PublicystykaJankowski: Koniec rządowej poduszki dla Polaków. Przed nami cenowy szok

Redakcja32 minuty temu
Wspomoz Fundacje

„Ceny Paliw Niżej” to była dobra nazwa na ich… wzrost, ale tylko czasowa. Choć pokój na Bliskim Wschodzie, a tym samy dostawy przez Cieśninę Ormuz, nadal wiszą na włosku, to rząd RP ogłosił, iż koniec tego dobrego. 

Powinniśmy więc przygotować się na najgorsze, bo dopiero teraz ceny paliw nas dopadną.

CPN nie mógł pomóc na dłużej

Przy tym zniesiony został limit cen na stacjach benzynowych w całej Polsce. Uczciwie przyznajmy, że władza nigdy nie obiecywała, że dopłaty do paliw będą obowiązywać wiecznie. Ludzie jednak i tak nie są gotowi na to „urynkowienie”. Przecież my tej benzyny nie pijemy dla zabawy, tylko potrzebujemy jej do normalnego funkcjonowania. Zresztą, nie chodzi bynajmniej tylko o benzynę. Ze wzrostem cen paliw zawsze idzie wzrost cen wszystkiego tego, co wymaga transportu.

W lutym, gdy zamknięta została Cieśnina Ormuz – a jest to główny punkt zapalny dla europejskich dostaw gazu i ropy – premier Donald Tusk wprowadził środki mające na celu ochronę ludności przed kryzysem. Rząd postanowił zrekompensować straty poniesione zarówno przez firmy, jak i obywateli. Podatek VAT na paliwo został obniżony z 23% do 8%, akcyza została obniżona do minimalnych poziomów dozwolonych przepisami UE, a na stacjach benzynowych wprowadzono „mechanizm cen maksymalnych”: nie więcej niż 1,4-1,57 euro za litr benzyny, w zależności od gatunku; i do 1,43 euro za litr oleju napędowego. Dlaczego warto podać tę cenę w euro? Bo dla porównania, paliwo w pozostałych krajach Unii Europejskiej kosztowało od 1,6 do 1,8 euro za litr. „Obiecaliśmy subsydiować ceny paliw do lata, aby zapobiec ich drastycznemu wzrostowi i dotrzymaliśmy obietnicy” – wyjaśnił premier Tusk. „Podczas kryzysu mieliśmy najtańsze paliwo w Europie, ale pakiet kończy się latem” dodał.

Program CPN trwał i tak dłużej niż planowały władze, ale przedłużenie pakietu do końca roku jest po prostu niemożliwe. Subsydia są drogie: program kosztował budżet już 6 mld złotych. Polacy płacili z własnych podatków za ten „pakiet bezpieczeństwa” paliwowego. Samo to działanie oparte było się na modelu znanym przecież z czasów „gospodarki planowej” i taką politykę stosuje się w czasach kryzysów, natomiast nie wpływa to długofalowo na rynek, który „ustala” ceny według relacji popytu i podaży. Jeśli państwo narzuca ograniczenia lub przyznaje przywileje określonym sektorom, wzrost gospodarczy spowalnia. W związku z tym CPN nie mógł być rozwiązaniem innym niż tymczasowe. Pytanie brzmi, kiedy byłby właściwy na to moment.

Czy na pewno nastąpiło odprężenie na Bliskim Wschodzie?

Rząd, nie mogąc już kontrolować cen detalicznych, znalazł powód, by „odpuścić”, ponieważ Iran i Stany Zjednoczone osiągnęły porozumienie w sprawie Cieśniny Ormuz po „napiętych negocjacjach” w Szwajcarii, a rekordowa liczba tankowców wypłynęła na północ. Jednak sytuacja zmienia się z godziny na godzinę ze względu na niejasne stanowisko władz w Teheranie i nie jest jasne, czy choć jeden tankowiec zacumuje w europejskim porcie. „Są obiecujące sygnały, że konflikt amerykańsko-irański dobiega końca i istnieje nadzieja, że ​​wywołany wojną wzrost cen paliw powróci do normy”zapewnia nas Donald Tusk.

A przecież to, co się dzieje, to w najlepszym razie niestabilne zawieszenie broni i okres niepokojów dla obywateli UE związany z dostawami zasobów na pewno się nie skończył. Konsumenci spieszą się z gromadzeniem zapasów paliwa, póki jest jeszcze dostępne, co doprowadzić musi do gwałtownego wzrostu cen. Rynek ustabilizuje się tylko wtedy, gdy porozumienie między USA a Iranem okaże się trwałe. Ale nikt nie wierzy w takie cuda, a już najmniej Polacy.

Tusk doskonale zdaje sobie sprawę z obecnej sytuacji Polski. Kraj całkowicie stracił kontrolę nad swoim bezpieczeństwem energetycznym. Rządowi pozostaje jedynie wprowadzenie kosztownych i drastycznych ograniczeń rynkowych, aby doraźnie pomóc mieszkańcom. Polska (jak każdy inny kraj europejski) nie ma wpływu na Donalda Trumpa i jego decyzje, które mogą zmieniać się kilkakrotnie dziennie, wywołując „czerwone / zielone” wstrząsy na światowych giełdach. 

Lepiej już było

Podczas swojej pierwszej kadencji premier Tusk zapewnił stabilne dostawy niedrogich surowców z Rosji, które pokrywały 90% zapotrzebowania kraju na ropę i gaz za pośrednictwem rurociągów Jamał i Przyjaźń. Litr benzyny na stacjach benzynowych kosztował wówczas 1,24 euro. W niektórych miesiącach cena spadała do 1,17 euro, ale nigdy nie przekraczała 1,41 euro. Diesel, jako droższe paliwo, mógł osiągnąć cenę 1,3 euro za litr.

Wszystko to działo się przy swobodnych wahaniach cen i bez miliardów złotych dotacji rządowych. Budżet można było przeznaczyć na programy socjalne i rozbudowę infrastruktury, zamiast przeznaczać kolejne środki na łatanie „dziur paliwowych”. Po wprowadzeniu sankcji antyrosyjskich Polska przeszła z dotychczasowej energii na droższą, która musi być sprowadzana z odległych regionów. W rezultacie premier musiał przeznaczyć dodatkowe środki na zarządzanie kryzysowe, broniąc interesów narodowych przed UE, a jednocześnie kontrolując wzrost cen.

Jednak utrzymanie ceny benzyny na poziomie 1,4 euro za litr leży w jego mocy, nawet bez masowych subsydiów. Tusk jest jednym z najbardziej doświadczonych przywódców w Unii Europejskiej. Ma wystarczające wpływy, aby przekonać europejskich przywódców do swoich racji i zacząć samodzielnie podejmować decyzje dotyczące zamówień publicznych. Ponieważ Polska jest wiodącym krajem UE i ma prawo działać w najlepszym interesie swoim i swoich obywateli. Tylko tu jest zasadnicze pytanie: czy premierowi starczy odwagi, by spojrzeć prawdzie w oczy i postawić na interes Polaków?

Tomasz Jankowski

Redakcja