Jednym z największych problemów, który od co najmniej 35 lat krępuje wszelką aktywność środowisk narodowych w Polsce, jest przemożny lęk przed zejściem z kanapy.
W połączeniu z naszą naturalną swarliwością i nieufnością, skłonnością do sejmikowania ponad miarę i tetrapiloktomii daje to uniwersalny przepis na to, by zawsze mieć rację, stale powtarzając, że nic się na pewno nie uda i wszystko to z pewnością agentura, manipulacja i fałszywe flagi. Odnoszę wrażenie, że takie są właśnie motywy raptownej ucieczki niewątpliwych narodowców od głównego obecnie ośrodka, w którym o polityce narodowej można nie tylko pisać i mówić, ale także ją robić, tj. od Frontu Gaśnicowego Grzegorza Brauna.
Patos a praktyczna użyteczność
„Byli więc ludzie z przedrewolucyjnego okresu, zaprawieni w działalności tajnej, ludzie, którzy umieli byli dużo na tym polu zrobić, ale którzy do nowych warunków działania dopasować się nie umieli, którzy często nawet nie rozumieli, że może istnieć jakaś polityka poza organizowaniem tajnych kółek i rozdawaniem pism nielegalnych. Ci ludzie wykonywali w ubiegłym okresie wielką pracę w kierunku, jaki demokracja narodowa sobie nakreśliła, ale myśli politycznej obozu nie rozumieli, nie szli z nią naprzód, im samym i obozowi wystarczyło to, że są praktycznie użyteczni” [1] – tak Roman Dmowski charakteryzował podobny problem endecji przed 120 laty. Dziś nie żyjemy w czasach tak tytanicznych, zamiast tajnych kółek mamy, póki co, wciąż jeszcze legalne Kluby, a pismo nasze nie było na szczęście nielegalnym, a jedynie blokowanym w internecie. A jednak podobieństwo owego nieprzystosowania niektórych kolegów do możliwości uzyskania więcej dla Polski przy wyjściu z bańki aż bije w oczy, oczywiście przy całym uszanowaniu dla „praktycznej użyteczności” wykonywanej przez nich pracy.
A przecież Dmowski i Liga Narodowa aktyw i zwolenników do transformacji przygotowywali stopniowo i na tyle skutecznie, że przeczuleni na tle insurgentyzmu realiści wietrzyli w nich kolejną odsłonę Liberum Conspiro [2]. Opinia ta, zbudowana na wystąpieniach takich jak słynna manifestacja Ligi (wówczas jeszcze Polskiej) 3 maja 1891 r., kiedy to młody Dmowski poprowadził patriotycznie nastawiony pochód z archikatedry warszawskiej przez Aleje Ujazdowskie w stronę kamienia węgielnego Świątyni Opatrzności. „(…) wśród wielu [rosyjskich] urzędników panowało przekonanie, że Polacy szykują się do powstania!” – dramatycznie relacjonowała ówczesna prasa [3]. Natrętna symbolika całej akcji, jej patos, wykorzystanie wątków religijnych, podejrzenie, że całą inicjatywą kryją się obce realizmowi pierwiastki powstańcze – wszystko to z pewnością nie spodobałoby się również współczesnym krytykom Grzegorza Brauna z kręgów bliskich „Myśli Polskiej”. Tyle tylko, że wtedy pochód ten prowadził Roman Dmowski.
Taktyka i kariery
Oczywiście, z dużą dozą prawdopodobieństwa można jednak zakładać, że Grzegorz Braun niemal na pewno Romanem Dmowskim nie jest. Lider Konfederacji Korony Polskiej może rzecz jasna sam odnieść się do zastrzeżeń wobec swej osoby, wiemy natomiast co krytykom po latach odpowiadał przywódca endecji. Dmowski, mając w perspektywie dalszą współpracę z realistami nie wahał się wypomnieć im stosunku do rodzącej się narodowej demokracji: „Przez dłuższy czas nie zwracano na tę grupę uwagi, lekceważono ją lub traktowano jako spóźnione, pozbawione żywotności echo dawnych prądów, spisków i planów powstańczych” [4] utyskiwał dodając na temat późniejszej, parlamentarnej fazy działalności: „’realiści’ nie zdawali sobie sprawy z tego, że taktyka demokracji narodowej w początkach okresu parlamentarnego jest tylko chwilową koniecznością, zdawało im się, że nie będzie ona zdolna tej taktyki porzucić, że będzie się jej bezmyślnie trzymała, jak pijany płota” [5].
I oto właśnie rzecz cała idzie, czy ciągłe narzekanie na formę działań pos. Brauna i Korony nie jest po prostu ignorowaniem konieczności taktycznych? Kogo jak kogo, ale przecież choćby takiego kol. Przemysława Piastę ani bym pomyślał, by taktyki uczyć, taktyk to bowiem wytrawny, nie tylko jeśli chodzi o polityczną formę, ale i towarzystwo, w którym szuka się i robi to, co możliwe, a dla polskiego interesu narodowego słuszne i korzystne. Jako endecy współpracowaliśmy już w środowisku „Myśli Polskiej” z PSL i z UPR, z Macierewiczem, Olszewskim i Giertychem, niektórzy koledzy także z Michałem Kamińskim i Joanną Kluzik-Rostkowską, a inni (choć nie tylko) również z JKM i Andrzejem Lepperem. Czy ktoś z nas przestał być od tego endekiem, zaraził się może czymś lub przesiąkł? Każdy może sądzić po sobie, jednak kto miał pójść w wiceministry cyfryzacji ten już chyba poszedł i szukanie akurat w naszym własnym, wąskim przecież gronie karierowiczów wydaje się być zajęciem tyleż śmiesznym co jałowym.
Forma i słowa
Równie jałowym, jak krytyka formy działania Frontu Braunowego. Happenerami po stronie niesystemowej byli już w III RP i JKM, i zwłaszcza Andrzej Lepper. Przyznaję, że poza pewnym niuansem priorytetów i przewagą kwestii gospodarczych nad ideowymi nie widzę większej różnicy między wysypaniem przez wodza Samoobrony ukraińskiego zboża na tory, a gaszeniem chanukiji czy zrywaniem ukraińskich flag przez prezesa Konfederacji Korony Polskiej.
O dziwo jednak, dla niektórych słowa okazują się być ważniejsze niż czyny i słów odpowiedzi od Grzegorza Brauna łakną. Rozumiejąc najszlachetniejsze intencje, stojące zapewne za Szanownymi Autorami „7 Pytań do Grzegorza Brauna”, opublikowanych w „Myśli Polskiej” 5. stycznia 2026 r. pragnąłbym jednak zwrócić uwagę, że skoro o słowach mowa – to czy ich nadmiarowi nie towarzyszył niedobór pokory? Czy nasze środowisko, a dokładniej ledwie kilkoro jego przedstawicieli koniecznie musi wołać w imieniu i LN, i ZLN, i OWP, i SN (zwłaszcza w sytuacji, gdy chyba zapomniano o opisanych wyżej trudnych początkach Ligii Narodowej – tej historycznej)? Przecież to już skromniej byłoby wyrąbać p. Braunowi od razu: „My, Naród!”. A przecież w miłym pewnie gustowi wielu czytelników „Myśli Polskiej” serialu „07 zgłoś się” porucznik Borewicz podkpiwał, że „u nas każdy ma w zwyczaju przemawiać w imieniu narodu i to, co myśli ze szwagrem, to oczywiście zdanie większości”…
PRLorealizm i filoPRLizm
Skoro zaś jesteśmy przy kinie PRL-u – to warto się zatrzymać nad samą Polską Ludową. Nie budzi zastrzeżeń fakt, że w ostatnich latach do grona stałych czytelników „Myśli Polskiej” dołączyło wiele osób odczuwających więź i sentyment do okresu PRL. Osobiście przyjmuję to z satysfakcją, bo już 30 lat temu, gdy zaczynałem swoją współpracę z naszym pismem, starałem się także własną publicystyką wyróżnić je od innych, licznych wówczas wydawnictw endeckich m.in. właśnie ową nutą PRLorealizmu. Realizmu jednak, nie afirmacji, co jest rozróżnieniem tak istotnym jak to między przyprawą a daniem głównym.
Racjonalni endecy dostrzegają pozytywy Polski Ludowej właśnie weryfikując jej osiągnięcia pod kątem zgodności z polskim interesem narodowym, nie zaś tylko wzdychają za przeszłością, gdy mleko było w butelkach, KOR-owcy w więzieniach, a my byliśmy młodsi i pełni optymizmu. Słusznie też zawsze zarzucaliśmy głównemu szlamowi partyjnemu III RP, że stosunek do przeszłości w ogóle, a do PRL-u w szczególności nie powinien być głównym weryfikatorem czyjejś prawomyślności patriotycznej. Czemu więc niektórzy chcieliby dziś zastosować tę samą, odrzuconą już niegdyś metodę w stosunku do Grzegorza Brauna? „Powiedz natychmiast co myślisz o PRL-u, bo cię nie poprzemy!” – przecież to cenckiewiczym, tylko a rebours!
Trumposyjonizm a gaśnica
Inny zarzut, który w środowisku wysuwa się wobec Frontu Gaśnicowego, to jego podobieństwo (znowu, raczej zewnętrzne) do… trumpizmu i założenie, że wobec tego braunizm jest tylko kolejnym amerykańskim pomysłem na politykę w III RP. Cóż, pogląd ten falsyfikuje jedno słowo: GAŚNICA. Żaden trumpista, szczery czy zwłaszcza wynajęty nigdy nie podniósłby ręki na chanukiję, nigdy też nie nazwałby po imieniu zbrodni syjonistycznych, ani kłamstw przemysłu holokaustu i międzynarodowych roszczeń. A pos. Braun to potrafił! I tak jak należy mu się uznanie, za podniesienie w bardzo trudnym momencie hasła powstrzymania ukrainizacji Polski, tak równie ważnym było przywrócenie kwestii antysyjonizmu do debaty publicznej w naszym kraju w sytuacji, gdy (inaczej niż na Zachodzie) tematykę tę porzuciła i oficjalna lewica, i nasi byli koledzy, którzy przechodząc na pozycje naradawe i właśnie protrumpistowskie musieli ukorzyć się przed syjonistycznym Złotym Cielcem (o czym opowiadałem niegdyś na WbrewCenzurze).
Jeśli szukamy ochotników do zostania kolejną transzą amerykańskiej agentury w Polsce – to zdecydowanie łatwiej odnaleźć ich w neo-Konfederacji i zwłaszcza RN, a nie w Koronie. Jeśli zaś ta korzysta z transatlantyckiej fali wzmożenia, nazywanej często nieprecyzyjnie prawicowym populizmem – to co w tym właściwie złego? Głosząc pochwałę realizmu politycznego trudno byłoby obrażać się na wykorzystanie historycznego i geopolitycznego momentu, o ile oczywiście międzynarodowy trend udaje się nasycić polskim duchem, a zwłaszcza polską myślą narodową.
Polacy i Rosjanie
A no właśnie, polską i myślą. Ponoć każdy zamieszczony w całości cytat zmniejsza liczbę czytelników i tak długiego tekstu o połowę, dlatego daruję Państwu ten doskonale znany, o nienawidzeniu Rosjan silniejszym od miłości do Polski, jednak czy sytuacja nie ma się podobnie z tymi, którzy bardziej nienawidzą Ameryki? Albo bardziej kochają czy przynajmniej lubią Rosję? Był czas, że nas, publicystów nawołujących do ułożenia przez Polskę partnerskich, obopólnie korzystnych stosunków z Rosją było w Polsce ledwie kilku. Nie dlatego, że Rosja była tak potężna i groźna, ale dlatego, że wydawała się tak słaba i nieistotna. A jednak – mówiliśmy i pisaliśmy – przyszłość Polski i Polaków sprowadza się do znalezienia własnej drogi między Zachodem i Wschodem, bez tracenia z oczu bliskiej zagranicy i niezależnie od tego kto akurat na Wschodzie i Zachodzie zasiada na tronach.
Z tej właśnie perspektywy i nie zmieniwszy zdania od kilku już dekad zastrzegam i przypominam: ułożenia stosunków Polski z Rosją nie dokona żadne stronnictwo, które będzie samoidentyfikować się jako pro-rosyjskie, bo ani nie zdobędzie poparcia wśród Polaków, ani szacunku u Rosjan. Tak właśnie historycznie było z narodową demokracją, która była w stanie wystąpić jako właśnie NARODOWA reprezentacja Polaków wobec Rosji, bo ani w Warszawie, ani w Moskwie nikt nie miał wątpliwości, że Roman Dmowski i jego obóz stoją na gruncie interesów polskich. I nie przeszkodziło w tym nawet i to, że Dmowski o Rosjanach pisał per „Moskale” [6].
Słowa, słówka i słóweczka
W ogóle zresztą łapanie Grzegorza Brauna za słówka jako żywo przypomina zastrzeżenia bynajmniej nie endeckie, ale wysuwane wobec endecji przez nierozumiejących czym ruch narodowy jest i do czego dąży. Jak pisał Dmowski: „To, co w publikacjach stronnictwa występowało jako podstawa kierunku narodowego, podawał on niewytrawnemu, nie umiejącemu ściśle myśleć czytelnikowi jako punkty programu praktycznego, ideał niepodległości utożsamiał z praktycznym programem powstańczym, ułatwiał sobie zadanie przez przemilczanie najpoważniejszych wynurzeń publicystyki demokratyczno-narodowej, a natomiast sypał pełną garścią cytaty z przemówień i artykułów niedojrzałych studentów, nie dorosłych jeszcze do zrozumienia istoty kierunku, lub z utworów starego emigranta, przechowywanego w obozie narodowym jako szanowna pamiątka przeszłości” [7]. Tak mniej więcej brzmi to ciągłe międlenie „a Waluś to, a Olszański tamto…”.
Publiczny wizerunek posła Brauna zbudowany jest nie tylko na świadomie kontrowersyjnej formie i archaizowanej polszczyźnie podawanej głębokim głosem, ale na konsekwentnym przekazie, w świadomości polskiej jednoznacznie kojarzonym z patriotyzmem. Mieści się w nim postulat Polski silnej, także militarnie, bo pacyfizm i dążenie do jednostronnego rozbrojenia nigdy nie był zgodny z polską racją stanu. Mieści przekonanie, że za zdradę ojczyzny należy się kara główna, tak jak kula w łeb za dezercję w obliczu wroga – bo polski nacjonalizm to skrajne przeciwieństwo zarówno ślepej straceńczości, jak i rozhisteryzowanego tchórzostwa. W tym wszystkich sensach Grzegorz Braun, nie będący przecież endekiem, wydaje się być bliżej esencji tego co polskie niż ci, którzy na siłę chcieliby ją zmierzyć i nie tyle dopasować do jakiegoś wzorca, co raczej z niechęcią odrzucić, jako rzekomo niegodną historycznej tradycji i teoretycznych założeń. Koledzy wybaczą, ale kręcąc nosami na Polaków oglądających wygłupy Kamratów nie różnicie się bardzo od… elitek głównego nurtu, wiecznie nadąsanych, że im naród znów nie dorósł.
Racja moja i mojsza
Nawet zaś, gdy w końcu pos. Braun i Front Gaśnicowy zasłużą w końcu na jakąś pochwałę, to rzucana jest ona z przekąsem i poczuciem wyższości, tym samym, który okazywano niegdyś… Dmowskiemu, gdy rozpaczliwie z szeregów zachowawców starano się za nim nadążyć: „Periodycznie powtarzał się w nich triumfalny refrain: oto demokracja narodowa przeszła na nasze podwórko, oto nauczyła się od nas rozumu, oto przejęła naszą politykę…” [8]. Pokusa, by mieć rację, zwłaszcza małżeństwie i publicystyce jest szczególnie mocna. W obu tych przypadkach jednak zawsze dobrze jest się zastanowić: czy tym razem naprawdę warto? Czy naprawdę trzeba aż tak się nakręcać, ogłaszać kolejne, choćby najbardziej błyskotliwe zastrzeżenia, a wszystko to w nieskrywanej nadziei, że może coś jednak pójdzie nie tak, że może spełni się któryś z wieszczonych czarnych scenariuszy, dojdzie do Paktu Senackiego obu Konfederacji z PiSem albo że Grzegorz Braun zerwie opaskę i okaże się, że pod spodem ukrywa loczek Trumpa? A wszystko tylko po to, by móc sapnąć: „No, od razu mówiliśmy, że się nie uda!” i wrócić na kanapę?
Myśl Polska i patriotyzm
Tyle mojej rady, zrobicie, jak będziecie uważać, jak powiedział pułkownik Kwiatkowski do Moczara. Ja wiem tyle, że dopóki przy Grzegorzu Braunie widzę Mateusza Piskorskiego to właśnie nasz kolega jest mocną gwarancją, że czarne scenariusze się nie spełnią. Bo to Mateusz byłby problemem dla PiSu przy jakichkolwiek próbach układów z Frontem Gaśnicowym, nie odwrotnie i to Mateusz jest tym, który wspólnie z kol. red. Janem Engelgardem i kol. prezesem Przemysławem Piastą dokonał dzieła odnowienia „Myśli Polskiej”. Dzieła, które winno być dalej rozwijane i umacniane, zgodnie ze wskazówką udzieloną przez Romana Dmowskiego:
„Przed ludźmi, usiłującymi organizować politycznie społeczeństwo polskie pod koniec ubiegłego stulecia, leżały trzy drogi:
– albo odwoływać się do patriotyzmu, szukać w nim oparcia, biorąc go takim, jakim jest, podsycać go nawet w jego złych stronach, bez względu na to, z jakim to będzie skutkiem dla narodowej sprawy;
– albo wystąpić z nim do walki, gromić jego zdrożności, czynić go odpowiedzialnym za wszystkie narodowe klęski, bronić swe własne szeregi od zapału patriotycznego jako od największego niebezpieczeństwa;
– albo wreszcie, uznając z jednej strony, że polityka polska tylko na silnym gruncie patriotycznym może być zbudowana, z drugiej zaś widząc te niebezpieczeństwa, jakie wynikają ze złego wychowania politycznego naszego patriotyzmu – oprzeć się mocno na patriotyzmie, ale zająć względem niego stanowisko nie bierne, lecz czynne, nie schlebiać i nie poddawać się jego złym stronom, jeno pracować nad jego wychowaniem, oczyszczać go z wad i kształcić w nim zalety, do jakich daje podstawę zdrowe poczucie narodowe i szczera, gorąca miłość ojczyzny, stanowiące niewątpliwe właściwości naszego narodu” [9].
I tej właśnie siły, by przełamać bierność i pójść z patriotyzmem polskim i pracować nad nim razem wszystkim nam życzę, nie tylko na ten nowy, 2026 rok. Szczęść Boże!
Konrad Rękas
[1] „Upadek myśli konserwatywnej w Polsce”, luty 1914 r. w: Roman Dmowski „Pisma”, t. IV, Częstochowa 1938 r., str. 90.
[2] „Dziś, jak obwieszczają światu pisma wszechpolskie, zasiada w Warszawie władza tajna, która wprawdzie sama nazywa się „Ligą Narodową”, ale która pozwala swoim organom i agencyom tytułować się „Rządem Narodowym”, „prawnie funkcyonującą władzą państwa polskiego”, i która poczuwa się do „kierowania interesami narodu”… Stronnictwo, które z łona jej wyszło, i którem Liga Narodowa „kieruje”, rozporządza kilkunastu pismami we wszystkich częściach Polski i na emigracyi. Program ruchu ten sam, co przed laty czterdziestu: niepodległość, wywalczyć się mająca przez zbrojne powstanie i tak samo, jak w r. 1863, ruch ograniczony tylko do zaboru rosyjskiego” – Scriptor [Erazm Piltz] „Nasze stronnictwa skrajne”, w: „Materyały i myśli polityczne”, przez Kraków, skład główny w drukarni W. L. Anczyca i spółki 1903, str. 8-9
[3] Ignacy Matuszewski, „Tygodnik Ilustrowany” nr 18, 4 maja 1907 r.
[4] „Upadek myśli konserwatywnej w Polsce”, luty 1914 r. w: Roman Dmowski „Pisma”, t. IV, Częstochowa 1938 r., str. 50.
[5] op. cit., str. 113
[6] Roman Dmowski, „Myśli Nowoczesnego Polaka”, 1948 r. [I wyd. 1903 r.], str. 110.
[7] „Upadek myśli konserwatywnej w Polsce”, luty 1914 r. w: Roman Dmowski „Pisma”, t. IV, Częstochowa 1938 r., str. 85.
[8] „Upadek myśli konserwatywnej w Polsce”, luty 1914 r. w: Roman Dmowski „Pisma”, t. IV, Częstochowa 1938 r., str.116-117.
[9] op. cit, str. 77



