FelietonyGdzie się podziała wielka Brazylia?

Redakcja1 godzinę temu
Wspomoz Fundacje

Chyba po każdym mundialu czas na jakąś refleksję, ale w gazecie takiej jak „Myśl Polska”, refleksja musi być oryginalna. Wystarczająco wiele napisano już o dość żenującym finale, o problemach z sędziowaniem, a meczem tego turnieju muszą być albo Argentyna-Egipt, albo starcie o trzecie miejsce.

Ja jestem za tym pierwszym, bo ten drugi odbył się już nie na pełnej… A jednak, te mistrzostwa zapamiętam z czegoś innego. Wychowałem się w latach 1990-tych, kiedy potęga Brazylii była czymś tak oczywistym jak śmierć i podatki. Po prostu nie mógł odbyć się turniej z udziałem Canarinhos, w którym nie byliby oni faworytami. Do pewnego stopnia to nawet irytowało. Ale nie było jakimś tam czasowym odchyłem od normy, tylko właśnie normą. Bo Brazylia to nie tylko triumfator z 1994, 2002 i finalista z 1998 roku, ale też za tym stała potężna historia z lat 1950-tych i 1960-tych. Wielki Pele, Garrincha i spółka. Znać ich mogłem tylko z czytanek i starych nagrań, ale wystarczyło by mieć przekonanie o ich geniuszu. Nasz słynny mecz o 3. miejsce w 1974 wygraliśmy właśnie z broniącą tytułu reprezentacją Canarinhos. Wprawdzie byli wtedy w trakcie „zmiany pokoleniowej”, ale to chwały naszym nie odbierało i nie odbiera. Już 4 lata później to oni byli na pudle.

A jednak to podczas tego mundialu minęło już 24 lata, odkąd Brazylijczycy ostatni raz zdobyli medal na mistrzostwach świata. W 2002 roku byli bezkonkurencyjni, siadł ten turniej Ronaldo, a w finale Oliver Kahn wypluł przed siebie piłkę, której nigdy nie wypluwał. W 2006 roku te ekipa miała Kakę czy Adriano, ale odpadła z późniejszym wicemistrzem, Francją. Cóż, zdarza się, ćwierćfinał to przecież nie jakaś tragedia. Cztery lata później? Robinho poprowadził drużynę dokładnie w to samo miejsce i też przegrali z późniejszym srebrnym medalistą. W końcu przyszedł rok 2014 i futbol wrócił tam, gdzie jego miejsce czyli właśnie mundial w Brazylii. Od początku coś nie grało. Od startu z Chorwacją, który wygrany był nie do końca na boisku. Remis z Meksykiem dołożył niesmaku, a wygrana ze słabym wówczas Kamerunem niewiele zmieniała. Pudrować rzeczywistość jednak nadal się udawało. Wygrana w 1/8 z Chile w karnych i chyba jedyny dobry mecz to ćwierćfinał z wcale niesłabą wtedy Kolumbią. No a potem… Słynne 1-7 z Niemcami. Czy to był koniec wielkiej Brazylii?

Z czego zapamiętaliśmy Canarinhos z mundialu w Rosji? Na pewno nie z jakiejś wielkiej gry. Do historii przeszło koziołkowanie Neymara. Miał ten chłopak swoje wielkie chwile, ale jednak nie stał się „trzecim” do duetu Messi-Ronaldo. Znowu ćwierćfinał, tym razem porażka z Belgią. Owszem, silną, to złote pokolenie Belgów miało chyba wtedy swój szczyt, no ale to jest jednak Brazylia! No i wreszcie Katar. Tam niezły popis dawał Richarlison, ale po raz kolejny starczyło na ?. Sporo tego. To stało się nową normą. Brazylia z hegemona stała się „silnym zespołem z aspiracjami”. Regres. Mundial w Ameryce Północnej dopełnił kryzysu. Casemiro i Vinicius Junior zakończyli na 1/8 finału. Z rewelacyjną Norwegią, ale Brazylii przecież nic nie usprawiedliwia.

Po tej przydługiej historii porażek piłkarzy z kraju kawy, owszem, spróbuję odpowiedzieć na pytanie „dlaczego?”, ale to tylko próba. No bo 24 lata to trochę za dużo, by mówić o „słabszym pokoleniu”. Nie, na mundialu w USA / Kanadzie / Meksyku nie było już nikogo, kto grał w Niemczech. Minęło kolejne pokolenie. Nie przyjmuję też do wiadomości argumentu o braku wybitności. No przepraszam, ale to jest kraj, w którym piłka nożna jest dla wielu dzieciaków być może jedyną szansą na wyrwanie się z faweli. Motywacja jest ogromna, rywalizacja jeszcze większa. Co roku talentów z Brazylii ląduje w Europie niemało. Poza tym, to jest ponad 200-milionowy kraj. Owszem, ten próg urodzeń również jest poniżej zastępowalności, ale wyż z lat 1980-tych i 1990-tych nadal generuje przyrost o kilkaset tysięcy ludzi rocznie. Więc nie, to nie to.

Może więc jednak zawodzi model „wypatrywania chłopaków w fawelach”? Może potrzeba bardziej sprofesjonalizowanego szkolenia jak w Europie? Taką drogę przeszły Niemcy i Belgia, a wcześniej długo przodowała w tym Holandia. Z drugiej strony: z tej trójki mistrzostwo zdobyli tylko Niemcy. Francja doskonale zarządza masową imigracją, wyłuskując co lepszych piłkarzy z powstałej mieszanki genetycznej. Były problemy z jednością za czasów Domenecha, gdy Evra wycierał się koszulką reprezentacji, ale gdy zadbano o ten aspekt, to trzy turnieje z rzędu Les Blues są w finałowej czwórce. Hiszpania ma La Masię i La Fabricę. Z tej ostatniej teraz był tylko jeden zawodnik, ale do tego są znakomite szkoły w Kraju Basków czy niewielkim Villareal. Może tędy droga? Niech myślą w Brazylii, bo naprawdę idzie się stęsknić.

Tomasz Jankowski

Myśl Polska, nr 31-32 (2-9.08.2026)

Redakcja