Przeczytałem cały wywiad z Kyryło Budanowem dla RBC-Ukraina, który od dzisiejszego poranka drenuje emocjonalnie polską opinię publiczną. To oczywista prowokacja.
Po kilkunastu godzinach masowych wzmożeń, westchnień i demonstracyjnej wściekłości połączonej z bezradnością w końcu zapada cisza. Klawiaturowi wojownicy, patriotyczna awangarda sieci antyspołecznościowych, cyfrowi watażkowie i liderzy ogólnonarodowego oburzenia w końcu popadli w zmęczenie. Jakkolwiek ich i nas wszystkich gniew na ukraińską nazinostalgię i antypolskie prowokacje jest ze wszech miar słuszny, to jednak emocyjkowate ekscesy nic-a-nic nam nie pomagają. Nawet nie jest to jakiś upust ciśnienia, wręcz przeciwnie – gromadzimy tylko toksyczny potencjał depresyjny, bo powszechnej wściekłości nie towarzyszy nawet krzta politycznej refleksji. Jest tylko wielka złość. Na tym – przepraszam za banał – się nie da niczego budować. A niczego dziś tak bardzo nie potrzebujemy jak spokoju, rozwagi i pomysłu na konkretne (zarówno doraźne, jak i dalekosiężne) działania, które poprze znakomita większość opinii publicznej.
Ujadanie na Budanowa, który jest oczywistym mrocznym psychopatą, nawet takie bardzo harmonijne i głośne, nie jest dowodem naszej jedności ani tym bardziej siły. Jest atawizmem. Miną 72 godziny i nikt już niemal nie będzie pamiętał, co właściwie ten człowiek powiedział, pozostanie tylko prosta impresja: obraził Polaków. To prawda, ale czas już najwyższy zrozumieć, że polskich szlochów i zrzymania się nikt nie słucha, jakkolwiek by nie były one intensywne. Na świecie, także na Ukrainie, będą słuchali tylko żądań politycznych i to jedynie takich, które mamy szansę faktycznie wyegzekwować. Mało tego, nawet jeśli mamy do tego narzędzia, to jeszcze musimy mieć odwagę i chęć je wykorzystać. W przypadku Ukrainy niestety polska klasa polityczna dowodzi kompletnej indolencji. Potrafi tylko pokrzykiwać. Budanow to wie, dlatego obraża Polaków chętnie, bezczelnie i boleśnie.
Wywiad jest dość wyczerpujący, tylko część jest poświęcona problematyce zaostrzających się relacji na linii Warszawa-Kijów. Jest tam sporo kwestii nie tyle politycznych, co lifestylowych. Budanow opowiada o „stylu” pracy Jermaka, którego nie chce kontynuować, o różnych niuansach przejmowania stanowiska cywilnego urzędnika po tym, jak karierę zrobił w wywiadzie wojskowym itp. Natomiast jeśli chodzi o sprawy międzynarodowe, to sam sposób relacjonowania wielu zagadnień i wpisywania ich w ukraińską narrację jest nawet interesujący – tym bardziej że wszystko podane jest bardzo bezpośrednio, miejscami, rzekłbym, nawet nieostrożnie.
Kwestia konfliktu z Polską zajmuje raptem około jednej piątej całego wywiadu. Budanow nie pozostawia żadnych wątpliwości. W jego mniemaniu (z czym trudno się nie zgodzić) najtrudniejszy moment w relacjach polsko-ukraińskich jest dopiero przed nami: „Szczyt eskalacji konfliktu z Polską z pewnością jest jeszcze przed nami. To żadna tajemnica. Do kolejnej rocznicy Tragedii Wołyńskiej pozostał niespełna tydzień. Z informacji, którymi dysponuję, wynika, że przygotowywana jest cała seria – powiem to po raz kolejny – niedojrzałych, eskalacyjnych działań. Dlatego właśnie cały ten problem będzie się tylko pogłębiał” – stwierdza Budanow.
Budanow nie wspomina w ogóle choćby o polskich postulatach dotyczących ekshumacji. Nie odnosi się do polskiej pamięci historycznej czy nawet samego kultu OUN-UPA, którego jest jednym z najważniejszych, najwyżej postawionych animatorów. Cały spór sprowadza do „niedojrzałych” działań polskich polityków. Świadomie rozwija prowokację, wyjaśniając, dlaczego konsekwentnie używa określenia „niedojrzałość”:
„Celowo używam określenia »niedojrzałość«, tak to [zachowanie strony polskiej – przyp. red.] oceniam. Ukraina nie przyjmie żadnego ultimatum od nikogo na świecie. Ostatnim państwem, które próbowało nam stawiać ultimatum, była Federacja Rosyjska. Bez urazy, ale Rosja jest jednak nieco potężniejsza od Polski. A mimo to jej ultimatum również odrzuciliśmy. Kosztowało nas to wiele, przelaliśmy mnóstwo krwi, ale i tak go nie przyjęliśmy. Dlaczego więc ktoś uważa, że przyjmiemy czyjekolwiek inne ultimatum?” – pyta.
To chyba najmocniejszy fragment całego wywiadu. W praktyce Budanow stawia polskie stanowisko w sprawie ludobójstwa sprzed 85 lat na tej samej szali co rosyjskie żądania z 2022 roku. Jest to oczywisty, zakłamany absurd, który wytwarza syntetyczny asumpt do propagandowego przekazu dla ludzi naprawdę ubogich umysłowo: skoro nie ugięliśmy się przed Moskwą, to tym bardziej nie ulegniemy Warszawie. To oczywiście nie koniec bezczelnego wyzłośliwiania się. Budanow odnosi się do ewentualnej reakcji Ukrainy na przewidywane przez niego „niedojrzałe” i „eskalacyjne” działania Warszawy:
„Skoro stwierdzamy, że ktoś podejmuje niedojrzałe kroki, to po co mamy odpowiadać z wyprzedzeniem? Moglibyśmy wówczas sami popełnić błąd. Niech najpierw oni wykonają swój ruch. Przyjrzymy mu się i wtedy odpowiemy. Nikt nie zamierza przyglądać się temu z założonymi rękami. Szczyt eskalacji zawsze prowadzi albo do katastrofy, albo do deeskalacji. Mam nadzieję, że tym razem zakończy się deeskalacją.”
To również ewidentnie fałszywa konstrukcja. Z jednej strony Budanow deklaruje, że Ukraina nie zamierza eskalować jako pierwsza. Z drugiej otwarcie zapowiada, że jeżeli Polska uczci pamięć pomordowanych Krwawej Niedzieli (11 lipca 1943 r.), które Kijów uzna za „niedojrzałe”, to odpowiedź owszem nastąpi i to taka prowadząca „albo do katastrofy, albo do deeskalacji”.
To jest oczywiście starannie przemyślany przekaz. Nie ma tu ani słowa o odpowiedzialności za ludobójstwo na Wołyniu, o neo-banderowskim obłędzie tożsamościowym czy problemie ekshumacji. Jest natomiast konsekwentna próba przedstawienia polskich działań jako nieuzasadnionej presji politycznej, wobec której Ukraina ma moralny i polityczyny obowiązek zachować pełną nieustępliwość. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że cały ten fragment wywiadu jest świadomą prowokacją wymierzoną w Polskę. Tak samo jak była nią decyzja Wołodymyra Zełenskiego z końca maja o nadaniu Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” honorowej nazwy „Bohaterów UPA”. Nie był to przypadek ani nieporozumienie, lecz element świadomie prowadzonej polityki historycznej i informacyjnej/propagandowej.
Dla polskiej opinii publicznej powinna to być jednak kolejna lekcja. Na prowokacje nigdy nie wolno reagować dokładnie tak, jak życzy sobie tego prowokator. Budanow doskonale wiedział, że jego słowa wywołają w Polsce gigantyczną emocjonalną burzę. Wiedział, że przez kilkanaście godzin polskie media społecznościowe będą bulgotały niczym czajniki, a następnie najbardziej efektowne reakcje będzie można bez trudu pokazać w ukraińskich kanałach na Telegramie i w mediach społecznościowych jako kolejny „dowód” rzekomej polskiej histerii („niedojrzałość”) i wrogości wobec Ukrainy.
W ten sposób dostarcza się paliwa trwającej od wielu tygodni szaleńczej polonofobicznej kampanii na Ukrainie, czy też – bardziej precyzyjnie biorąc – wśród Ukraińców, bo dotyczy to także tych, którzy zdołali uciec przed wojną i mobilizacją. Taki przekaz trafia również do wielomilionowej diaspory ukraińskiej przebywającej w Polsce, utrwalając przekonanie, że Polacy są narodem wrogim, owładniętym nienawiścią i kierującym się uprzedzeniami. A potem Budanow z kolegami po prostu poczekają na pierwszy poważniejszy incydent, który będzie można wykorzystać propagandowo jako potwierdzenie już zbudowanej narracji – że Polska jest państwem zdemoralizowanym, antyukraińskim i, oczywiście, działającym w interesie Putina. To jest gotowy przepis na poważną destabilizację.
Bojan Stanisławski



