PublicystykaJankowski: Nerwowość zdradza niepewność

Redakcja1 tydzień temu
Wspomoz Fundacje

Niewspółmierne i bezprawne reakcje establishmentu na wyjazd sędziego Tomasza Szmydta na Białoruś, jak i samosądy w wykonaniu bezpieki, jeszcze za poprzedniej władzy, to wyraz niepewności, najwyraźniej rozdzierającej polską klasę polityczną od wewnątrz, co najmniej od początku nowej fazy wojny na Ukrainie.

Przy czym należy stwierdzić, że to przeczucie wcale nie jest niesłuszne. Geopolityczna pozycja Polski stanie się nie do utrzymania, jeżeli Rosja osiągnie swoje cele na Ukrainie, a nic nie wskazuje na to, by z ich osiągnięcia jakkolwiek rezygnowała. Zaneguje to bowiem funkcjonującą od początku III RP prawidłowość z „końca historii” Francisa Fukuyamy, że oto teraz demokracja liberalna będzie już tylko wszędzie zwyciężać, a NATO i Unia Europejska będą rozszerzać się na wschód, podbijając kolejne rynki zbytu i zasobów.

Polska „racja Stanów” w rozsypce

W tej i tylko w tej konfiguracji, obecna polska klasa polityczna była komuś potrzebna na Zachodzie. Jako taran kierowany na Wschód. Jako zaplecze logistyczno-intelektualne misji rozszerzania wpływów „wolnego świata”. To nie zawsze wprawdzie wychodziło, choćby na Białorusi, ale nigdy do tej pory konkurencja nie przeciwstawiła się temu w takiej formie jak obecnie. Możemy oczywiście skupiać się na moralnym aspekcie interwencji wojskowej Moskwy, ale niczego to nie zmienia. Postawienie granicy przez Kreml, popierany przez niemalże cały niezachodni świat, to tzw. gamechanger.

Polska może się więc już tylko starać o jak najwyższą pozycję w ramach Mitteleuropy, a więc po prostu słuchać się Berlina (który na wojnę się przecież nie wybiera), albo szukać dróg porozumienia z rodzącym się światem wielobiegunowym, jak Węgrzy czy Turcy. Tertium non datur. Bardzo wątpliwa jest bowiem chęć kontynuacji dotychczasowej polityki w naszym regionie przez Stany Zjednoczone. Nie jest to ta część globu, którą Wall Street uzna za kluczową, zwłaszcza w obliczu konieczności podjęcia decyzji o ograniczeniu własnej aktywności w związku z utratą siły oddziaływania. Bliski Wschód i Pacyfik są dla Waszyngtonu zwyczajnie ważniejsze, bo bardziej dochodowe.

Prawo? Niekoniecznie

Pewnym dorobkiem cywilizacyjnym Zachodu, tak jak nam go przedstawiano, było „państwo prawa”. To miała być jedna z największych zalet integracji z „wolnym światem”, tzn. przekreślenie możliwości podejmowania decyzji przez władzę polityczną bez odpowiednich sankcji prawnych. Te z kolei miały być oparte o powszechne i uniwersalne na Zachodzie wartości, na czele ze swobodami obywatelskimi. Ilekroć przypominano „miesiące PRL-u”, za każdym razem towarzyszyły tej narracji pojękiwania o tym jak to nie było nikogo, kto napisałby o zdarzeniach prawdę, bo nie było wolnych mediów i wolności słowa.

Tymczasem Tomasz Szmydt dostaje zarzuty karne o „współpracę z obcym wywiadem” od Prokuratora Generalnego, czyli Adama Bodnara, uchodzącego za szermierza praw człowieka. Zarzuty uzasadnione zostają… zabraniem głosu w mediach zagranicznych, w których podejrzany miałby wypowiedzieć opinię „godzącą w interesy Rzeczpospolitej”. Naprawdę?! I proszę spojrzeć na analogię: zauważa się to na łamach „Myśli Polskiej”, ciągle bezprawnie blokowanej przez bezpiekę. Różnice z tym strasznym PRL-em ograniczają się wyłącznie do tego, co wynika z rozwoju technologii.

Błędem było więc przypuszczenie, że dojście do władzy fajnopolackich, uśmiechniętych liberałów da nam nieco oddechu i zakończy represje karne wobec ludzi nieutożsamiających się z obecnym kierunkiem polityki zagranicznej RP. Niestety, w opcji „probrukselskiej” niewiele słabsza jest wiara w amerykański mit „policjanta świata”, a i pomysł na siebie również do tego parasola się ogranicza. Różnić się może poziom represji, ale przecież to są różnice kosmetyczne. Janusz Niedźwiecki właśnie dobija trzeciego roku w areszcie, a „Gazeta Wyborcza” bez żenady pisze, że jego zbrodnie miały polegać na organizowaniu wyjazdów na obserwacje wyborów dla polskich parlamentarzystów.

Gdyby „koszmar” był prawdą

Główne siły polityczne w Polsce nadal przerzucają się oskarżeniami o „prorosyjskość”. Zmieniła się jedynie siła tych oskarżeń, bo PiSowi pozostały konta na X i TV Republika, a TVP przeszła pod władanie rządzącej koalicji. Ten przekaz uśmiechniętych jest obecnie silniejszy. Rosjanie mają nas wprawdzie za zagadnienie trzeciorzędne, ale mogliby się uśmiać gdyby zobaczyli debatę w Rzeczypospolitej.

Rządy „opcji prorosyjskiej” to w dzisiejszej Polsce rzecz absolutnie niewyobrażalna, chyba że uznamy iż „oni wszyscy” mają rację. Prowadziłoby to do ciekawych wniosków, mianowicie, że to Moskwa zabiegała o członkostwo Polski w UE, na Kremlu wymusili na nas akcesję do NATO, Putin zaprosił do Polski amerykańskie wojska, a i sankcje przeciw Federacji Rosyjskiej to wymysł jakichś Ruskich.

Gdyby faktycznie w którymś momencie, dajmy na to w tym 2015 roku, do władzy doszedł w Polsce ktoś „promoskiewski”, to wojny na Ukrainie by nie było. Ktoś taki bowiem jeździłby od Moskwy, do Kijowa i pilnował przestrzegania Porozumień Mińskich. Ktoś taki uzależniłby dobre relacje z Ukrainą od przestrzegania praw mniejszości narodowych, w tym polskiej i rosyjskiej. Ktoś taki demaskowałby fałszywą politykę Zachodu, zmierzającą do uczynienia z Ukrainy bazy wypadowej do wojny z Rosją. Tylko tyle i aż tyle, a uniknęlibyśmy trwającej katastrofy. I związanej z nią paranoi.

Tomasz Jankowski

prezes Fundacji Swobód Obywatelskich im. Andrzeja Leppera

Redakcja