Rywalizacji geopolitycznej w okresach dekompozycji układów sił towarzyszą zawsze wielkie wstrząsy, znajdujące wyraz w konfliktach i starciach zbrojnych. Po jakimś czasie dochodzi do uspokojenia i opamiętania, zaczynają tworzyć się z udziałem najważniejszych graczy zręby nowego ładu pokojowego.
Pierwsze takie świadome przejście w czasach nowożytnych od wrogości do pokojowego układania się nastąpiło po wojnie trzydziestoletniej. Traktat zawarty w dwóch miastach północnoniemieckich Münster i Osnabrück w 1648 roku dał podstawy porządkowi westfalskiemu na blisko półtora wieku, do wybuchu rewolucji francuskiej.
Następnie kongres wiedeński lat 1814-1815 zamknął epokę niszczycielskich wojen napoleońskich i przynajmniej na trzy dekady (do rozpadu „koncertu europejskiego” w latach 1848-1853, co skutkowało wybuchem wojny krymskiej) zapewnił stabilny pokój, choć międzymocarstwową równowagę europejską utrzymano z grubsza aż do wybuchu Wielkiej Wojny w 1914 roku. Wszystkie doświadczenia katastrof wojennych – także II wojny światowej – pokazują, że nawet największe nienawiści mają swój kres. Są oczywiście konflikty endemiczne, które na danym obszarze trwają latami, na przykład między Żydami a Arabami w Palestynie, ale nie przeczą one tezie, że każdy konflikt ma źródło w emocjach ludzkich i to od ludzi zależy jego wygaszenie.
Nawet w odniesieniu do Iranu, obecnie chyba najbardziej nieprzejednanego państwa wobec Stanów Zjednoczonych, mogą pojawić się w miejsce zamiarów odwetowych chęci nawiązania dialogu i zakończenia niszczycielskiej wojny. Takiej woli dowiedziono przecież w przeszłości za prezydentury Baracka Obamy. Patrząc na okoliczności dziejowe i liczne związki etniczne, językowe, religijne i kulturowe, taka ewolucja emocji, postaw i zachowań jest możliwa także w stosunkach ukraińsko-rosyjskich.
Fenomen Trumpa
Obecny prezydent USA, choć ma opinię nieprzewidywalnego, daje wiele powodów tak w stosunkach z Rosją, jak i Chinami, by wierzyć, że wrogowie mogą stać się przyjaciółmi. Wciąż jednak duże jest zacietrzewienie wśród przywódców zachodnioeuropejskich, które utrudnia proces normalizacji i pojednania. Fenomenem Trumpa jest wiara w potencjał dyplomatyczny Ameryki i rolę sprytu oraz talentu ludzkiego, w tym samego prezydenta, w negocjowaniu porozumień pokojowych. Nawet gdy w takiej fascynacji jest dużo pychy i próżności, to jednak strategia międzynarodowa USA uwzględnia różne atuty gry dyplomatycznej w załatwianiu spraw trudnych. Jest przede wszystkim elastyczna i pragmatyczna, co pozwala wpływać na oponentów zarówno poprzez perswazję, jak i środki przymusu bezpośredniego.
Rewizji ulegają zmitologizowane twierdzenia o pokojotwórczej roli demokracji i współzależności gospodarczej. Wojny Zachodu w okresie pozimnowojennym dowiodły, że w imię imperialistycznych interesów mocarstwo hegemoniczne wraz ze swoimi akolitami mogło bezkarnie nadużywać siły pod pretekstem rozmaitych misji stabilizacyjnych. Na przykład udział państw zachodnich w rozbiciu Jugosławii był dowodem bezwzględnej gry o podział wpływów, a nie obrony wartości Zachodu. Obecnie administracja Trumpa rewiduje twierdzenie, że państwa demokratyczne nie prowadzą między sobą wojen.
Ustrój demokratyczny nie determinuje pokojowego nastawienia do innych państw, podobnie jak reżimy autorytarne nie przesądzają jednoznacznie o prowojennej polityce. Inaczej mówiąc, sam typ reżimu politycznego nie przesądza o podatności państwa na dążenia do pokoju czy wojny. Na przykład Izrael, któremu na Zachodzie przypisuje się miano wyjątkowej demokracji w otoczeniu reżimów autorytarnych, obecnie uchodzi za najbardziej wojownicze i agresywne państwo, atakujące swoich sąsiadów, w tym demokratyczny Liban. Jak widać, ustrój liberalnej demokracji sam w sobie nie gwarantuje propokojowej postawy. O wiele ważniejsze jest praktykowanie strategicznej powściągliwości elit rządzących, które potrafią respektować cudze wartości, budować wspólnotę interesów i poszukiwać kompromisów w rozwiązywaniu sprzeczności.
W każdym przypadku liczy się przede wszystkim wola polityczna, a nie model sprawowania rządów. Państwa niedemokratyczne (nie ma jednego szablonu dla takich reżimów, podobnie jak różne są formy rządów demokratycznych) mogą wnieść równie znaczący wkład w stabilizowanie pokoju, jak demokracje. Problem nie leży w micie o solidarności państw o podobnych ustrojach, ale w umiejętnym wygaszaniu sprzeczności interesów między nimi.
Dyplomacja, nie handel
Obecnie rewizji podlega także inna wyświechtana „mądrość”, forsowana przez lata przez zwolenników neoliberalnej geoekonomii i globalizacji, że współzależności gospodarcze i handlowe wystarczą dla zbudowania trwałego pokoju. To jednak polityka, a nie gospodarka toruje drogę do pojednania i normalizacji stosunków między skłóconymi ze sobą państwami. Gdy rządzącym udaje się opanowanie rywalizacji geopolitycznej, wzajemne zależności gospodarcze mogą sprzyjać, ale nie decydować o rozwoju współpracy. Współczesne relacje Unii Europejskiej z Rosją, a także Stanów Zjednoczonych z Chinami wyraźnie wskazują, że najdroższą „walutą pokoju” jest dyplomacja na najwyższych szczeblach reprezentacji politycznej, a nie handel i inwestycje. Te są zawsze konsekwencją i pochodną ram organizacyjno-prawnych i klimatu psychologiczno-moralnego, jakie powstają z woli politycznej władz.
Widać to doskonale na przykładzie wspólnoty transatlantyckiej. W obliczu rozłamu na tle wspierania wojny na Ukrainie Europejczycy nie są obecnie w stanie polegać na Stanach Zjednoczonych jako odpowiedzialnym liderze Zachodu. W tym samym czasie Ameryka przestaje wspierać jedność europejską, podejrzewając, że Unia Europejska stopniowo przekształca się z partnera w ich rywala. Mimo wojen celnych, konflikt zbrojny w dzisiejszych warunkach między członkami wspólnoty zachodniej jest nie do wyobrażenia. Jednakże rywalizacja geopolityczna, zwłaszcza na tle stosunku do Rosji i do Ukrainy, może sprzyjać eskalacji napięć i degradacji dotychczasowego partnerstwa.
Obserwując przywracanie dyplomatycznej normalności w stosunkach Stanów Zjednoczonych z Chinami i Rosją można zauważyć, zgodnie z sugestią wpływowego eksperta w obozie demokratów Charlesa A. Kupchana, cztery etapy dojrzewania tego procesu. Po pierwsze, proces zbliżenia zaczyna się od dyplomatycznego sondowania wzajemnych nastawień i od jednostronnego gestu ustępstwa w jakiejś sprawie. Chodzi o ofertę pokojową, przy pomocy której sygnalizuje się przyjazne zamiary. Tak postępuje Donald Trump, także w sferze retorycznej, która wielu obserwatorów oburza, ale stanowi ważny instrument „obłaskawiania” oponentów. Specjaliści od sztuki negocjacyjnej wiedzą doskonale, jak ważną rolę na tym etapie poszukiwania zbliżenia odgrywają zachowania ingracjacyjne.
Kolejno następuje wymiana informacji na temat możliwości zagospodarowania różnych pól i przestrzeni potencjalnej współpracy, z ominięciem najbardziej wrażliwych punktów zapalnych. W przypadku Rosji są to trudne do spełnienia roszczenia terytorialne wobec Ukrainy, a w przypadku Chin chodzi o problem suwerenności Tajwanu.
Trzeci etap oznacza wdrażanie wzajemnej powściągliwości w artykułowaniu odmiennych punktów widzenia, aby stopniowo rozwijać pragmatyczną współpracę, sprzyjającą łagodzeniu napięć i poszukiwaniu kompromisów. Chodzi o zbliżanie do siebie środowisk społecznych, także poza administracją rządową. Przywracana jest współpraca kulturalna, naukowa i akademicka, ale co najważniejsze, uaktywnia się lobbing ze strony różnych grup interesu, który działa na rzecz zmniejszania barier instytucjonalnych (sankcji) i poprawy klimatu psychologicznego.
Finalny etap polega na tworzeniu nowych narracji i tożsamości. Państwa zdecydowanie zmieniają dyskurs wewnętrzny, który wpływa na zmianę postrzegania drugiej strony czy stron. Świadomie tworzy się nowe wizerunki polityczne i kulturowe, zmianie ulega retoryka władz i ton propagandy. Zamiast różnic i sprzeczności akcentuje się podobieństwa i zbieżności. Z takim zjawiskiem mamy obecnie do czynienia w stosunkach amerykańsko-chińskich. Pewne zmiany dotyczą także relacji USA z Rosją.
Chiny i Donald Trump
Każdy odbiorca komunikatów płynących z Chin podczas wizyty Donalda Trumpa (13-15.05. 2026) zauważył, jak ważna jest oprawa dyplomatyczna, towarzyszący jej entuzjazm oraz sfera symboliczna, oznaczająca wolę uspokojenia w stosunkach wzajemnych i projekcję stabilnego pokoju. Tym celom służy także zapowiedź rewizyty Xi Jinpinga w USA jeszcze w tym roku (24.09.) oraz dopełnienie tych zdarzeń poprzez odwiedziny W. Putina w Pekinie (19-20.05.). Wydarzenia te, zapewne skorelowane ze sobą, świadczą o ukształtowaniu się „nowego triumwiratu”, któremu strony nadają walor konsultacyjny. Nie pomogą w tej materii żadne rozpaczliwe zaklęcia, nadęte pohukiwania ani święte oburzenie, gdyż niezależnie od epitetów i obelg kierowanych pod adresem wymienionych protagonistów, realizują oni z premedytacją we wzajemnych stosunkach strategię akomodacji, chcąc wyraźnie uniknąć globalnego konfliktu. Na naszych oczach niedawni wrogowie przemieniają się w partnerów i przyjaciół, demonstrujących wolę porozumienia i zagwarantowania sobie nawzajem pokojowej przyszłości. Niech inni wojują i tracą, jeśli nie są zdolni do zrozumienia i zaakceptowania dokonywanej na naszych oczach kalkulacji strategicznej!
Trzeba pamiętać, że emocjonalne nastawienia są właściwe ludziom, a nie instytucjom. Te ostatnie są jednak tworzone i kierowane przez ludzi, stąd cechy i tożsamości indywidualne osób odpowiedzialnych w państwie za kreowanie zachowań wobec innych przekładają się na jakość kultury dyplomatycznej, styl ekspresji czy respekt dla wspólnych wartości.
Na tym tle szczególnie ważne jest przestrzeganie reguły strategicznej powściągliwości, która oznacza świadome i celowe samoograniczanie się w sytuacjach wysokich napięć. Jest to zdolność do powstrzymywania się od nieprzyjaznych komunikatów i gestów wobec wrogiej strony, co sprzyja łagodzeniu rywalizacji i sygnalizowaniu przyjaznych intencji. Cechy te pozwalają na utrzymanie konfliktu pod pewną kontrolą. Świadczą o dojrzałości politycznej decydentów, dla których ważniejsze jest utrzymanie stabilnego pokoju niż podżeganie do otwartej wojny. Deficyt tych cech szczególnie jaskrawo przejawia się – poza Ukrainą – u polityków najbardziej wojowniczych państw wobec Rosji, tj. Polski i republik bałtyckich.
Ogromną rolę w procesach budowania stabilnego pokoju odgrywa przynależność danego państwa do wspólnoty kulturowej. Wzajemne postrzeganie tej przynależności jest konstruktem społecznym i wyobrażeniowym. Może być niewątpliwie wynikiem pewnych projektów politycznych. Nie wiadomo jednak, ile potrzeba jeszcze czasu i jakie muszą być spełnione warunki, aby Polskę zaczęto postrzegać we wspólnocie kulturowej Zachodu jako „swoje” i kompatybilne państwo pod względem praktyk politycznych i symboli. Jak na razie, mimo wielu deklaracji i demonstracji afiliacji prozachodnich, Polsce i Polakom faktycznie bliżej jest pod względem kulturowym i mentalnym do wspólnoty z Ukrainą.
Polska – sponsor katastrofy
Od początku transformacji ustrojowej Polsce najłatwiej było stworzyć narrację o „wspólnym dziedzictwie” i „strategicznym partnerstwie” z Ukrainą. Ten wybór nie doprowadził jednak do zabezpieczenia się przed wojną. Wręcz przeciwnie, Ukraina padła ofiarą własnych antynomii i perfidnej gry między mocarstwami zachodnimi a Rosją. W rezultacie Polska stała się na własne życzenie jednym z najważniejszych sponsorów tej katastrofy. Ponieważ ogromne zaangażowanie polityczne i materialne oraz kosztowne obciążenia własnego społeczeństwa na dłuższą metę budzą jego sprzeciw, szanse na stworzenie trwałej wspólnoty kulturowej i tożsamości interesów są niewielkie. Wystarczy, aby nastąpiła zmiana orientacji politycznej władz w Kijowie (czego w warunkach kryzysu nigdy nie można wykluczyć), a także odwrót Zachodu, w tym Unii Europejskiej od konfrontacji z Rosją, wówczas wspólnota i współpraca polsko-ukraińska będą zagrożone. Należy się modlić, aby oba państwa, które deklarują dzielenie wspólnego dziedzictwa i losu, nie mówiąc o demonstracyjnie podkreślanej „tożsamości” interesów, nie stały się w przyszłości zaciekłymi rywalami, a nawet wrogami.
Przyjęcie w Polsce licznej diaspory ukraińskiej i rosyjskojęzycznej, ze względu na pokrewieństwo etniczne, językowe i religijne sprzyja jak najbardziej tworzeniu i umacnianiu wspólnoty z Ukrainą przeciwko wspólnocie z Rosją. Traumatyczne doświadczenia wojenne Ukraińców w połączeniu z polską rusofobią umacniają negatywną narrację opartą na trwałej wrogości wobec Rosji. Odnosi się jednak wrażenie, że Ukraińcy nie darzą Polaków wzajemnością, jeśli chodzi o wyrazy szacunku i wsparcia. Doświadczenie historyczne uczy, że wspólnoty oparte na negatywnych wartościach, zważywszy, że dziedzictwo polsko-ukraińskie jest obciążone pamięcią krzywd i nieprawości, nie mają szans przetrwania. Prędzej czy później w przestrzeni publicznej powrócą powody, podważające wzajemną lojalność i deklarowaną zbieżność interesów.
Dążąc zatem do zbudowania pokojowych zabezpieczeń przed Rosją polskie rządy muszą mieć świadomość chwiejności wspólnoty polsko-ukraińskiej. Potrzebne są wariantowe rozwiązania, oparte na normalizacji stosunków z samą Rosją. Choć przy istniejącym dziś stanie umysłów polskich polityków wydaje się to niewykonalne, to jednak warto im przypominać o istniejącej prawdzie w dziedzinie nauk o bezpieczeństwie, że państwo rządzone przez „inteligentnych” przywódców musi mieć alternatywny plan zagwarantowania stabilnego pokoju, licząc się także z powrotem Zachodu, zwłaszcza Stanów Zjednoczonych jako najważniejszego naszego sojusznika, do znormalizowanych relacji z Rosją.
Nie wszystko stracone
Stara sztuka dyplomacji uczy, że nawiązywanie kontaktów z przeciwnikiem nie jest ustępstwem. To element mechanizmów pokojotwórczych, świadczący o roztropności politycznej i zdolności do antycypowania stanów przyszłych. To także dowód siły, a nie słabości. Długotrwała rywalizacja i wrogość nie muszą kończyć się całkowitą izolacją, ani tym bardziej eksplozją agresywnych działań przeciw sobie. Ze względu na ogromne bogactwo dobrych i złych doświadczeń między Polską a Rosją, a także ciągle obecny potencjał pewnej sympatii i zrozumienia, umiejętna dyplomacja, niekoniecznie oficjalna i jawna, może doprowadzić do przełamania biurokratycznych i medialnych oporów. Wrogowie nie muszą od razu stać się przyjaciółmi, ale mogą stworzyć wystarczające przesłanki dla wzajemnej akceptacji i otwarcia kanałów komunikacji dyplomatycznej. Wola polityczna rządzących jest zawsze pochodną ich odwagi i dalekowzroczności, a sygnały o zdolności i chęci porozumienia modelują opinię publiczną w kierunku przewartościowań dotychczasowej nieustępliwości.
Nauka o stosunkach międzynarodowych co najmniej od stu lat dąży do odkrywania mechanizmów i warunków umożliwiających państwom uwolnienie się od imperatywów rywalizacji geopolitycznej. Doświadczenie historyczne uczy, że nie ma żadnych determinizmów, które skazywałyby uczestników stosunków międzynarodowych na permanentne wojny. To samo stwierdzenie dotyczy braku trwałych warunków dla „wiecznego” pokoju. Podstawową kwestią jest zrozumienie dialektycznego procesu przeplatania się pokoju i wojny w cyklicznym biegu dziejów. W konsekwencji chodzi o uchwycenie prawidłowości, kiedy nawet zawzięci wrogowie przekształcają się w przyjaciół i odwrotnie. Ponieważ każdy przypadek historyczny ma miejsce w określonych i wyjątkowych okolicznościach, jest niezwykle trudno sformułować jakąś jedną spójną „teorię wyjaśniającą”, która pomogłaby rozwikłać skryte motywy państw, a zwłaszcza ich rządów i wszystkich „tajemnych” graczy, działających z ukrycia.
Po wielu znakach sądząc, jesteśmy na wczesnym etapie ustanawiania trwałego pokoju, choć przywódcy Ameryki, zabiegającemu o utrzymanie pozycji hegemonicznej, brakuje konsekwencji. Co jednak zaskakujące, Donald Trump w swoich chaotycznych zabiegach okazuje się skuteczny i sprawczy. Poprzez wolę wymiany kosztownych ustępstw i jednoznacznych aktów dostosowania, najważniejszym osiągnięciem powrotu do dialogu jest torowanie drogi do wzajemnego uznania się za podmioty o dobrych intencjach. Podejrzliwość, którą zarówno realiści, jak i liberałowie uznają za przeszkodę w dokonaniu zwrotu od konfrontacji do współpracy, nadal istnieje, ale żmudnie tkane wzajemne zaufanie między Trumpem, Xi i Putinem minimalizuje ryzyko odwrotu z obranej drogi. Niepewność strategiczna długo pozostanie w stosunkach międzynarodowych, ale stanie się nieistotna, gdy stabilny pokój zacznie być traktowany jako coś oczywistego.
Prof. Stanisław Bieleń
Myśl Polska, nr 21-22 (24-31.05.2026)



