i władza. L. Fink ma dlatego swoich protegowanych w obu amerykańskich partiach, może także wpływać na wybory w innych państwach i jak pisze M. Trojanowska: „Demokracja pozornie nie zanikła, a jednak zamiast debaty o kierunkach, ma miejsce selekcja kandydatów, którzy nie zakwestionują reguł. Konkurencja nie została zakazana, została ograniczona do poziomu mikromarketingu”. Każda władza potrzebuje także ideologii, która przekonałaby masy, że jej działanie jest uzasadnione wyższymi celami.
Zarządca BlackRocka rozumie tę konieczność i w corocznych listach kierowanych do prezesów największych korporacji „promuje tezę, że celem korporacji nie może być wyłącznie zysk, lecz szerszy „cel społeczny”, który musi przekładać się na konkretne, wymierne działania ESG.” Pod tym angielskim akronimem kryje się troska o środowisko, społeczna odpowiedzialność i ład korporacyjny, przedłużeniem tego jest stosowanie zasady DEI – różnorodność, równość i inkluzywność. Jak dodaje autorka „w takim ujęciu przedsiębiorstwo ma być już nie tylko maszyną do generowania zysku, lecz także lokalnym kapłanem sensu, wartości i wspólnoty”. Jak przekłada się to na praktykę? Rozmawiałem kiedyś z prezesem polskiego oddziału jednej ze znanych korporacji. To człowiek inteligentny, dobrze wykształcony i obyty w świecie. Pytam go, czy wierzy w to, że temperatura na ziemi zmienia się na skutek spalania węgla w elektrowniach i w pozostałe elementy ideologii klimatyzmu i dlaczego stosuje to w praktyce swojej firmy. Zaśmiał się i odpowiedział, że oczywiście wie, że to bzdury, ale jego wynagrodzenie tylko w połowie zależy od tradycyjnie rozumianych wyników przedsiębiorstwa, druga połowa od wdrażania wyżej wymienionych standardów.
„Arcykapłan” Larry Fink
Co więcej, gdyby ich nie respektował, wtedy jego korporacja nie otrzymałaby kredytu albo musiałaby za niego drożej płacić. Inny znajomy z branży jądrowej relacjonował spotkanie z wizytującą polski oddział przedstawicielką zamorskiego zarządu. Uczestnicy spodziewali się rozmowy na temat bezpieczeństwa i rozwiązań technicznych, zamiast tego otrzymali reprymendę za zbyt małą liczbę kobiet w lokalnym zarządzie i na spotkaniu. To przykład pokazujący, że osoby w rodzaju L. Finka to już nie tylko wielcy gracze na arenie gospodarczej, a nawet politycznej, ale że mają ambicję by pełnić rolę jaką kiedyś odgrywał Kościół i religia. 10 przykazań i Ewangelia zostały zastąpione opakowanymi w moralistyczną retorykę „standardami” stworzonymi w gabinetach zarządców kapitału. To sekwencja podobna do opisywanej przez E. M. Jonesa historii protestantyzmu i ideologii liberalnej. Tamta kładła nacisk na nieograniczoną wolność wzbogaconych cudzym kosztem jednostek, indywidualizm, nienaruszalność umów korzystnych dla „dających pracę” i wiarę, że bezwzględna walka na wolnym rynku przyniesie dobrobyt wszystkim. Odpowiadało to odnoszącym sukcesy właścicielom wielkich fabryk i banków jacy w tamtym systemie dominowali. Politycznym uzupełnieniem była parlamentarna demokracja, w ramach której zwyciężać miał mądrzejszy i lepiej argumentujący polityk zyskujący dzięki temu uznanie mas wyborców.
Dzisiaj kryteria są inne, w dodatku znacznie mniej czytelne i szybciej się zmieniające. L. Fink decyduje o ich aktualizacji w czasie zjazdów w Davos, gdzie pełni od kilku lat funkcję jednego z kierujących wraz ze zjeżdżającymi tam szefami rządów i dyplomacji, służb, biznesu, banków, międzynarodowych organizacji, mediów, nauki czyli nowej elity władzy. To tam ustala się aktualną narrację decydującą na bieżąco o tym co jest etyczne, odpowiedzialne, co jest koniecznością i dziejowym wyzwaniem, co zagrożeniem. Tam powstają także plany nowych kryzysów, które są zawsze argumentami za wprowadzeniem zmian jakie normalnie wywołałyby społeczny sprzeciw. Pandemia i klimatyzm to najbardziej znane przykłady, ale w repertuarze środków są też klasyczne wojny służące dyscyplinowaniu państw i poszczególnych już nie obywateli, ale jak głosi nowy język „interesariuszy”, wybiera się także tylko takie technologie które pasują do portfeli dużych inwestorów, a więc równie duże i skoncentrowane przedsięwzięcia „bankowalne”, a w efekcie uzależniające jednostki od woli korporacji i rządów.
Klasycznym tego przykładem jest tzw. transformacja energetyczna. Głosy sprzeciwu spychane są na karb emocji, lęków, niezrozumienia kontekstu i wyższej konieczności. „Jeżeli człowiek nauczy się „zarządzać stresem”, „akceptować niepewność”, „pracować z emocjami” presja na zmianę strukturalną słabnie. System nie musi się dostosowywać. Dostosowują się ludzie. I co ważne dzieje się to w języku dobra – troski, pomocy, profilaktyki. Władza nie musi już uzasadniać swoich decyzji wobec gniewu społecznego. Wystarczy, że wytworzy procedury jego rozładowywania.” Odbiciem tego stanu rzeczy jest standardowe spychanie niezadowolenia na karb błędów w komunikacji według schematu; władza dobra, ale ludzie o tym nie wiedzą, bo popełniono błędy w komunikowaniu. Innym sposobem osłabiania oporu jest tłumaczenie politycznych błędów problemami technicznymi. Nowa globalna elita szkolona jest w zakresie kierowania emocjami ludu na specjalnych kursach liderów, którzy potem dziwnym trafem ponownie spotykają się już w rolach szefów rządów i międzynarodowych instytucji. Mają umieć „zapraszać do stołu, nie oddając władzy, słuchać nie zmieniając decyzji. Można uwzględniać traktując głos interesariuszy jako dane wyjściowe do modelu, ale nie jako mandat do zmiany.” „Lider ma wyglądać na bliskiego ludziom, mówić językiem empatii, zapraszać do dialogu, a jednocześnie pilnować aby dialog nie dotyczył fundamentów.”
Kim oni są?
Co charakterystyczne lider nie jest już kapitalistą w tradycyjnym rozumieniu, a najlepszym tego przykładem jest sam L. Fink. Kim więc jest? Odpowiedź na to pytanie daje wspomniana „Rewolucja menedżerów” już w tytule. Jest menedżerem, który zarządza i kontroluje, ale niekoniecznie właścicielem w tradycyjnym rozumieniu czy to świętego prawa własności czy własności środków produkcji. J. Burnham tworzył swoje dzieło w chwili, kiedy istniały na świecie dwa mocarstwa uważane dzisiaj za totalitarne – hitlerowskie Niemcy i stalinowski ZSRR. Oba uważał za przykład rządów menedżerskich, w których kapitaliści w tradycyjnym rozumieniu albo jak w ZSRR zostali wymordowani albo musieli podporządkować się władzy politycznej. W żadnym nie doszło do praktycznej realizacji deklarowanych pierwotnie celów. Zamiast likwidacji państwa, wolności i decyzyjności mas, w ZSRR władzę szybko przejęła elita urzędnicza i polityczna. Robotnicze kolektywy okazały się w praktyce niezdolne do skutecznego zarządzania. W ZSRR proces ten był bardziej radykalny niż w Niemczech, ale w obu doszło do swoistego połączenia państwa i fabryki w jeden wielki mechanizm skutecznie mobilizujący zasoby i ludzkie masy. Wyższości takiego modelu dowodziła też zdaniem Burnhama klęska Francji, którą uważał nie za rezultat braku woli „umierania za Gdańsk”, ale za kapitalizm.
Co ciekawsze, Burnham jako trzeci przykład do uzasadnienia swojej tezy i powszechności tej samej dziejowej tendencji wykorzystał amerykański New Deal i rządy Roosevelta. Pomimo tego, że jego zdaniem tradycyjny kapitalizm w USA był stosunkowo żywotny, to doszło wtedy do charakterystycznej dla tytułowego procesu fuzji władzy politycznej i gospodarczej. Głosy obrońców tradycyjnego wolnorynkowego ustroju już wtedy wydawały się archaiczne i nie odpowiadające rzeczywistym oczekiwaniom gnębionych przez kryzys rzesz bezrobotnych. Zmiana jaką dostrzegał wtedy w USA do złudzenia przypomina procesy jakie obserwują dzisiaj zwolennicy kapitalizmu w Unii Europejskiej i krytycy współtworzonego przez L. Finka wielkiego resetu. Burnham zauważał, że nie ma czegoś takiego jak wielka narracja rewolucji menedżerskiej jaką tworzyły tradycyjne ideologie.
Wprowadzanie nowej ideologii polega natomiast na popartej praktyką i następującej w wielu dziedzinach zmianie języka i wartościowania. „Powtórzmy” pisał: „Ideologia Nowego Ładu nie jest rozwiniętą ani systematyczną ideologią menedżerską. (…) W swojej bardziej zagmatwanej i mniej rozwiniętej postaci New Deal przyczynił się – także poza granicami Stanów Zjednoczonych – do upowszechniania nacisku na państwo kosztem jednostki, planowania zamiast prywatnej przedsiębiorczości, tworzenia miejsc pracy (nawet dorywczej) zamiast „szans”, bezpieczeństwa zamiast inicjatywy oraz „praw człowieka” zamiast „praw własności”. Gdzie indziej przewidując przyszłość pisał: „Proces wyzysku będzie jednak przebiegał w gospodarce menedżerskiej inaczej niż w feudalizmie czy kapitalizmie. Nie będzie już możliwe osiąganie zysków poprzez wykorzystywanie pieniędzy jako prywatnego kapitału. Kapitału – o ile ten termin będzie miał jeszcze zastosowanie – dostarczy państwo. Środkami produkcji będą faktycznie zarządzać menedżerowie, zajmujący kluczowe stanowiska w „nieograniczonym” państwie, które w społeczeństwie menedżerskim stanie się połączonym aparatem polityczno – gospodarczym. Uprzywilejowana pozycja w dystrybucji produktów będzie wynikała z miejsca w strukturze tego aparatu, nie z posiadania prywatnych tytułów własności – w tym sensie będzie to system bliższy logice feudalnej niż kapitalistycznej.”
Kłania się Orwell
Czyż nie przypomina to sloganów jakie płyną do nas z Davos, Brukseli i ich krajowych przekaźników o „nieposiadaniu niczego i byciu szczęśliwym”? Czyż nie taki przykład dają Chiny, czyż nie do tego prowadzą plany waluty cyfrowej banków centralnych? O przenikliwości Burnhama świadczy także wiele innych spełnionych przepowiedni, jak choćby ta o powstaniu kilku superpaństw i zaniku suwerenności małych państw, o zatarciu granicy między wojną i pokojem na rzecz opisanej przez Orwella nieustającej wymiany ciosów między Oceanią a Eurazją i spadających co pewien czas rakiet niewiadomego pochodzenia, które uprawomocniały permanentny stan wojenny?
Trzecia pozycja autorstwa J. Sadowskiego jest uzupełnieniem pierwszych dwóch, gdyż pokazuje znaczenie przyjmowanych bezrefleksyjnie jako nieuniknione składniki rozwoju tzw. inteligentnych technologii w coraz to kolejnych obszarach życia. Technologii, których nie rozumiemy, nie posiadamy, a które coraz bardziej nas uzależniają i inwigilują. Według autora celem tego procesu są jedynie kontrola i gromadzenie danych. Informatycy nie są też pozbawieni ambicji tworzenia języka i własnej ideologii, która w tym ujęciu przypomina „techniczną wersję nieuniknionego końca historii”. To według Sadowskiego „najbardziej podstępny produkt Doliny Krzemowej”. W sferze politycznej książka odwołuje się do tradycyjnej krytyki kapitalizmu. Proponuje też drogi oporu od zmian ustawowych po masowe działania jednostek rezygnujących z niepotrzebnych gadżetów, które dawno już przestały czynić nasze życie lepszym.
Czytając wszystkie trzy książki oprócz wielkiego nieobecnego, czyli tego co stało się i do czego służy dzisiaj nauka, na myśl przychodzi stale druga, ludzka strona omawianych procesów i pytanie dlaczego się na to godzimy, czy naprawdę chcemy jak zatytułował swoją książkę Neil Postman „Zabawić się na śmierć”? Wbrew pozorom odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Nasz wielki i niedoceniony wizjoner Stanisław Ignacy Witkiewicz (Witkacy) tłumaczył to zanikiem uczuć metafizycznych lub jak ujął to bardziej brutalnie zbydlęceniem. Już wtedy widział sztuczność i fałsz górnolotnych sloganów nie pasujących do tego co „szewcom” i zdegenerowanym arystokratom w duszach czy raczej w ciałach grało.
George Orwell inspirował się dziełem Burnhama pisząc Rok 1984. Aldous Huxley pisał o erze Forda. W ten ciąg obserwacji i artystycznych intuicji wpisuje się także opisany w „Homo Sovieticus” przez Aleksandra Zinowiewa homosos jako uniwersalny typ przyszłości pozbawiony poglądów i zawsze dopasowujący się do kolektywu. Jednak cytowany fragment książki M. Trojanowskiej o sposobie szkolenia i postępowania liderów nowego porządku najbardziej przypomina tekst bez mała 200 lat wcześniejszy autorstwa Alexisa de Tocqueville, który obserwując obiecującą demokrację w Ameryce pisał:
„Kiedy próbuję sobie wyobrazić ten nowy rodzaj despotyzmu zagrażający światu, widzę nieprzebrane rzesze identycznych i równych ludzi, nieustannie kręcących się w kółko w poszukiwaniu małych, pospolitych wzruszeń, którymi zaspokajają potrzeby swojego ducha (…) Ponad wszystkimi panuje na wyżynach potężna i opiekuńcza władza, która chce sama zaspokoić wszystkie potrzeby i czuwać nad losem obywateli (…) Nie łamie woli lecz ją osłabia (…) Nie tyranizuje – krępuje, ogranicza, osłabia, gasi ogłupia i zamienia w końcu każdy naród w stado onieśmielonych pracowitych zwierząt, których panem jest rząd.”
Czy zmiany, których kierunek potwierdzany jest w tak długim czasie i przez tak różnorodnych autorów są rezultatem szalonych idei powstających w bardzo mądrych głowach, chciwości i głupoty filozofujących informatyków, a może tego, że są nas miliardy zamiast milionów, że żyjemy w stalowo szklanych wieżach z dala od lasów i natury, wpatrując się w trzymane przed oczyma ekraniki, a może to kwestia chemizacji i spadku ilości testosteronu? Czy jesteśmy jak owady skazani na odtwarzanie ciągle podobnych cykli wzrostu i obumierania, nabywania mądrości i ogłupienia? Jest jeszcze Apokalipsa jako odpowiedź ostateczna. Na te pytania nie ma prostych odpowiedzi, jednak treść wszystkich trzech książek stanowi ważną próbę zrozumienia tego co dzieje się z galopującym w coraz bardziej szalony sposób światem. Książka Magdaleny Trojanowskiej zajmuje w tym szlachetnym przedsięwzięciu znaczące miejsce.
Olaf Swolkień
Myśl Polska, nr 33-34 (16-23.08.2026)



