RecenzjePrawda o Zełenskim

Redakcja2 godziny temu
Wspomoz Fundacje

Inauguracja sprzedaży tej książki nie mogła trafić na lepszy moment. Skandal jaki wywołała decyzja Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednej z jednostek ukraińskich imienia „Bohaterów UPA” zbiegł się z promocją książki pod tytułem, „Kłopot z Zełenskim”.

Już sam tytuł jest intrygujący. Lektura zaś nie przynosi rozczarowania, wręcz przeciwnie. Bezkrytyczni wielbiciele ukraińskiego polityka będą skonfudowani, choć przecież sam autor na koniec nie kryje pewnej nutki podziwu dla bohatera swojej książki, uznając jego wręcz nadzwyczajne zdolności do przetrwania.

Zbigniew Parafianowicz zebrał mnóstwo anonimowych opinii na temat Zełenskiego, tak polskich, jak ukraińskich. Nie poznamy tu z nazwiska żadnego z autorów tych opinii, być może dlatego są tak odważne. Zacytujmy opinie ukraińskich współpracowników Zełenskiego.

Współpracowniczka prezydenta Wołodymyra Żeleńskiego: „Pracując dla Żeleńskiego, dziwiłam się, że zagraniczni dziennikarze wierzą mu na słowo i niczego nie sprawdzają. Panowało przekonanie, że ukraiński prezydent reprezentuje siły dobra i przecież nie może kłamać albo manipulować. To fascynujące doświadczenie, jak masa doświadczonych dziennikarzy z wielkich redakcji przyjmowała bezkrytycznie wszystko, co powiedział nasz prezydent. To wielki sukces Zełenskiego. Przekonanie świata do swoich racji i uniknięcie zadawania dodatkowych pytań. Rzadko się zdarza taki komfort. Nawet Obama nie miał tak lekko. Wszędzie, gdzie wchodziliśmy, Zełenski był witany jak Bóg. Momentami czułam się wręcz zażenowana. Czerwone dywany i kwiaty jak w Korei Północnej podczas wywiadów w państwach zachodnich. Dopiero gdy władzę w USA objęli Trump i Vance – ludzie w oczywisty sposób niechętni Zełenskiemu – zaczęły się problemy. Prezydent nie był przygotowany na takie traktowanie. Do tej pory wszyscy go uwielbiali, a teraz na niego ktoś krzyczał albo zadawał mu niewygodne pytania na konferencji prasowej. Do tej pory każde słowo Zełenskiego przyjmowano jak prawdę objawioną. Pociski firmy związanej z jego ludźmi – Fire Point – były najdoskonalszą bronią na świecie, mimo że brakowało potwierdzenia na ich skuteczność. Drony produkowane przez Ukrainę zawsze trafiały w cel i cały świat o nich marzył albo ustawiał się w kolejce, by je kupić. Który polityk miał taki komfort prowadzenia polityki informacyjnej? Za jakiś czas, gdy na prezydenturę Zełenskiego popatrzymy z większym dystansem, wielu dziennikarzy będzie się wstydziło swoich peanów na jego cześć”.

Polityk Sługi Narodu: „Propaganda i media służyły Żeleńskiemu też do dyscyplinowania krajowej polityki. Gdy Rada Najwyższa zaczęła kwestionować jego decyzje, zarzucał jej, że jest leniwa. Gdy Sługa Narodu (partia proprezydencka w Radzie Najwyższej – przyp. Z.P.) zaczął się dzielić, Zełenski groził deputowanym, że pośle ich w kamasze. Nie zawahał się nawet zagrozić wyborami, gdy parlament przestał spełniać jego wymagania. Tak, dobrze pan słyszy, wyborami, które dla niego samego przez wiele miesięcy były przecież nielegalne, bo trwa wojna. Jeśli trzeba było tupnąć, sięgnął nawet i po ten argument. Wielu polityków Sługi Narodu już od dawna wiedziało, z kim ma do czynienia”.

Współpracowniczka prezydenta Wołodymyra Zełenskiego: „Z łatwością przyklejamy etykietkę populisty Trumpowi albo skrajnym politykom na zachodzie Europy. Prawda jest jednak taka, że Zełenski jest liberalnym populistą. Fasadowe popiera demokrację liberalną i parlamentaryzm. W praktyce stosuje zamordyzm ukryty za fasadą wojownika o wolność Zachodu. Nie było tak bardzo uzależnionego parlamentu od Bankowej, jak wojenna Rada Najwyższa. Nie było takiej skali koncentracji władzy, jak za czasów Zełeńskiego. Żaden prezydent nie skonsolidował tak dużej władzy w jednym ręku. Stało się to za zasłoną jedności narodowej wokół wojny. Polityka zniknęła. Rywalizacja zniknęła. A Zełenski to wykorzystał do maksimum. Przejął państwo”.

Ale najciekawsze w tej książce jest dociekanie przez Autora jakie są  motywy polskiej polityki wobec Ukrainy. Twierdzi on, że polscy politycy mają świadomość kim jest Zełenski i jak propagandowy obraz Ukrainy odbiega od rzeczywistości. Ponoć z pogardą do Ukrainy odnosi się sam Donald Tusk. Skąd zatem taka polityka Polski? I tu oddajmy głos Parafianowiczowi:

„Skoro zarówno w polityce Tuska, jak i Nawrockiego wobec Ukrainy więcej było gry niż treści, jaki był właściwie jej cel? Żaden dyplomata ani polityk nie przyzna tego wprost, jednak w warunkach niesterowalnego Trumpa i coraz skuteczniej wychodzącego z izolacji Putina – głównym celem Polski było to, by Ukraina walczyła jak najdłużej. Kluczowe dla władz w Warszawie było jak najdłuższe wiązanie sił rosyjskich na wschodzie i południu Ukrainy. Zupełnie na dziesiątym, jeśli nie na setnym planie były kwestie dotyczące integracji tego państwa z Unią. Nieważne było to, czy Trump lubi Zełenskiego, czy nie. Czy uważa, że prezydent Ukrainy wmieszał się w wybory w USA oraz czy sprzeda Ameryce złoża minerałów lub czy pozwoli je rozkraść lokalnym oligarchom. W gruncie rzeczy nieważna była nawet mityczna odbudowa Ukrainy, bo – bądźmy szczerzy – niewielu polityków wierzyło w jej powodzenie w przyszłości. Ważna była wojna. I jej trwanie. Nie dlatego że Polska i jej elity były podżegaczami wojennymi, jak chciała to widzieć rosyjska propaganda. Chodziło o czas. Dofinansowując „mięsne szturmy” na Donbasie za unijne pieniądze, Polska mogła kupić jeszcze kilka lat spokoju. To dlatego rząd pod koniec 2025 roku poparł pakiet pomocowy Unii Europejskiej dla Ukrainy wart dziewięćdziesiąt miliardów euro. I to dlatego Pałac Prezydencki – już z Karolem Nawrockim – nigdy nie zakwestionował jednoznacznie tego (w sumie ogromnego) zobowiązania finansowego. Te pieniądze w rachubach władz w Warszawie zapewniały Ukrainie trwanie przez kolejne dwa lata. Umożliwiały sfinansowanie wojny, która dawała Polsce i reszcie wschodniej flanki NATO możliwość przemyślenia tego, jak żyć z Rosją, która za chwilę legalnie dokona rozbioru Ukrainy. Zełenski nie bił się za nas, tylko za siebie. Ale dopóki się bił, korzystaliśmy z tego”.

Brzmi to skrajnie cynicznie. I tak chyba jest w istocie. Kiedyś Andrzej Duda „wygadał” się w jednym z wywiadów i powiedział, że chodzi o to, żeby ginęli Ukraińcy a nie Amerykanie. Chyba to samo myśli się w przypadku Polski – nich giną Ukraińcy, którzy dają nam czas. Tylko, że ta cała konstrukcja oparta jest na całkowicie fałszywym założeniu, że jak „padnie” Ukraina, to Putin ruszy na Europę. Nigdy nie było ze strony Rosji żadnych planów „Marszu na Zachód”. To jest umysłowa aberracja polskich elit, wynikająca z obsesji historycznej i histerii propagandowej Partii Wojny. Co więcej, stawia to sprawę polskiej pomocy dla Ukrainy w dwuznacznie moralnym świetle, tym bardziej, że Zełenski i jego otocznie wiedzą o co Polsce chodzi.

Jan Engelgard

Zbigniew Parafianowicz, „Kłopot z Zełenskim”. Wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2026, ss. 262.

fot. wikipedia

Myśl Polska, nr 25-26 (21-28.06.2026)

Redakcja