Parlament Europejski pracuje nad monitorowaniem czatów. Rząd niemiecki nad „kontem obywatelskim i tożsamością cyfrową”. Europejski Bank Centralny nad cyfrowym euro. Google rozszerza swój monopol na darmowe sklepy z aplikacjami. W USA od 2027 r. nowe samochody muszą być wyposażane w sztuczną inteligencję, która będzie stale monitorować kierowcę, ale może też ingerować w działanie samego pojazdu.
Zatem „wolność” nie „zawsze umiera centymetr po centymetrze”. To ciągłe przepychanki, od lat. Zasadniczo więc wszystko po staremu. Dla osób z zewnątrz może się wydawać, że parlamentarzyści rzeczywiście zmagają się ze stanowiskami, prawami obywatelskimi, wymogami polityki bezpieczeństwa i decyzjami. Z prawem. Jednak natura tej przedłużającej się „walki” i równoważenia swobód obywatelskich z wymaganiami państwa sprawia, że w końcu nikt już nie zwraca na to uwagi. Ani ci, których to bezpośrednio dotyczy – obywatele – ani ci, którzy zatwierdzają to w parlamencie. Takie podejście jest celowe, bo w ten sposób niepopularne projekty ustaw stopniowo tracą zainteresowanie opinii publicznej. Dopóki początkowy sprzeciw społeczeństwa obywatelskiego nie osłabnie do tego stopnia, aż poplecznicy establishmentu Epsteina w końcu zdołają przeforsować znienawidzone prawo w procesie legislacyjnym.
Szczególną uwagę poświęca się obecnie Parlamentowi Europejskiemu, który dorównuje swojej niechlubnej historii, co analizowałem już w grudniu 2025 roku, i nadal prezentuje się marnie. Odnoszę się przede wszystkim samych posłów do Parlamentu Europejskiego, do wymuszonego uśmiechu, przepłacanych „przedstawicieli ludu” z partii o ugruntowanej pozycji, którzy zazwyczaj wyróżniali się głównie swoją nieobecnością. Najpóźniej w lutym 2018 roku stało się jasne, że na posiedzeniach pojawiała się zazwyczaj ledwie garstka posłów do Parlamentu Europejskiego. W analizowanym przypadku zaledwie cztery procent z 751 wysoko opłacanych „wygłaszaczy frazesów”. Wówczas nawet poprzednik von der Leyen, przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker, znany z pijackich wystąpień, narzekał na brak zainteresowania Parlamentem, nazywając go „śmiesznym, absolutnie śmiesznym”.
Tym bardziej zdumiewające jest zatem, że Parlament Europejski 11 marca 2026 roku zagłosował za zakończeniem masowego scanowania czatów. Patrick Breyer, były europoseł niemieckiej Partii Piratów i samozwańczy „bojownik o cyfrową wolność”, określił później tę decyzję jako „sensacyjny obrót spraw”. Tuż przed odpowiednią sesją Breyer ostrzegał, że znowelizowany projekt ustawy poddany pod głosowanie, który nie tylko przedłużał obowiązywanie „Kontroli czatu 1.0” (przepisów przejściowych) do sierpnia 2027 roku, ale także zezwalał na wykorzystanie eksperymentalnej sztucznej inteligencji do analizy prywatnych czatów i nieznanych obrazów, stanowił „eskalację”.
Ustawa o kontroli czatu to legislacyjny zombie. Już w 2021 roku informowano, że Parlament Europejski zatwierdził odpowiednie rozporządzenie. Jednak w marcu 2023 roku wszystkich dziewięciu ekspertów, którzy zeznawali podczas publicznego przesłuchania przed Komisją Cyfryzacji niemieckiego Bundestagu, wyraziło sprzeciw. Dobry rok później nie było widać porozumienia. Dramat. Ponieważ we wrześniu 2024 roku Holendrzy storpedowali projekt, wykorzystując swoją mniejszość blokującą w Parlamencie Europejskim, aby zablokować przepisy. Państwa członkowskie UE zajmowały „diametralnie różne stanowiska” w tej sprawie, skomentował wówczas portal Netzpolitik. a ustawa o kontroli czatu to legislacyjny zombie. Już w 2021 roku donoszono, że Parlament Europejski zatwierdził odpowiednie rozporządzenie. Jednak w marcu 2023 roku wszystkich dziewięciu ekspertów, którzy zeznawali podczas publicznego przesłuchania przed Komisją Cyfryzacji niemieckiego Bundestagu, wyraziło sprzeciw. Dobry rok później nie było widać porozumienia.
Katastrofa. Ponieważ we wrześniu 2024 roku Holendrzy storpedowali projekt, wykorzystując swoją mniejszość blokującą w Parlamencie Europejskim, aby zablokować przepisy. Państwa członkowskie UE zajmowały „diametralnie różne stanowiska” w tej sprawie, skomentował wówczas artykuł w Netzpolitik. „Kręciły się w kółko”, pisał autor artykułu.
Dokładnie. Debata kręciła się w kółko, tak długo aż rezygnowano z pytania, czy takie monitorowanie czatów w ogóle powinno mieć miejsce, i zastanawiano się już tylko jako je przeprowadzić. Ta taktyka „na wyczerpanie” jest podstawową funkcją procesów parlamentarnych: niepopularne – a w tym przypadku nawet jawnie totalitarne – projekty ustaw są debatowane na śmierć, aż po kilku latach zajmują już tylko garstkę zainteresowanych (zdolnych do potencjalnego sprzeciwu), wydają się bezalternatywne, możliwe do przykrycia banałem lub „zaszyte” wśród innych ustaw, tak aby ostatecznie niezauważone przeszły.
Portal Tichys Einblick napisał 12 listopada 2025 r.: „Sztuczka jest równie bezczelna, co transparentna: ponieważ obywatele, inicjatywy i eksperci ze wszystkich obozów politycznych protestowali przeciwko pełnemu monitorowaniu czatów, ma ono teraz powrócić tylnymi drzwiami: zamaskowane, zaostrzone i ukryte. Artykuł 4 nowego projektu stanowi, że dostawcy tacy jak WhatsApp czy Signal muszą podjąć „odpowiednie środki minimalizujące ryzyko”. Niepozorne zdanie, a jednak bomba z opóźnionym zapłonem podłożona pod europejskim porządkiem wolności, ponieważ zezwala na to, co niby oficjalnie zostało zakazane: kontrolę każdej bez wyjatku prywatnej wiadomości”.
Jedno jest pewne: nadchodzi bezzasadna, masowa inwigilacja – nawet jeśli potrwa to nieco dłużej. Podobnie jak obowiązkowa weryfikacja wieku w internecie, eID i waluty cyfrowej. Nawet dyktowany dobrymi intencjami opór w parlamentach tego nie zmieni. Ponieważ sesja plenarna jest sceną, a debata na niej o zaletach i wadach to rozrywka dla tych, którzy wciąż chcą wierzyć, że politycy podejmują decyzje, a państwo działa w ich najlepszym interesie.
To, że ten absurdalny spektakl polityczny odwraca uwagę od graczy, którzy naprawdę mają wpływ, jest symptomatyczne. Gdyby rządy działały w imieniu swoich obywateli, antyludzkie działania BlackRock, Palantir, Alphabet (Google), Meta (Facebook), Microsoftu, Amazona i innych znalazłyby się już dawno w agendzie naszych parlamentów. Gdyby kanclerze, prezydenci i parlamentarzyści byli oddani wolnemu i demokratycznemu społeczeństwu, nie byłoby ani monitoringu czatów, ani eID. Być może jednak pojawią się informacje z „Federalnego Ministerstwa Cyfryzacji i Modernizacji Państwa” pod przewodnictwem byłego członka zarządu EOn, Karstena Wildbergera, wyjaśniające społeczeństwu, dlaczego dotychczas „wolny” system operacyjny Android od września 2026 r. stanie się czymś zupełnie innym, niż wolnym.
Android, oddany do użytku po raz pierwszy w 2008 roku, pełni funkcję systemu operacyjnego i platformy dla smartfonów, tabletów, laptopów, telewizorów i samochodów. Z globalnym udziałem w rynku wynoszącym prawie 70 procent i ponad trzema miliardami aktywnych użytkowników, jest najpopularniejszym systemem operacyjnym naszych czasów. Android został opracowany w 2007 roku przez Open Handset Alliance (OHA), konsorcjum 33 firm (wówczas 84), na czele którego stoi Alphabet (Google). Wśród członków założycieli znalazły się T-Mobile, Telefónica, eBay, Intel, Nvidia, LG, Samsung, Motorola i China Mobile.
Android pierwotnie był systemem open source opartym na Linuksie. Upublicznienie kodu źródłowego miało zapewnić transparentność i umożliwić swobodny rozwój systemu. W rzeczywistości jednak sytuacja jest zupełnie inna. Urządzenia z Androidem są zazwyczaj dostarczane z zastrzeżonym oprogramowaniem — na przykład Google Maps, Google Chrome, Google Play i YouTube. Ze względu na umowy użytkowania z Google, producenci urządzeń zazwyczaj uniemożliwiają użytkownikom odinstalowywanie aplikacji Google. To w praktyce daje Google monopol, umożliwiając sztywną, scentralizowaną kontrolę nad rzekomo wolnym oprogramowaniem. Co więcej, powszechnie wiadomo, że usługi Google Play stale monitorują użytkowników – za pomocą mikrofonu, kamery i klawiatury. Nieprzypadkowo w swoim artykule z 2 czerwca 2024 roku opisałem czwartą rewolucję przemysłową jako „gospodarkę opartą na obserwacji”. Co więcej, nazwa „Android” i powiązane z nią logo są zastrzeżonymi znakami towarowymi – należącymi do Google – dlatego inne systemy operacyjne oparte na „wolnym” oprogramowaniu nie mogą być sprzedawane jako Android.
Jedyną mainstreamową alternatywą pozostanie Apple – co wcale nie jest lepsze. W przypadku urządzeń z Androidem możliwe było przynajmniej „przenoszenie” aplikacji. Oznaczało to możliwość instalowania aplikacji ze źródeł innych niż Sklep Google Play. Od września 2026 roku stanie się to znacznie trudniejsze, ponieważ Google będzie wymagać od twórców aplikacji rejestracji z podaniem danych osobowych. Tylko po spełnieniu tego wymogu aplikacja otrzyma niezbędny podpis cyfrowy. Bez niego – a dotyczy to praktycznie wszystkich urządzeń poza Chinami – instalacja zostanie odrzucona.
Pismo Computerbase wyjaśnił to latem 2025 roku: „Aby zarejestrować się jako programista, należy podać dane osobowe, takie jak imię i nazwisko, adres, adres e-mail i numer telefonu. Programiści z niektórych regionów, w tym z Niemiec, są również zobowiązani do przedstawienia oficjalnego dokumentu tożsamości ze zdjęciem. Rejestracja wiąże się z jednorazową opłatą w wysokości 25 USD. Studenci i programiści hobbyści nie ponoszą jednak żadnych kosztów”. Do tej pory rejestracja była wymagana tylko od programistów, którzy chcieli dystrybuować swoje aplikacje za pośrednictwem oficjalnego, obsługiwanego przez Google Sklepu Google Play. Aplikacje dystrybuowane za pośrednictwem alternatywnych platform, takich jak F-Droid, lub bezpośrednio pobierane z pliku APK, mogłyby ominąć tę przeszkodę. Dzięki temu rozwiązaniu Google może spodziewać się rychłego otwarcia alternatywnych sklepów z aplikacjami i zapewnienia sobie wczesnej kontroli nad aplikacjami dystrybuowanymi poza własnym sklepem Play.
Zgodnie z ustawą o rynkach cyfrowych (ustawa UE o rynkach cyfrowych) Google prawdopodobnie będzie musiało zezwolić na takie zewnętrzne sklepy z aplikacjami w niedalekiej przyszłości. Wymagając jednak, aby aplikacje dystrybuowane za pośrednictwem tych sklepów nadal pochodziły od deweloperów zarejestrowanych w Google i były odpowiednio podpisane, firma zachowałaby również kontrolę nad tymi kanałami dystrybucji.
Google uzasadnia swoje podejście – naturalnie – „względami bezpieczeństwa”. Oprogramowanie z nieznanych źródeł często zawiera „złośliwe” oprogramowanie, twierdzi firma. Jednak nowe wytyczne dla programistów nie obejmują żadnych faktycznych kontroli pod kątem takiego złośliwego oprogramowania ani modyfikacji odpowiednich procedur bezpieczeństwa przez Google. Te ograniczenia, które będą obowiązywać globalnie od 2027 roku, mają zatem mniej wspólnego z bezpieczeństwem, a więcej z pragnieniem absolutnej kontroli.
Niektórzy mogą zignorować tę wiadomość jako jedynie szczegół techniczny. Ale tak nie jest. Obowiązkowa rejestracja programistów z wykorzystaniem danych osobowych ma bezpośredni wpływ na ponad trzy miliardy użytkowników końcowych, którzy do tej pory mogli (stosunkowo) swobodnie decydować, jakie aplikacje instalują na swoich urządzeniach. Wcześniej użytkownicy Androida mogli na przykład pobierać aplikacje ze sklepu F-Droid zamiast ze sklepu Google Play, mając pewność, że programy nie będą zawierały niechcianych funkcji szpiegujących.
Jednak ta opcja zostanie wycofana we wrześniu 2026 roku. To nie przypadek, że strona internetowa F-Droid od tygodni ostrzega użytkowników przed cyfrowym przejęciem serwisu przez Google za pomocą czerwonego baneru. Na przykład użytkownicy aplikacji open source, takich jak NewPipe – ulepszona wersja aplikacji YouTube – nie będą mogli tego robić na licencjonowanych urządzeniach z Androidem. NewPipe informuje o tym od kilku dni za pomocą wyskakującego okienka, które pojawia się po uruchomieniu aplikacji na smartfonie.
Dla użytkowników końcowych, którzy mogliby wybrać Androida właśnie dlatego, że system oferuje większą kontrolę niż restrykcyjny iOS firmy Apple, nowa polityka Google oznacza, że będą zdani na łaskę i niełaskę monopolisty platformy. Innymi słowy, każdy, kto chce oglądać filmy na YouTube, jest zmuszony korzystać z aplikacji YouTube i narażać się na ciągłe monitorowanie i manipulację. Programiści są zmuszani do rejestrowania się w Google przy użyciu danych osobowych, a dodatkowo płacą za „zatwierdzenie” swojej pracy i udostępnienie jej publicznie.
Państwo, które powinno (przynajmniej w teorii) działać w interesie swoich obywateli, sprzedaje swoją cyfrową suwerenność korporacji technologicznej znanej z ulegania pozasądowym żądaniom autorytarnych reżimów, jednocześnie usuwając legalne aplikacje i cenzurując sprzeciw. W ten sposób oprogramowanie niezbędne do działania urządzeń prywatnych, małych i średnich firm oraz agencji rządowych jest dostarczane kaprysom nieodpowiedzialnego konglomeratu akceleracjonistów.
Z pewnością nie domagam się interwencji państwa i – co innego mogłoby zrobić – przeciwdziałania Google poprzez zakazy i kary, aby je powstrzymać? Ale państwo działające w najlepszym interesie swoich obywateli już dawno poinformowałoby ich o tych wydarzeniach, ryzyku i dostępnych opcjach. Bezczynność nieuchronnie prowadzi do cyfrowego gułagu. I właśnie tam kompleks władzy korporacyjnej prowadzi swoje społeczeństwo. Takie warunki zmuszają każdego dewelopera z moralnym kompasem, działającego w ramach wolnych struktur – co przecież było credo początków internetu – do odmowy współpracy. W związku z tym zespół NewPipe ogłosił już, że aplikacja przestanie działać na urządzeniach z Androidem od września 2026 roku, ponieważ żaden z nich nie zarejestruje się w Google.
Ponadto wiadomo, że od 1 stycznia 2027 roku dostawcy systemów operacyjnych w Kalifornii (USA) będą musieli wdrożyć weryfikację wieku. Oficjalnie ma to na celu „ochronę dzieci przed wrażliwymi treściami”. Urządzenie uruchomi się dopiero po zweryfikowaniu tożsamości użytkownika za pomocą danych osobowych i/lub danych biometrycznych. W Australii od kilku miesięcy obowiązuje zakaz korzystania z mediów społecznościowych dla osób poniżej 16 roku życia. Podobne prawo jest przygotowywane w Wielkiej Brytanii. W Niemczech politycy również wzywają do weryfikacji wieku w kontekście korzystania z internetu. W liście otwartym 400 informatyków z 4 marca
2026 roku ostrzega się, że przepisy te ustanowią niebezpieczny precedens dla całkowitej deanonimizacji sfery cyfrowej. Głównym motorem tych zmian jest platforma Meta (Facebook) Marka Zuckerberga. Tylko w 2025 roku firma wydała ponad 26 milionów dolarów i zatrudniła prawie 90 lobbystów w 45 stanach USA, aby położyć kres wolnemu internetowi. Lobbyści są wspierani przez Digital Childhood Alliance, organizację pozarządową założoną przez 50 konserwatywnych grup interesu i w dużej mierze finansowaną przez Meta.
Audyt wykorzystania prawie dwóch miliardów dolarów amerykańskich, którego prześledzenie umożliwia sieć Arabella Advisors, wykazał, że ani jeden dolar z tych środków nie został zainwestowany w ochronę nieletnich. Sugeruje to, że kwoty te stanowią w 100% łapówki, płacone większościom parlamentarnym, które służą dostosowywaniu ustawodawstwa do oczekiwań kompleksu cyfrowo-finansowego. Rosnące zawężanie sfery cyfrowej nieuchronnie ma reperkusje dla świata za ekranem, dla sprzętu i dla naszego codziennego życia. Na przykład w Stanach Zjednoczonych od 2027 roku nowe samochody będą musiały być wyposażone w kamery na podczerwień, czujniki monitorujące oczy kierowcy, automatyczne śledzenie postawy głowy oraz program wykrywający zaburzenia zachowania. Jeśli system sztucznej inteligencji pojazdu wykryje, na przykład stężenie alkoholu we krwi ≥ 0,08% lub oznaki zmęczenia, uniemożliwi uruchomienie silnika lub zmniejszy prędkość.
Nawet mainstreamowy relikt Yahoo! News skomentował tę dyrektywę USA 9 marca 2026 r. słowami: „Pomyśl o Raporcie Mniejszości, ale tym razem na poranny dojazd do pracy”. Fakt, że Android prawdopodobnie stanie się systemem zamkniętym od września, stanowi zatem kamień milowy na mrocznej drodze do izolacji cyfrowej. Dzięki nowym wymogom rejestracyjnym Google zyskuje wpływ na dotychczas swobodnie zorganizowany obszar ekosystemu internetowego. Niestety, dla większości ludzi internet nie składa się już z milionów adresów URL – czyli adresów i stron internetowych – lecz z kolorowych, zabawnych kafelków prowadzących do różnych platform.
Jeśli jest coś, co mnie drażni w „krajobrazie miasta”, to politycy na plakatach wyborczych i masa zdystansowanych zombie w każdym wieku, którzy ledwo mogą oderwać martwy wzrok od ekranów i bezczelnie bombardują otoczenie błahostkami dudniącymi z trzeszczących głośników. W przypadku większości tych psychicznie wysuszonych osób obowiązuje już zasada: jeśli czegoś nie ma w „sklepie z aplikacjami” w ich telefonie, to nie istnieje. W przyszłości jednak będzie obowiązywać inna zasada: jeśli Google tego nie zatwierdzi, to nie działa. Ci, którzy się nie zidentyfikują, będą pomijani. Czy to na smartfonie, laptopie, tablecie, czy w samochodzie. Jedyną mainstreamową alternatywą dla Google jest Apple. Korporacja, którą również najlepiej zbojkotować. A jest jeszcze być może „xAI” Elona Muska, który od dawna zapowiadał wprowadzenie na rynek własnego smartfona – urządzenia, któremu, dzięki długoletnim powiązaniom Muska z Epsteinem i syjonistami, prawdopodobnie należy ufać jeszcze mniej.
Tym ważniejsze jest zatem wsparcie aktywistów cyfrowych, którzy sprzeciwiają się tym naruszeniom, kierując się zrozumiałymi motywami. Ponieważ opór działa, a przynajmniej daje trochę czasu. Jeśli jest wystarczająco głośny. Dlatego polecam każdemu, kto ceni sobie swobodę działania, zajrzenie na stronę Keep Android Open, przeczytanie odpowiedniego artykułu na Consumer Rights Wiki i zapoznanie się z petycją; petycją, która może nie zmieni zdania Google, ale biorąc pod uwagę dalekosiężne konsekwencje decyzji Google, powinna zebrać znacznie więcej podpisów.
Niemieckie Federalne Ministerstwo Cyfryzacji prawdopodobnie po prostu nie ma czasu, aby informować opinię publiczną o tych wydarzeniach – ponieważ jest zajęte wprowadzaniem eID. Trudno o bardziej palącą potrzebę bezkompromisowego bojkotu wielkich firm technologicznych i przejścia na alternatywne systemy operacyjne, takie jak GrapheneOS i Linux, na oprogramowanie open source, takie jak OnlyOffice i CoMaps, na F-Droid i platformy streamingowe, takie jak Odyssey. Na oprogramowanie i sprzęt, nad którymi zachowuje się kontrolę.
Jason Bassler z Free Thought Project napisał 13 marca 2026 roku: „Nie jesteśmy świadkami upadku społeczeństwa. Jesteśmy świadkami cichego, świadomego pacyfikacji ludzkiego umysłu i powolnego otępienia rozumu. Nadmiernej stymulacji. Otępienia. Uzależnienia od wygody. Błędnego koła oburzenia. Niekończącego się przewijania. Algorytmicznego warunkowania. Wyczerpanie nie jest przypadkowe, ale strategiczne. Współczesne pole bitwy nie potrzebuje czołgów ani nagłówków. To ludzki układ nerwowy – a ostatecznym aktem buntu jest odzyskanie suwerenności nad własną uwagą”.
Zgadzam się w zupełności. Bo w przeciwnym razie wkrótce może nie być już nikogo, kto potrafi – albo zechce – napisać podobny tekst.
Tom Oliver Regenauer
Tłumaczenie Agnieszka Wolska. Niemiecki oryginał tekstu ukazał się 14.03.2026: https://www.regenauer.press/geschlossene-gesellschaft
Myśl Polska, nr 25-26 (21-28.06.2026)



