Od dłuższego czasu widzimy liczne oznaki zbliżającego się kolejnego poważnego konfliktu z udziałem Stanów Zjednoczonych. Do regionu Zatoki Perskiej przybywają poważne siły Marynarki Wojennej USA, zaś w tamtejszych bazach rozmieszczane są znaczne siły amerykańskiego lotnictwa. Cała ta wielka armada przybywa, aby poskromić niepokorny wobec Amerykanów Iran. Media światowe donoszą także o planach precyzyjnych ataków na przedstawicieli irańskich władz. Czy więc zmierzamy ku dużej wojnie?
Wygląda na to, że wszystko ku temu zmierza, lecz może okazać się, że to wrażenie jest mylne, ponieważ Donald Trump już pokazał wcześniej, że ma w zwyczaju wycofywać się w chwili, gdy staje na krawędzi realnego konfliktu z Iranem. Być może Trump zna powiedzenie: „Nie uderzaj w króla, jeśli nie zamierzasz go zabić”, bo jeśli uderzysz, a on przeżyje, to cię zabije. Iran z pewnością jest królem regionu Zatoki Perskiej, a może nawet i całego Bliskiego Wschodu i być może Trump liczy się z tym, że „króla” nie uda się zabić.
Ameryka nie taka silna
Iran dysponuje obecnie wystarczającą siłą, aby w każdej chwili wstrzymać całe wydobycie surowców energetycznych w regionie. Ma też wystarczający potencjał, aby wyrządzić straszliwe szkody amerykańskim bazom wojskowym na Bliskim Wschodzie, doprowadzając do śmierci setek, jeśli nie tysięcy, amerykańskich żołnierzy. Możliwe, że w Pentagonie poważnie biorą to pod uwagę.
Także w Izraelu, po czerwcowym łomocie jaki sprawił im Iran, żywa jest świadomość, że kraj ten jest w stanie wyrządzić Izraelowi szkody zagrażające dalszemu istnieniu tego państwa. Według doniesień medialnych, Izrael poinformował Stany Zjednoczone, że jest gotowy wytrzymać uderzenie nawet 700 irańskich pocisków balistycznych, pod warunkiem, że Stany Zjednoczone zagwarantują, że ewentualna akcja militarna przeciwko Iranowi doprowadzi do obalenia irańskiego reżimu.
Tymczasem prawda jest taka, że Amerykanom brakuje niezbędnego potencjału, by wyeliminować irańskie dowództwo wojskowe i cywilne, zwłaszcza teraz, gdy Trump ujawnił swoje zamiary wobec tego kraju. To nie będzie powtórka z czerwca, kiedy uśpiono czujność Irańczyków, wmawiając im, że negocjacje w sprawie ich programu nuklearnego będą kontynuowane. Poszli spać, a rano wielu z nich obudziło się martwymi, bo w nocy zostali zaatakowani przez wspierany przez Stany Zjednoczone Izrael. Skoro wówczas próba bezgłowienia Iranu się nie powiodła, tym bardziej nie powiedzie się teraz, kiedy Iran się tego spodziewa.
Iran nie taki słaby
Irańczycy przygotowują się do rozstrzygającego konfliktu z Izraelem, Stanami Zjednoczonymi i Zachodem od ponad 20 lat. W ramach przygotowań podzielili swój kraj na samowystarczalne okręgi wojskowe i administracyjne, zakładając, że Teheran może stać się celem paraliżującego uderzenia. Nie musiałoby to zniszczyć centralnej władzy, ale mogłoby pozbawić ją możliwości komunikowania się z różnymi regionami Iranu. Dlatego Irańczycy zbudowali podziemne miasta i stanowiska dowodzenia, zdolne do niezależnej kontroli wyznaczonych terytoriów. Dzięki temu mają możliwość skutecznego stawiania oporu zarówno wrogom wewnętrznym, jak i wrogom atakującym Iran z zewnątrz. Irańczycy byliby nierozsądni, gdyby w obliczu agresywnych planów Waszyngtonu i Tel Awiwu nie wdrożyli wszystkich niezbędnych planów, aby zapewnić narodowi i państwu przetrwanie.
Z punktu widzenia Amerykanów sprawę komplikuje fakt, że otwarcie ujawnili swoje bandyckie zamiary wobec Iranu. Złamali tym samym istotną zasadę, że jeśli zamierzasz przeprowadzić atak, to zrób to nagle, kiedy przeciwnik się tego nie spodziewa. W sytuacji, kiedy tę zasadę złamano, nawet gdyby Stany Zjednoczone użyły broni jądrowej (raczej tego nie zrobią), to i tak nie byłyby w stanie obalić irańskiego przywództwa. W odpowiedzi na taki atak Irańczycy dokonają uderzenia odwetowego na Izrael, które może położyć kres zdolności Izraela do przetrwania jako państwa.
Z kolei trwałe unicestwienie przez Iran zdolności regionalnych producentów surowców energetycznych do ich pozyskiwania będzie miało katastrofalne konsekwencje dla globalnej gospodarki, w tym i dla Stanów Zjednoczonych, które już obecnie stoją w obliczu możliwości całkowitego upadku dolara. Prawdę mówiąc, ceny nośników energii już kilka lat temu wymknęły się spod kontroli i wystarczy niewielki impuls, aby ostro wystrzeliły w górę. W tej sytuacji pozostaje nam tylko nadzieja, że znajdą się ludzie na tyle mądrzy i odważni, by powiedzieć Trumpowi, żeby tego nie robił. Niemniej na chwilę obecną zachowuje się on tak, jakby przygotowywał się do poważnego ataku militarnego na Iran.
Plan Trumpa dla Iranu
Uzasadniając swoje militarne działania przeciwko Iranowi, Stany Zjednoczone obecnie nawet nie wspominają o programie nuklearnym. W sumie jest to nawet logiczne, bo przecież – jak stwierdził Trump – został on zniszczony. Obecnie mówi się o ukierunkowanych atakach na członków irańskiego rządu za rzekome masowe zabójstwa uczestników niedawnych protestów. W rzeczywistości jednak chodzi o osadzenie w Teheranie żydo-amerykańskiej marionetki w osobie Cyrusa Rezy Pahlaviego, syna obalonego w 1979 roku szacha Rezy Pahlaviego. A gdyby to się nie udało, głównym celem będzie trwała dekompozycja Iranu poprzez rozbicie go na wiele mniejszych, łatwiejszych do kontrolowania poprzez endemiczny chaos regionów. Wprawdzie wywołałoby to za sobą realne ryzyko wojny domowej i przejęcia władzy przez wysoce autorytarną opozycję na wzór zainstalowanych w Syrii przez Amerykanów dżihadystów, ale dla Amerykanów nie ma to znaczenia.
Doskonale strategię Białego Domu wobec Iranu wyłożył w rozmowie z prof. Glennem Diesenem Scott Ritter, były inspektor ds. uzbrojenia ONZ, oficer wywiadu Korpusu Piechoty Morskiej USA. W jego przekonaniu plan polega na zniszczeniu zdolności władz Iranu do sprawowania skutecznej kontroli na szczeblu krajowym i regionalnym oraz sparaliżowaniu regionalnego systemu bezpieczeństwa, a następnie wzniecaniu i podsycaniu rebelii. Nie jest żadną tajemnicą, że CIA aktywnie wspiera Armię Wyzwolenia Beludżystanu, arabskie ruchy wyzwoleńcze w Chuzestanie, a także Kurdów i Azerów. Według amerykańskich planistów we wszystkich tych regionach mają wybuchnąć powstania.
Według Rittera Trump, który „nie jest najmądrzejszym człowiekiem na świecie”, wierzy, że może przywrócić monarchię, doprowadzając syna szacha do władzy. Trump „jest niesamowicie podatny na bzdury, które mu się szepcze do ucha. A teraz jemu przedstawiają coś, co wygląda na zjednoczony front antyreżimowych Irańczyków. (…) są ludzie w całych Stanach Zjednoczonych, którzy mówią, że nadszedł czas upadku reżimu i że monarchia jest gotowa do powrotu. Myślę więc, że Trump uwierzył w te bzdury i wierzy, że ten plan może zadziałać”.
Potencjalny plan Iranu dla Trumpa
Cóż w takiej sytuacji można doradzić rządowi Iranu? Jak Teheran powinien zareagować? Wydaje się, że w przypadku izraelskiego ataku z czerwca ubiegłego roku głównym celem Iranu było zademonstrowanie swojej siły, odporności na ciosy, sposobności do naniesienia uderzenia odwetowego, wzmocnienie swego potencjału odstraszania, upewnienie się, że działania agresora zostały odparte i zniechęcenie go do powtórzenia podobnych działań. Ale tym razem celem USA i Izraela nie jest ograniczony atak, lecz zniszczenie Iranu, czyli mamy do czynienia z zagrożeniem egzystencjalnym. I nawet jeśli tym razem jeszcze im się nie uda, to po przegrupowaniu się będą próbować ponownie aż do skutku.
Jeśli władze Iranu są świadome tego zagrożenia, to mogą mieć motywację, by tym razem działać inaczej niż w czerwcu 2025 roku, czyli nie będą powstrzymywać się przed atakowaniem Izraela i zachodnich celów wojskowych w regionie. Może nawet Irańczycy powinni rozważyć przeprowadzenie ataku wyprzedzającego, jeśli zyskają pewność, że amerykańskie okręty wojenne i lotnictwo zajmą pozycje do ataku. Za pierwszym razem, gdy zostali zaatakowani, nie spodziewali się tego, ale jeśli Irańczycy znowu dadzą się zaskoczyć, to będzie tylko ich wina.
Scott Ritter stwierdził wprost, że gdyby to on podejmował decyzje w Iranie, to lotniskowiec „Abraham Lincoln” byłby już zatopiony, amerykańskie bazy w regionie zniszczone, a Izrael unicestwiony. Poza tym „przeprowadzałbym zakrojone na szeroką skalę operacje przeciwko Kurdom w Iraku, Beludżom, Azerom, zabijając każdego podejrzanego o powiązania z mudżahedinami. Wysłałbym ekipy zabójców na cały świat, żeby wyeliminować syna szacha”. Oczywiście nic na to nie wskazuje, aby Iran podjął takie działania uprzedzające, ponieważ Persowie jako cywilizowany naród wciąż mają nadzieję, że wojny da się uniknąć.
Najistotniejsze jest jednak to, że Iran ma pełne prawo do podjęcia działań uprzedzających, ponieważ uzasadniają to otwarte groźby Donalda Trumpa i Benjamina Netanjahu. Nie pozostawiają one żadnych wątpliwości co do tego, że zbliża się bezpośrednie zagrożenie dla Iranu. W tej sytuacji Teheran powinien ogłosić stan wyjątkowy, zwrócić się do Organizacji Narodów Zjednoczonych o pilne zwołanie Rady Bezpieczeństwa, żądając interwencji międzynarodowej. Władze irańskie powinny jednocześnie poinformować społeczność międzynarodową, że jeśli zagrożenia ze strony Izraela i USA nie uda się wyeliminować w ściśle określonym czasie, to Iran nie będzie miał innego wyboru, jak tylko zastosować prewencyjną samoobronę.
Żadnych deali z diabłem
Jednakowoż powściągliwa postawa władz irańskich może wynikać z innych przyczyn. Prawdopodobnie Rosjanie, jak i Chińczycy, radzą Irańczykom zachować cierpliwość, mając na względzie to, że Donald Trump co najmniej dwa razy cofnął się znad krawędzi wojny. Być może, nie bez podstaw, liczą na to, że tym razem będzie podobnie i nie jest to ten etap eskalacji, aby iść dalej niż to konieczne. Tym bardziej, że atak wyprzedzający musiałby być druzgocący dla Stanów Zjednoczonych i Izraela, co nie jest takie pewne, a jedną z konsekwencji bardzo skutecznego ataku wyprzedzającego byłoby narażenie się na nuklearny atak odwetowy, co oznaczałoby koniec Iranu.
Rosjanie i Chińczycy mają podstawy, aby zalecać Irańczykom powściągliwość. Kiedy amerykańska armada zmierzała w kierunku Iranu, Donald Trump powiedział, że Irańczycy chcą zawrzeć porozumienie (deal). Oczywiście jego słów nie należy brać na poważnie, ale mogą one świadczyć, że Trump zdaje sobie sprawę z tego, jaką katastrofą byłoby, gdyby w swoich agresywnych działaniach posunął się dalej. I jest to zgodne z jego podejściem i duchem nowej amerykańskiej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, aby nie angażować się w duże akcje militarne. Donald Trump zawsze preferuje, co mogliśmy obserwować w Wenezueli, szybkie i bezkosztowe działanie, aby bardziej pochwalić się sukcesem, niż narażać się na ogromne straty po stronie amerykańskiej.
Donald Trump nie szuka porozumienia z władzami w Teheranie, lecz dąży do zawarcia gangsterskiej umowy (dealu), czyli Irańczycy mieliby się całkowicie rozbroić i zgodzić się na dobrowolną zmianę reżimu, nie dostając niczego w zamian. Umowa, której chce Trump, to droga jednokierunkowa – wszystko dla USA i Izraela i nic dla Iranu. Na dodatek może ją zerwać w każdej chwili, bo po prostu nazwie ją złą i powie, że szuka lepszej. Tak postępują gangsterzy, dlatego Irańczycy nie powinni szukać żadnych układów z Trumpem, bo to oznacza, że będą musieli zniżyć się do jego poziomu i grać według jego zasad.
Iran musi dążyć do kompleksowego, wynegocjowanego porozumienia opartego na prawie międzynarodowym, co w obecnej sytuacji jest bardzo problematyczne, ponieważ Donald Trump powiedział, że nie wierzy w prawo międzynarodowe. Możemy więc mieć sprzeczne wyobrażenia o tym, jak powinno wyglądać rozwiązanie konfliktu między Iranem a Stanami Zjednoczonymi. Aby zamknąć sprawę nuklearną i kwestię rakiet balistycznych na warunkach stawianych przez amerykańską administrację, Iran musiałby dobrowolnie zrezygnować z jedynego elementu, który zabezpiecza jego istnienie. Jeśliby Irańczycy na to się zgodzili, to Izrael natychmiast by ich wykończył.
Trump i Netanyahu nie zaznają spokoju, dopóki rządy ajatollahów nie zostaną obalone i niestety większość amerykańskich polityków podziela to pragnienie. Niewielu Amerykanów opowiada się za dobrymi, znormalizowanymi stosunkami z Iranem. Dlatego Irańczycy w ogóle nie powinni iść na kompromis z Amerykanami, ponieważ w chwili, gdy to zrobią, to będzie ich koniec. Jak słusznie w tym kontekście powiedział Scott Ritter: „Nie zawiera się układów z diabłem, nie zawiera się układów z mafią i nie zawiera się układów z Donaldem Trumpem”.
Iran to nie Wenezuela
Niezależnie od tego, czy Amerykanie wymuszą ów deal, czy nie, osadzenie w Teheranie żydo-anglosaskiej marionetki pozostaje dla Donalda Trumpa kluczowym celem. Jednak Iran to nie Wenezuela – jest znacznie ważniejszy, chociażby dlatego, że jest członkiem BRICS i strategiczne stosunki z nim utrzymuje Rosja. Istnieje umowa wojskowa, która została już ratyfikowana, zarówno przez Rosjan, jak i Irańczyków. Nie jest tez żadną tajemnicą, że z Irańczykami współpracują Chińczycy.
Stany Zjednoczone nie są tak sprytne i przebiegłe, jak im się wydaje. Przeprowadzony w czerwcu ub. roku atak bombowcami B-2 ujawnił maksimum możliwości amerykańskiej machiny wojennej. Kiedy Amerykanie mówią o precyzyjnych uderzeniach, mają na myśli penetrację irańskiej przestrzeni powietrznej za pomocą bombowców B-2 oraz rakiet wystrzeliwanych z samolotów F-35 i F-22. Jednakże ten profil działań jest już znany i każdy jego aspekt został przez Irańczyków, Rosjan i Chińczyków wnikliwie przeanalizowany. Teraz wystarczy dać w pysk zaglądającemu do perskiego namiotu anglosaskiemu wielbłądowi, aby nie wszedł do środka cały. W tym celu należałoby po prostu zestrzelić jeden lub dwa bombowce B-2, aby udowodnić raz na zawsze, że koncepcja amerykańskiej przewagi – idea, że Ameryka jest nietykalna i może robić co chce – jest fundamentalnie błędna.
Rosjanie nie będą siedzieć bezczynnie i pozwalać Amerykanom i Izraelczykom bombardować Iran. Wprawdzie Rosja nie odpowie bezpośrednio, ale zrobi wszystko, co w jej mocy, aby żydo-anglosaska awantura militarna zakończyła się całkowitą porażką. Ponadto Irańczycy mają obecnie możliwości atakowania amerykańskich okrętów w sposób, jakiego nie miał żaden inny kraj, który wcześniej zmagał się z bandyckimi praktykami Amerykanów. Mówimy tutaj o rakietach, których nie da się przechwycić, które mogą zatopić na przykład lotniskowiec, powodując katastrofalne straty w ludziach i niszczyć inne okręty wchodzące w skład grupy uderzeniowej lotniskowca. Rosjanie i Chińczycy zrobią wszystko, co w ich mocy, aby pomóc Irańczykom sprawić Stanom Zjednoczonym tęgi łomot.
W szaleństwie Trumpa jedyna nadzieja
Doszliśmy do momentu, kiedy należy zadać sobie ważne pytanie: dlaczego Trump to robi? A jeszcze bardziej właściwe jest pytanie: dlaczego wszyscy udają, że źródłem irańskiej awantury Donalda Trumpa jest jego egotyzm? Prawda jest przecież taka, że ostatnie wydarzenia na Bliskim Wschodzie związane są przede wszystkim z kontrolą, jaką Izrael sprawuje nad amerykańską polityką zagraniczną i bezpieczeństwa narodowego. Czy jest więc w tym momencie jakaś droga do deeskalacji narosłego w Zatoce Perskiej napięcia?
Jak wiadomo, bardzo trudno się wycofać po tak potężnym pokazie siły, chyba, że stoi za tym jakiś wymierny rezultat, potwierdzenie, że taktyka nacisku zadziałała i można wrócić do domu z tarczą. Tymczasem na chwilę obecną Trump takiego sukcesu nie osiągnął i nic nie wskazuje na to, że Iran jest skłonny do ustępstw w żywotnych dla jego egzystencjalnego przetrwania kwestiach. W problematycznych kwestiach, takich jak program nuklearny i rakiety balistyczne, Iran na pewno nie ustąpi i Amerykanie doskonale o tym wiedzą. A jednak jest pewien cień nadziei.
Jak już niejednokrotnie mogliśmy się przekonać, Donald Trump to człowiek, który nie ma problemu z kłamstwem. Jeśli zechce, to może wymyślić coś w stylu: „Otrzymałem telefon z zapewnieniem, że Iran będzie grzeczny”, dając do zrozumienia, że po raz kolejny amerykańska potęga militarna zmusiła ajatollahów do wycofania się, czy coś w tym rodzaju. I to będzie wyjście z tej niebezpiecznej także dla Trumpa sytuacji, ponieważ ta wojna nie ma podstaw prawnych. Może on też, jak gdyby nigdy nic, zakomunikować, że uświadomiony o skali zniszczeń, jakie ewentualny atak spowoduje, zdał sobie sprawę, że naród irański już wystarczająco się wycierpiał z powodu reżimu ajatollahów i nie zamierza przyczyniać się do dalszego cierpienia. Zamiast więc atakować, zaostrzy sankcje i będzie pracować nad dalszą izolacją reżimu. A jakby co, to amerykańska armia będzie zawsze gotowa do ataku.
Donald Trump jest bezwstydnym kłamcą i sam kreuje swoją rzeczywistość. Może mówić, co chce, a część amerykańskiego społeczeństwa jest na tyle głupia, że i tak w to wszystko uwierzy. Paradoksalnie ta jego patologiczna skłonność do żonglowania kłamstwami może być w obecnej sytuacji zaletą, bo nie czyni go więźniem przyjętej przez niego wojennej retoryki. I to jest ta jasna strona tej ponurej rzeczywistości, która pozwala nam zachować nutkę optymizmu. Mamy do czynienia z niespotykaną sytuacją, kiedy to nie rozmowy dyplomatów, a brak moralnego kręgosłupa u przywódcy amerykańskiego supermocarstwa może w rzeczywistości zapobiec poważnej i obiektywnie niepotrzebnej wojnie.
Krzysztof Warecki



