HistoriaOpinieKłamstwa Grzegorza Motyki

Redakcja4 tygodnie temu
Wspomoz Fundacje

Prof. Grzegorz Motyka, mianowany ostatnio, na wniosek szefa MON, członkiem rządowej komisji ds. wpływów rosyjskich, zamieścił artykuł na temat 27 Dywizji AK w dodatku historycznym „Gazety Wyborczej” („Największa jednostka Armii Krajowej”, GW, 15-16.06.2024). Przy okazji zaatakował nieżyjących już działaczy kresowych za rzekome storpedowanie „owocnego” dialogu polsko-ukraińskiego.

Rzecz dotyczy dialogu jaki toczył się w latach 1996-2002 między środowiskiem 27 Dywizji AK  a Związkiem Ukraińców w Polsce i historykami ukraińskimi. W pewnym momencie „dialog” się skończył. Dlaczego? Motyka tłumaczy to tak: „Otwartość i chęć dialogu wołyńskich kombatantów została poddana ostrej krytyce przez kresowych radykałów. Pod jej naciskiem w końcu zrezygnowano z kontynuowania seminariów. Charakterystyczne, że żołnierzy AK, jak się później okazało, krytykowały środowiska, wśród których prym wiodło dwóch byłych członków sowieckiej milicji pomocnic (istrebitielnych batalionów) i pułkownik Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego”.

Nie wymienia nazwiska, ale w środowisku kresowym są one dobrze znane. Są to: Stanisław Jastrzębski, Szczepan Siekierka i płk. Jan Niewiński (obaj na zdjęciu z 2013 roku). Wszyscy już nie żyją. Użycie pod adresem Jana Niewińskiego „pułkownik Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego” jest oczywiście podłością, bo w tym czasie kiedy KBW walczył z UPA (koniec lat 40.) Niewiński miał 26 lat i pułkownikiem KBW nie był. Poza tym pan Motyka „pominął” taki fakt, że Niewiński w latach 1943-1944 był członkiem AK i komendantem samoobrony w Rybczy k. Krzemieńca.

Ale nie to jest najważniejsze. Problem w tym, że to nie ci trzej działacze kresowi doprowadzili do końca „dialogu” polsko-ukraińskiego. Przyczyny były zupełnie inne i pan Motyka o tym wie, liczy jednak na to, że nikt już nie pamięta jak było naprawdę. Wyjaśnił to bardzo szczerze jeden z uczestników tego „dialogu” Andrzej Żupański, który reprezentował 27 Dywizję AK i uwierzył podszeptom Jacka Kuronia, że taki dialog trzeba podjąć. Żeby przypomnieć fakty odwołam się do tekstu jaki opublikowałem na naszych łamach w 2008 roku:

„Kiedy Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej, a właściwie jego część skupiająca kombatantów 27 Dywizji AK (wołyńskiej), wysunęła pomysł wspólnych polsko-ukraińskich konferencji historycznych, mających na celu „dojście do prawdy” na temat najnowszej historii polsko-ukraińskiej – większość środowisk kresowych była sceptyczna. Z czasem, kiedy okazywało się, że strona polska idzie na daleko idące ustępstwa wobec ukraińskiego partnera (np. zgoda na używanie pod adresem UPA terminu „formacja narodowo-wyzwoleńcza”) – nastroje w stosunku do polskich organizatorów tego przedsięwzięcia stały się wręcz wrogie. Pod szczególnym ostrzałem znalazł się Andrzej Żupański ze środowiska 27 Dywizji AK. Tym bardziej, że początkowo przedsięwzięciu patronowała „Gazeta Wyborcza”, a jednym z propagatorów był Jacek Kuroń. W dodatku partnerem strony polskiej był Związek Ukraińców w Polsce – organizacja, która jawnie gloryfikuje OUN-UPA, między innymi na łamach swojego organu „Naszego Słowa”.

Mimo to konferencje się odbywały, i w Polsce, i na Ukrainie (w latach 1996-2002). W wydanej obecnie książce („Tragiczne wydarzenia za Bugiem i Sanem przed ponad sześćdziesięciu laty – poznaj werdykt historyków polskich i ukraińskich”, Światowy Związek Żołnierzy AK, Wyd. RYTM, Warszawa 2007, ss. 80) Andrzej Żupański opisuje, bardzo syntetycznie, ich przebieg. Była to, jak wynika z tekstu, droga przez mękę. Od samego początku strona ukraińska traktowała całe przedsięwzięcie po macoszemu – fatalna organizacja, tendencyjny dobór historyków, którzy w dodatku nie byli merytorycznie przygotowani do podjęcia tematu lub uprawiali prymitywną propagandę banderowską. Z udziału wyłączono tych polskich historyków, którzy nie podobali się stronie ukraińskiej (banderowskiej). Podczas obrad starła się ona przerzucać winę na stronę polską, a kiedy strona polska nie zgodziła się na potępienie Akcji „Wisła” – Związek Ukraińców w Polsce wycofał się z udziału w konferencjach, a Fundacja Batorego, która wspierała finansowo organizację konferencji – cofnęła dotacje. Wyszło w tym momencie na jaw, że Związek Ukraińców w Polsce miał tylko jeden cel – doprowadzić do potępienia Akcji „Wisła” i w ten sposób niejako zrównać zbrodnie UPA z polskimi działaniami przeciwko niej wymierzonym. Przez okres trwania konferencji odbywały się one przy całkowitej obojętności władz państwowych polskich i ukraińskich. Na koniec sporządzono protokół uzgodnień i rozbieżności i na tym koniec. Historycy ukraińscy, którzy przyznali w trakcie obrad, że na Wołyniu i Podolu doszło do tragedii, na użytek wewnątrzukraiński  tego tematu nie podejmowali, bo byliby spostponowani. Na zakończenie Andrzej Żupański daje wyraz swojemu rozczarowaniu efektami przedsięwzięcia. Pisze:

„W 2005 r. na Ukrainie rozpoczęła się gwałtowna agi­tacja neonacjonalistów, aby UPA otrzymała uprawnienia kombatanckie. W tej sprawie Polska zachowała się obo­jętnie. Żadna z instytucji Państwa Polskiego nie uważała za konieczne zabranie głosu w tej sprawie. Ministerstwo Spraw Zagranicznych, Instytut Pamięci Narodowej i Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa milczały i milczą do dziś. A przecież nobilitacja UPA i zaliczenie jej do bo­haterów narodowych Ukrainy oznaczałoby, że państwo to akceptuje zabicie 100 tysięcy Polaków. Czy tak się dba o bliskie stosunki z sąsiadem? Przecież taki akt zamyka Ukraińcom drzwi do NATO i Unii Europejskiej! Kraj po­pierający terroryzm nie może być członkiem tych organi­zacji (jak na przykład Turcja), a polskie organizacje Kre­sowe w kraju i za granicą mają dość dowodów i dość zde­cydowania, by skutecznie protestować przeciwko przyję­ciu Ukrainy do tych struktur. Czy milczenie naszego kraju w tej kwestii nie jest najlepszym sposobem na zbliżanie się Ukrainy do Rosji i odpychanie jej od Europy? (…)

Mamy nadzieję, że książka dotrze także do prezy­dentów państw i ułatwi podjęcie rozstrzygających decy­zji w tej kluczowej sprawie, która stanowi przeszkodę na drodze dalszego zbliżenia obu naszych narodów. Polska ma za sobą trzy akty skruchy wobec Ukrainy i Ukraińców (nie licząc kilku przeprosin Aleksandra Kwaśniewskiego): Uchwałę Senatu z 1990 r. w sprawie akcji „Wisła”; Oświadczenie 200 intelektualistów w 1997 r. w tej samej sprawie oraz udział w uroczystości w Pawło­komie. Ukraina zaś tylko jeden: w Porycku (Pawliwce) 11 lipca 2003 r.

Widoczny jest wyraźny brak zainteresowania po­dobnymi aktami ze strony Ukrainy, mimo że to ona, a nie Polska, ma co potępiać. Zorganizowanie przez Polskę uroczystości w Pawłokomie wcale nie spotkało się z po­dobnym zamiarem Ukraińców. A polskie władze tego się nie domagają. W urzędach w Kijowie i Łucku od kilku lat leżą wnioski Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeń­stwa w sprawie ekshumacji szczątków pomordowanych na Kresach Polaków i przeniesienie ich z miejsc pochów­ku na najbliższy cmentarz katolicki. Monity Rady nie od­noszą skutku. Z przykrością odnotowujemy też brak ja­kiegokolwiek wsparcia Rady przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych lub inne odpowiednio wysokie polskie instytucje, na przykład Kościół katolicki. Tak jakby dla naszego Kościoła obojętne było, że dziesiątki tysięcy po­mordowanych katolików spoczywają od sześćdziesięciu lat w niepoświęconej ziemi (…)

Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej uwa­ża, że jedynym aktem, który powinien być dokonany, aby przeszłość przestała stać na naszej drodze, jest potę­pienie przez społeczeństwo i władze Ukrainy zbrodni do­konanej w czasie II wojny światowej przez nacjonali­stów ukraińskich na ludności polskiej Kresów Południo­wo-Wschodnich II Rzeczypospolitej. Dla osiągnięcia tego celu Ministerstwo Spraw Zagranicznych w kontak­tach z przedstawicielami władz ukraińskich powinno re­prezentować takie stanowisko. Oświadczenie prezyden­tów z 2003 r. nie wywołało żadnych negatywnych skut­ków. Ukraina to nie tylko nacjonaliści i komuniści, ale też wielkie intelektualne centrum, które wie, że zbrodnie powinny być potępione, jak na przykład zbrodnia zagłodzenia milionów Ukraińców w latach trzydziestych ubiegłego wieku.

Wpływy Polski na Ukrainie są mocno ograniczone, natomiast inaczej ma się sprawa z polskimi Ukraińcami, którzy są obywatelami Polski. Związek Ukraińców w Polsce, reprezentant tej mniejszości narodowej, też po­winien potępić oficjalnie i publicznie znaną mu doskona­le zbrodniczą przeszłość nacjonalistów ukraińskich.

Tymczasem wszystkie pytania naszego Związku Zwią­zek Ukraińców w Polsce zbywa… milczeniem. Związek Ukraińców w Polsce najwidoczniej uważa, że można, żyjąc w Polsce, milczeniem pochwalać tę zbrodnię. Ostat­nio prezes Zarządu Głównego ZUwP na pytanie dzienni­karza czy UPA powinna, według niego, zostać bohate­rem narodowym Ukrainy, odpowiedział twierdząco. Czyli nie ma zbrodniarzy, zabójców dziesiątków tysięcy Polaków: mężczyzn, kobiet i dzieci, w dużej części zabi­tych w sposób okrutny. Są tylko bohaterowie!

Na zakończenie należy stwierdzić, że po badaniach historyków polskich i ukraińskich, po ustaleniu przez nich wszystkich podstawowych faktów, pozostaje tylko dopro­wadzić do potępienia zbrodni przez Ukrainę i Ukraińców. Czy dojdzie do tego – nie wiadomo. Można tylko przy­puszczać, że jeżeli tego nie uczynią Ukraińcy miesz­kający w Polsce, szansa jest niewielka. Gdyby jednak Związek Ukraińców w Polsce zrobił to, co powinien, przykład z Polski miałby dla przeciętnego Ukraińca ogromne znaczenie. Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej za­mierza, po wydaniu tej książki i pozytywnym jej przyję­ciu, wydać jej ukraińską i angielską wersję”.

Czy warto więc było? – można zadać pytanie. Pewnie polscy inicjatorzy tego przedsięwzięcia mieli inne oczekiwania – uznali, że lepszą drogą dojścia do prawdy jest dialog. Tymczasem jedyne co osiągnęli, to ujawnienie prawdziwego oblicza swoich partnerów. To jest chyba efekt niezmierzony, ale dobre i to. Teraz nikt ze strony np. Związku Ukraińców w Polsce nie będzie mógł twierdzić, że w Polsce środowiska kresowe są  nieodpowiedzialne i nie chcą rozmawiać o historii. Teraz jest pewne, że to ZUwP  nie chce dyskusji, jeśli ta nie przebiega po jego myśli. Ostre słowa Andrzeja Żupańskiego są jednocześnie wyrazem jego głębokiego rozczarowania tym, co się wydarzyło. Może trzeba było przez to przejść, by pozbyć się złudzeń”.

Tyle mojego tekstu sprzed lat. Mam tylko jedno pytanie – czy pan Motyka zna tę publikację Andrzej Żupańskiego? Jeśli tak, to jakimi motywami kieruje się kłamiąc w żywe oczy na łamach „Gazety Wyborczej” i piętnując nieżyjących już działaczy kresowych?

Jan Engelgard

 

Redakcja