HistoriaW cieniu Paktu Ribbentrop-Mołotow

Redakcja3 miesiące temu
Wspomoz Fundacje

Nasza ocena paktu Ribbentrop-Mołotow sprowadza się do kilku propagandowych i ideologicznych tez, mało w nich historycznej analizy i refleksji, za to dużo zadęcia.

Dlatego wolę czytać historyków z tych państw, gdzie tych ograniczeń nie ma. Brytyjski autor Ian Ona Johnson w książce pt.  Diabelski pakt. Współpraca niemiecko-radziecka i przyczyny II wojny światowej (Wyd. Rebis, Poznań 2002) analizuje z jednej strony współpracę wojskową Niemiec weimarskich z ZSRR (lata 20. i początek 30. XX wieku), a potem okres, który doprowadził do Paktu Ribbentrop-Mołotow. Zwraca uwagę na dwa kluczowe momenty – pierwszy to zlekceważenie ZSRR w czasie konferencji w Monachium, mimo że miał on zawarty układ wojskowy z Czechosłowacją. Jak wynika z ostatnich badań, gdyby Francja wystąpiła militarnie w obronie Pragi, to Moskwa zamierzała wypełnić swoje zobowiązania. I drugi fakt, gwarancje brytyjskie dla Polski. Autor pisze o tym tak:

„Realnie rzecz biorąc, jedynym sposobem na odstraszenie Niemiec na Wschodzie byłaby współpraca polsko-radziecka. Niestety, zaciągając publicznie zobowiązanie wobec Polski bez poważnych prób pozyskania Stalina, Chamberlain jednocześnie alienował Związek Radziecki i uzależniał od niego swoją politykę zagraniczną. Miał poważne powody, by ignorować Moskwę. Wywiad brytyjski i francuski zgadzały się, że czystki uczyniły Armię Czerwoną bezużyteczną. Wiosną 1939 roku na przykład francuski Sztab Generalny opisał Armię Czerwoną jako „praktycznie bezwartościową”, a szef brytyjskiej Secret Intelligence Service stwierdził, że nie jest ona w stanie dokonać „niczego konkretnego”. Wobec powszechnej nieufności co do radzieckiej ideologii i pamięci o zgrozie, jaką wywołały kolektywizacja i czystki, sojusz z Sowietami wydawał się beznadziejny”.

Taka polityka wręcz popychała ku sobie Berlin i Moskwę, tymczasem Zachód i Polska powinny zrobić wszystko, by do tego nie dopuścić. Stalin tak to odebrał, uważał, że Zachód chce skierować ekspansję niemiecką na wschód. Te błędy polityki Londynu i Paryża (ostatni błąd to przysłanie w sierpniu 1939 na rozmowy do Moskwy trzeciorzędnej delegacji wojskowej bez pełnomocnictw) – doprowadziły do wydawać się mogło czegoś niemożliwego – paktu Ribbentrop-Mołotow. Kiedy potem Hitler najechał ZSRR – sojusz będący odtworzeniem dawnej Ententy zawarto błyskawicznie, także z udziałem Polski. Żeby zapobiec wojnie należało taką „Ententę” zawrzeć już w 1938.

Do mojej oceny odniósł się prof. Krzysztof Kawalec, pisząc:

„Kilka pytań, trochę refleksji. Kwestia podstawowa: – czy polityka ZSRR (przez cały okres międzywojenny) była defensywna, obliczona na konserwowanie porządku powersalskiego? Bo tylko przy takim założeniu zamieszczony wywód ma sens. Tyle że jest ono sprzeczne z podstawową wiedzą. Sugeruje przy okazji przypomnieć sobie, jak wyglądał herb ZSRR. Inne pytania: – czy ZSRR rzeczywiście obawiał się Niemiec? Państwa, od którego posiadał wielokrotnie silniejszą armię? – Państwa, z którym nie graniczył? – Czy rozprawa z korpusem oficerskim Armii Czerwonej dokumentowała obawy, czy brak obaw przed Niemcami? I jeszcze: – Czy z punktu widzenia ZSRR Polska była niebezpieczniejszym sąsiadem od III Rzeszy? Bo tylko jeśli zaakceptować taki absurd, można by dowodzić, że w wyniku konsekwencji układu Ribbentrop-Mołotow ZSRR poprawił, a nie pogorszył swoje bezpieczeństwo”.

Na te dylematy i pytania Profesora odpowiedziałem następująco:

Kwestia podstawowa: – Polityka ZSRR była raczej defensywna, po odrzuceniu idei rewolucji światowej (Trocki) Stalin skoncentrował się na budowie „socjalizmu w jednym kraju”. Bolszewicy żyli w ciągłej obawie, że nastąpi interwencja Zachodu na kształt tej z lat 1918-1919. Przypominam, że Dmowski pisał o tym w roku 1929 („Komiwojażer”), co zostało zauważone w Moskwie. Elity bolszewickie były przekonane, że Zachód prędzej czy później zorganizuje przeciwko nim krucjatę. Tezy polskich historyków przekonujących, że w Moskwie nie myślano o niczym innym, tylko o podbiciu zachodu są pozbawione podstaw i motywowane ideologicznie. Czyni to notorycznie Bogdan Musiał, który cytuje dokumenty sowieckie z lat 20. i 30., z których wynika coś zupełnie innego, niż on sam stara się wmawiać polskiemu czytelnikowi.

Inne pytanie: –  Oczywiście, że obawiano się Niemiec, zwłaszcza po dojściu Hitlera do władzy. Moskwa była przerażona perspektywą ekspansji Niemiec na wschód, po zawarciu przez Polskę paktu o nieagresji z III Rzeszą (1934), byli tego pewni i wierzyli święcie w istnienie tajnego paktu polsko-niemieckiego. To było resztą bezpośrednią przyczyną tzw. operacji polskiej i likwidacji Dzierżyńszczyzny i Marchlewszczyzny. Stalin w 1933 wysłał jasny sygnał do Polski, że gotów jest rozmawiać o wszystkim, łącznie z sojuszem wojskowym (ostatnie książki Krzysztofa Raka zaatakowane zresztą przez historyków głównego nurtu – Mariusza Wołosa i Marka Kornata).

Aż do 1939 roku w propagandzie bolszewickiej był wyraźny trend antyniemiecki (np. „Aleksander Newski” Sergiusza Eisensteina). Zawarcie paktu z Niemcami było szokiem dla zwykłych obywateli ZSRR, o czym kierownictwo na Kremlu było doskonale poinformowane. Niemiec to śmiertelny wróg – takie było przekonanie większości obywateli ZSRR.

– Armia niemiecka to może była słabsza od sowieckiej w 1933, ale już nie w 1936 czy 1937. Rozmach zbrojeń w III Rzeszy był dla wszystkich porażający, obezwładniał i napawał obawą. Nie wiem skąd teza, że ZSRR miał wielokrotną przewagę nad armią niemiecką, nie było takiego przekonania nawet w dowództwie armii sowieckiej. Ta teza to przyjęcie narracji Wiktora Suworowa, uznanego w poważnych kręgach naukowych (głównie zresztą anglosaskich) za konfabulanta i sensata. Jego wynurzenia to nie jest dowód na to, że przekonanie o wielkiej przewadze militarnej ZSRR nad Niemcami było na Kremlu powszechne, raczej odwrotnie.

– Brak wspólnej granicy to nie jest argument, zajęcie przez Niemcy Czechosłowacji było sygnałem, że może tak być np. z państwami bałtyckimi, Finlandią, a w przypadku Polski wierzono w tajny pakt wojskowy – Polska razem z III Rzeszą miała napaść na ZSRR (tak zresztą jak głoszą to piewcy układów z Hitlerem w Polsce, że to byłoby to dobre rozwiązanie)

– Rozprawa z kadrą oficerską była wyrazem panicznego strachu Stalina przed infiltracją zachodnich służb, także niemieckich. Nie widzę więc związku z tym, czy to jest dowód na to, że Stalin bał się Niemiec czy nie. W tym czasie bał się.

I jeszcze:

– W Moskwie panowało przekonanie, że Polska (do początku 1939) jest sprzymierzona z III Rzeszą, z którą razem planują atak na ZSRR. Rozbiór Czechosłowacji miał być dowodem na wspólne działanie Berlina i Warszawy (na Zachodzie zresztą też tak to oceniono). Po marcu 1939 zapanowało zaś przekonanie, że Polska staje się narzędziem Anglii, która budziła na Kremlu najwięcej nieufności, bo chce roznieć konflikt na wschodzie a nie na zachodzie. Nigdy też nie pozbyto się obaw, że Polska w ostatniej chwili nie ulegnie naciskom Niemiec i nie stanie się jej aliantem. Stąd plan „działań wyprzedzających”, co oznaczało zawarcie paktu z Hitlerem.

I tu dochodzimy do pytania zasadniczego – czy to poprawiło bezpieczeństwo ZSRR? Nie, nie poprawiło, co pokazała historia. Z tego punktu widzenia zawarcie Paktu było błędem (tak twierdzi np. współczesny historyk rosyjski Aleksander Czubarian Канун трагедии. Сталин и международный кризис. Сентябрь 1939 — июнь 1941 г.,  Moskwa 2008), ale wynikało z takiej właśnie oceny sytuacji, tak samo jak Anglia i Francja popełniły błąd godząc się na rozbiór Czechosłowacji, upatrując w tym jedyny środek, by ratować pokój.

W Polsce po 1990 zamiast chłodnej analizy czysto historycznej panuje swoisty „kult” tego Paktu, pełni on także ważną rolę w zaognianiu obecnych relacji zarówno z Niemcami, jak i z Rosją. O ile Rosja do pewnego momentu była skłonna oceniać ten Pakt krytycznie, to po tym, jak ze strony Polski nasilała się przechodząca w obsesję teza o głównej odpowiedzialności ZSRR za wybuch II wojny światowej wojny – zmieniała narrację i zaczęła oskarżać o to samo Polskę. Ta bezsensowna wymiana ciosów sprawia, że odpowiedzialność Hitlera za wybuch wojny schodzi na plan dalszy.

Temu zjawisku towarzyszy wyciszenie po obu stronach głosów poważnych historyków, i zastępowanie ich przez polityków, publicystów-sensatów w rodzaju Wiktora Rezuna (Suworowa), który tylko w Polsce jest tak fetowany, oraz dyspozycyjnych historyków, którzy dla kariery i po to, żeby przypodobać się władzy – posłusznie potwierdzą wszystkie nawet najbardziej absurdalne tezy. Często są to ci sami historycy, którzy przed 1989 pisali coś zupełnie innego. „Polityka historyczna”, obojętnie gdzie wprowadzona, oznacza koniec uczciwych badań i prawdy – która staje się jej pierwszą ofiarą.

Jan Engelgard

 

Redakcja