FelietonyJankowski: Fabryka patologii

Redakcja14 godzin temu
Wspomoz Fundacje

Zamieszanie wokół przejęcia Pogoni Szczecin przypomniało nam wszystkim cyrki wokół podobnej operacji przy Wiśle Kraków. Operacji, która skończyła się zresztą dla klubu tragicznie. Jeden z najbardziej utytułowanych polskich klubów grzęźnie bowiem na drugim poziomie rozgrywkowym.
Współczesna zawodowa piłka nożna staje się więc w coraz większym stopniu żerowiskiem dla milionerów i miliarderów. Mniej lub bardziej prawdziwych. Czy jednak ta piłka rzeczywiście na tym zyskuje?
Z właścicielami klubów jest trochę tak, jak z dyktatorami. Mogą być dobrzy, ale mogą też być i źli. I niewiele można z nimi zrobić do czasu, aż nie utracą mocy sprawczych. W najsilniejszych ligach właściwie obyło się do tej pory bez większych afer, choć zdarzały się też i nieudane projekty, jak ten z Herthą Berlin, która wylądowała w 2. Bundeslidze po tym gdy weszła w fazę realizacji Big-City-Club.
Mniej pozytywnie jest jednak w ligach mniej znanych i prestiżowych, w tym właśnie w polskiej. Pogoń Szczecin zaś w ogóle ma pecha Po przygodach z Antonim Ptakiem i Sabri Bekdasem, teraz na arenę wkroczyli Nilo Effiori i Alex Haditaghi. Ale właśnie, czy to brak szczęścia czy umiejętności wyciągania wniosków? Historia inwestycji irańskiego Kanadyjczyka nie napawa optymizmem. Zdolny jest do nagłych zwrotów akcji, a to niczego dobrego nie wróży, zwłaszcza gdy klub jest tak zadłużony jak Portowcy.
„Bogaty, prywatny właściciel”. Jak to cudownie brzmi. Ktoś, kto ma pieniądze, ktoś kto może nimi zarządzać w sposób nieskrępowany, nie opiera się na publicznych środkach itd. Ale jednocześnie ktoś, komu może się to znudzić, ktoś kto uzna, że inwestycja się nie spłaca, więc trzeba się jej pozbyć, ktoś kogo nie można kontrolować i wreszcie: ktoś, kto nie ma zobowiązań wobec lokalnego środowiska, więc nie czuje specjalnej odpowiedzialności za los klubu, który przejmuje.
Czy piłkę nożną, która jest w Polsce sportem najpopularniejszym, powinniśmy oddawać w zarządzanie takim szarlatanom? Czy powinniśmy pokładać w nich nadzieje na dobro naszych klubów? Cóż, pokusa jest duża. Nie byłoby wielkiej Wisły bez ery Cupiała, ale też po Cupiale pozostały zgliszcza. Nie byłoby rekordowego transferu Adriana Mierzejewskiego bez upartości Józefa Wojciechowskiego, ale Polonię też zostawił w opłakanym stanie bez licencji. Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie czy dla krajowej piłki nożnej lepsze są wzloty i upadki czy jednak „skromnie, ale stabilnie”.
Czasy są takie, że trudno wykluczyć inicjatywę prywatną z piłki nożnej. Ale na pewno warto przemyśleć inne formy finansowania klubów. Może w ogóle też strukturę ich przychodów i wydatków. W Polsce tak naprawdę nikt się tym na serio dotychczas nie zajął, dlatego co parę lat mamy tutaj opowieści cudotwórców, zwykle bez szczęśliwego zakończenia. A to nie tak, że nie istnieją możliwości redukcji ryzyka. W Niemczech mamy choćby zasadę blokującą przejęcie pakietu kontrolnego nad klubami przez takich bajkopisarzy z (często urojonymi) miliardami. Niektórzy domagają się jej zniesienia, twierdząc że tworzy to sufit dla Bayernu Monachium czy Borussii Dortmund, inni wskazują na obchodzenie przepisów przez RB Lipsk, TSG Hoffenheim czy wciąż jeszcze mistrzowski z poprzedniego roku Bayer Leverkusen, ale jednak to zapewnia piłce pewną stabilność. W końcu nieudany projekt Herthy Berlin rzeczywiście z ligi spadł, ale nie ma tragedii w postaci totalnej upadłości i długów na wieczne nieoddanie.
Czas już najwyższy, by polska piłkarska centrala pomyślała o rozwiązaniach prawnych chroniących kluby i ich kibiców przed ryzykami związanymi z magikami od uzdrowienia finansów i wielkich sukcesów, które kończą się degradacją i resetem w 4 lidze. Za dużo już uznanych marek na tym ucierpiało. Nie wiadomo, czy właśnie w kolejce nie pojawiła się następna…
Tomasz Jankowski
fot. profil X Pogoni Szczecin
Myśl Polska, nr 13-14 (30.03-6.04.2025)

Redakcja