KulturaRecenzjePseudopatriotyzm kontra pseudopostęp

Redakcja5 miesięcy temu
Wspomoz Fundacje

Rzadko kiedy jakaś produkcja filmowa skierowana do masowego widza wzbudza na tyle istotne kontrowersje, że niemal każdy próbuje się do niej ustosunkować. Dodajmy: ustosunkowują się w pierwszej kolejności ci, którzy filmu nie widzieli i – jak publicznie deklarują – nie zamierzają go nigdy oglądać.

Chodzi oczywiście o film „Zielona granica” w reżyserii Agnieszki Holland. Przyznać trzeba, że – niezależnie od ocen jej poglądów politycznych i oblicza światopoglądowego – jest to bez wątpienia postać dla polskiej kinematografii istotna. Jeszcze we wczesnym okresie swej twórczości uprawiała krytykę postaw Polaków, często uzasadnioną, jak choćby w „Gorączce” (1980) czy „Kobiecie samotnej” (1981). Zaistniała też w kinie zagranicznym, na przykład całkiem nieźle radząc sobie z reżyserią kilku odcinków „House of Cards”, serialu pokazującego kuchnię amerykańskiej polityki. Ale jednocześnie zajęła stanowisko typowe dla części polskiej, do bólu poprawnej politycznie inteligencji liberalnej, tęskniącej pewnie za czasami salonowej Unii Wolności, a dziś – mimo zaawansowanego wieku – opiewającej wszelkie krzykliwe mniejszości spod tęczowych flag. Słowem: gdy mówimy o Holland, pojawia się dysonans na linii całkiem niezłe kino – uproszczone, schematyczne poglądy na świat.

Sztampy i stereotypy środowiskowe muszą wpływać na to, co w twórczości najważniejsze, czyli przekaz. I tak jest bezdyskusyjnie również w „Zielonej granicy”. Od strony warsztatowej czy technicznej film ten może się nawet podobać; mamy przecież do czynienia z obrazem, który stworzyła profesjonalna, doświadczona reżyser. Nieźle wypadły kręcone na Podlasiu zdjęcia do filmu Tomasza Naumiuka. Gorzej trochę z grą aktorską, raczej średnią, choć na tle pozostałych wybijał się grający strażnika granicznego Tomasz Włosok.

Kino to w istocie instrument metapolityczny, a w zwulgaryzowanej wersji – narzędzie propagandowe. Dlatego warto skoncentrować się na przesłaniu i możliwych jego interpretacjach, ocenę walorów artystycznych pozostawiając zawodowym krytykom filmowym. Na pierwszy rzut oka widoczne są dwa istotne przemilczenia w obrazie, który miał nam przecież nakreślić tragedię rozgrywającą się na polsko-białoruskiej granicy.

Po pierwsze, można było pokazać praprzyczynę imigracji pozaeuropejskiej. Od takiego tła zaczął niegdyś w swoim znakomitym filmie poruszających problem tajnych więzień amerykańskich na terytorium Polski inny utytułowany reżyser, Jerzy Skolimowski („Essential Killing”, 2010). Nie bał się pokazać kadrów z Afganistanu, na których uzbrojeni po zęby najeźdźcy zza oceanu polują na całkowicie przypadkowego mieszkańca górskiej części tego kraju, a następnie wywożą go do dalekiej Europy. W filmie Holland też powinno się zacząć od Afganistanu. To z niego pochodzi Leila, grana całkiem nieźle przez irańską aktorkę Behi Djanati-Atai. Podkreśla ona, że jej brat pracował dla polskiego kontyngentu wojskowego w tym kraju, czyli de facto dla pomocników okupantów. Okupant wraz ze wspierającymi go wojskami wyjechał, a dawni kolaboranci zostali pozostawieni na pastwę losu.

Jakże wymowne były w tym kontekście obrazki z kabulskiego lotniska z 2021 roku. Warto byłoby je pokazać, podobnie jak amerykańską agresję na ten targany wojnami kraj. Bo to są realne przyczyny emigracji i podejmowania prób nielegalnego przekroczenia granicy przez setki tysięcy jego mieszkańców. Inny z prezentowanych w Zielonej granicy uchodźców pochodzi z Syrii i próbuje się wraz z całą rodziną przedostać do Szwecji, gdzie jest już jego brat. Pokazuje blizny po chłoście wymierzonej mu przez ludzi tzw. Państwa Islamskiego tylko za to, że zapalił publicznie papierosa. Może więc warto byłoby widzom filmu wyjaśnić skąd na Bliskim Wschodzie wzięły się fundamentalistyczni terroryści i kto zdestabilizował spokojny przez dekady kraj rządzony przez Baszara al-Assada?

Mamy też imigrantów z Afryki. Przyczyna? Nie zapominajmy o zestawie ludobójczych w istocie warunków kredytowych narzucanych krajom Sahelu przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy oraz o neokolonialnej polityce Paryża w tym regionie. Pamiętajmy też o zdemolowaniu Libii i zabójstwie Muammara Kaddafiego, przyjętym z aplauzem przez ówczesną amerykańską sekretarz stanu Hillary Clinton, które w efekcie doprowadziło do przekształcenia najzamożniejszego niegdyś kraju Afryki Północnej we wrota do Unii Europejskiej dla imigrantów z tego kontynentu do Europy. Warto pokazywać źródła problemu, czyli w tym wypadku agresywną politykę tzw. Zachodu wobec krajów pozaeuropejskich. To jednak Agnieszki Holland nie interesowało, albo zwyczajnie zabrakło jej odwagi.

Po drugie, film w sposób jednoznacznie negatywny przedstawia białoruskie służby graniczne, wpisując się tym samym w wiodący ton antybiałoruskiej propagandy dominujący we wszystkich środowiskach głównego nurtu polskiej debaty. O ile część polskich pograniczników przejawia w obrazie Holland ludzkie odruchy, o tyle Białorusini pokazani są w nim niczym siepacze z Gestapo. I tu też brak refleksji o przyczynach tragedii. Granica polsko-białoruska była szczelna, dopóki chciał tego Aleksandr Łukaszenko. Gdy polskie władze wsparły po raz kolejny plany dokonania przewrotu w Mińsku w 2020 roku, prezydent Białorusi mógł się zdecydować na odpowiedź. Nie sposób uznać taką formę politycznej zemsty za działanie zgodne z prawami człowieka, ale w arsenale białoruskich władz nie znaleziono widocznie niczego innego. Cały problem można by rozwiązać, gdyby ktoś z Warszawy zadzwonił do Mińska, wysłał sygnał o gotowości normalizacji naszych stosunków ze wschodnim sąsiadem. Ten prosty fakt też warto byłoby jakoś w filmie zasygnalizować, bo przecież pokazywałby jasno kto ponosi polityczną odpowiedzialność za ludzkie tragedie.

Najważniejsza refleksja po obejrzeniu „Zielonej granicy” Holland dotyczy nas samych. Polskie społeczeństwo przeorane jest głębokimi, choć sztucznie wykreowanymi podziałami, które organizują nasze życie publiczne wokół spraw często drugorzędnych. Film Agnieszki Holland pokazuje je, zapewne zresztą w sposób przejaskrawiony. Z jednej strony mamy funkcjonariuszy Straży Granicznej, programowanych przez proste, w istocie rasistowskie hasła polityków PiS, prymitywnie wyjaśniające im, że wrogami Polski są „ciapaci”, Łukaszenko i – oczywiście – Władimir Putin. Nie wiemy czy takie słowa padały na odprawach polskich pograniczników i żołnierzy z ust ich dowódców. Możemy się jednak domyślać, że tak, skoro taką właśnie retoryką, pogrążoną w oparach absurdu i groteski, posługiwał się szef resortu spraw wewnętrznych Mariusz Kamiński i osoby odpowiedzialne za służby mundurowe.

Nawiasem mówiąc, ten sam obóz rządzący zarabiał całkiem nieźle, handlując polskimi wizami poza Europą, ale to już historia całkiem świeża. Pogranicznicy na obrazie Holland, podobnie jak zwykły polski lud, są ludźmi o ograniczonej wyobraźni, bezkrytycznie przyjmującymi rządową propagandę. I tak pewnie w dużej mierze jest. Świat prymitywnego pseudopatriotyzmu, hasełek typu „murem za mundurem”, wykreowany przez aparat propagandowy PiS, poczynił w umysłach wielu Polaków ogromne spustoszenia.

Ale Holland pokazuje w swoim filmie i świat drugi, temu pierwszemu przeciwstawny. To środowisko tzw. aktywistów, którzy postanawiają uchodźcom pomagać. Kim oni są? Ludźmi pozbawionymi trosk materialnych, przedstawicielami dobrze opłacanych wolnych zawodów albo ludźmi korporacji, całkowicie oderwanymi od rzeczywistości i problemów, którymi żyją ich współobywatele. Na tych ostatnich patrzą z pogardą, z wysoka. Ich styl życia i profil kulturowy pokazują, że stanowią mniejszość epatującą nieakceptowaną przez większość orientacją seksualną, przesiąkniętą ideologią genderyzmu. W skrócie: w filmie Holland (a może i w polskiej rzeczywistości) zderza się świat pseudopatriotyczny ze światem pseudopostępowym. Jeden i drugi jest nieautentyczny, sztuczny, wykreowany przez inżynierię społeczną stosowaną przez ośrodki zewnętrzne i ich miejscowych wasali (PiS i PO). Paradoksalnie, pokazanie tego podziału socjokulturowego to – pewnie mimo woli zafascynowanej jedną z jego stron reżyserki – pewna wartość „Zielonej granicy”, przynajmniej dla widzów myślących nieco bardziej krytycznie.

Inną zaletą filmu Holland jest pokazanie ludzkiej twarzy imigrantów. To już bezpośrednie uderzenie w prymitywną retorykę polityków PiS, którzy na sianiu strachu i dehumanizacji kolejnych grup (Rosjan, Białorusinów, muzułmanów) próbują osiągać doraźne sondażowe cele. Z drugiej strony w „Zielonej granicy” brakuje nie tylko tła i politycznego kontekstu, ale jakiegoś wskazania pomysłu rozwiązania problemu imigracyjnego. Imigranci mogą być sympatyczni, mili, wykształceni, ale nie zmienia to faktu, że powinniśmy im życzyć normalnych, bezpiecznych warunków życia w ich ojczystych krajach. Tymczasem, stając u boku agresywnych atlantyckich hegemonistów, przyczyniamy się pośrednio do dewastacji kolejnych krajów pozaeuropejskich.

I na koniec warto powtórzyć jeszcze raz: zanim skrytykujemy jakiś obraz filmowy (a „Zieloną granicę” jest za co krytykować), najpierw go obejrzyjmy. W innym wypadku nasza krytyka będzie nie tylko połowiczna, ale wręcz absurdalna. Dla polskiej klasy politycznej opary absurdu środowisko naturalne, ale to gatunek specyficzny, którego nie powinniśmy naśladować.

Mateusz Piskorski

„Zielona granica”, reż. Agnieszka Holland, Polska 2023.

fot. public domain

Myśl Polska, nr 41-42 (8-15.10.2023)

 

Redakcja