FelietonyGospodarkaWęgierski Dawid więzi brukselskiego Goliata

Redakcja1 miesiąc temu
Wspomoz Fundacje

Fundamentem poparcia dla rządów Orbána jest kontrakt z narodem, że kluczowe dla tego dość ubogiego europejskiego narodu koszty energii będą niskie. I tego zobowiązania węgierski premier dotrzymywał, bez względu na spekulacyjne szaleństwa na rynkach finansowych, które windowały ceny w górę.

Jednak europejskie odcinanie się od Rosji, oznaczało koniec niskich cen energii, paliw, gazu, konieczność podwyższenia cen do europejskiego poziomu przy daleko przecież niższym poziomie dochodów. Jednym słowem – zburzenie fundamentu poparcia Orbána. Dlatego walczył o nie twardo. Wcześniej bowiem dokonywał cudów dyplomacji, wiele lat wytrwale negocjował niezwykle korzystne kontrakty z Rosją. Nawet gdy już  wojna na Ukrainie wisiała w powietrzu odwiedził Władymira Putina w Moskwie i ogłosił o zawarciu bardzo korzystnych kontraktów.

W tej walce ma za sobą całe społeczeństwo. Już w trakcie wojny Viktor Orbán osiągnął świetny wynik wyborczy. Przy najwyższej frekwencji, Fidesz otrzymał najwięcej głosów w historii, tak ilościowo jak i procentowo. Gdy w 2010 r., przy wielkim historycznym zwycięstwie Orbána głosowało 2,7 mln wyborców i Fidesz otrzymał 53% głosów, tak w 2022 r. do wyborów poszło 3,05 mln Węgrów i 54% zagłosowało na partię węgierskiego lidera. Orbán wygrał także z opozycją we wszystkich możliwych jej konfiguracjach. W 2010 w systemie dwóch tur wyborczych. W 2014, gdy wszystkie partie opozycji startowały oddzielnie. W 2018, gdy była częściowa koalicja opozycji. I w 2022, gdy przeciwko niemu była cała zjednoczona opozycja.

Orbán w czasie kampanii wyborczej, gdy trwała już wojna na Ukrainie, z otwartą przyłbicą prezentował swój program, przedstawiając jasną strategię: „Węgry stoją po stronie pokoju… chcemy pozostać poza tą wojną”. Realistycznie żądał, by „klarownie zdefiniować, kto jest w stanie wojny. To jest wojna między Rosją a Ukrainą”. Cały czas klarownie przy tym deklarując: „Nie będę się kierował niczyim interesem, ani USA, ani Niemiec, ani żadnego innego europejskiego państwa, nawet naszych najlepszych przyjaciół, jeśli jest to wbrew interesom Węgier. Jesteśmy po stronie pokoju i pomagamy uchodźcom”. I co niezwykłe wśród dzisiejszych polityków, Orbán robi to, co mówi.

Węgrzy próbowali nawet inicjatywy pokojowej, Orbán zadzwonił tak do Donalda Trumpa, jak i Władimira Putina. Prezydentowi Rosji zaproponował udział w szczycie pokojowym z prezydentem Ukrainy w Budapeszcie. Wzięliby w nim także udział prezydent Francji i kanclerz Niemiec. Oczywiście dzisiejszy lokator Białego Domu na takie inicjatywy nie dał zgody.

Węgry od samego początku byli zdecydowanie przeciwne narastającej presji z Waszyngtonu i Brukseli, by odrąbać toporem ostatnie (energetyczne) więzy łączące Europę z Rosją. Viktor Orbán zapowiadał: „Sankcje wobec Rosji nie obejmą ropy i gazu, ani energii nuklearnej”. I to była ta nieprzekraczalna czerwona linia. Mają one bowiem kluczowe znaczenie dla Węgier, gwarantując im odporność na globalne szaleństwa rynków finansowych i konkurencyjność ich gospodarki. Ale Orbán patrzy także z europejskiej perspektywy: jasno mówi, że takie sankcje więcej szkody robią Europie niż Rosji.

Embargo na rosyjski węgiel nie dotykało wprost Węgier, jednak ropa naftowa… tu zaczynał się problem. MOL dobrze współpracuje z Rosjanami, wydobywał tam ropę, i zawarł dzięki Orbánowi świetne kontrakty importowe. Dlatego sankcje na rosyjską ropę dla Ameryki to jak splunąć, nawet nie zauważy takiego uszczerbku w dostawach, a dla Węgier to tragedia, którą Orbán zdefiniował: „embargo na rosyjską ropę to jak rzucenie bomby atomowej na węgierską gospodarkę”.

W końcu kwietnia złamano opór Niemiec, które początkowo w ogóle nie chciały nawet rozmawiać o sankcjach energetycznych. Nie wiemy, jak to się stało, czym im zagrożono, ale w maju już przytakiwali Waszyngtonowi i Brukseli. Na polu walki zostało jedynie kilka państw Środkowej Europy, najbardziej poszkodowanej tymi sankcjami, z Węgrami na pierwszej linii frontu. Nie bez powodu – do nich ropa płynie tylko rurociągami. I odcinać się od nich to samobójstwo dla własnej gospodarki i zaledwie lekkie draśnięcie dla drugiej strony. Na Węgrzech zamiana rosyjskiej ropy zajęłaby dobrych kilka lat, kosztowała miliardy, a dodatkowo należałoby przebudować cały system energetyczny. I co najważniejsze – odcięto by się od najbardziej konkurencyjnego źródła surowca, co zwykle przekreśla dochodowość biznesu.

Rosja dostarcza na Węgry paliwa nuklearnego dla elektrowni Paks, która generuje 50% krajowej energii. Gdy dostawy przez Ukrainę okazały się niemożliwe, Węgry zorganizowały dostawy paliwa samolotem przez Białoruś, Polskę i Słowację. Energia nuklearna to trzon bezpieczeństwa energetycznego kraju, dlatego Orbán zapowiadał veto wobec takich decyzji, a co najciekawsze, w czasie największej fali propagandy i ataków na niego, mówił wprost: „budowa nowych bloków jądrowych elektrowni PAKS będzie kontynuowana”.

Gdy Bruksela próbowała wciągnąć importerów gazu w konflikt z Gazpromem, wydając niejasną „instrukcję”, gdzie jednocześnie przyznawała, że płacenie w euro czy dolarach jest do zaakceptowania, ale konwertowanie ich na ruble – już nie. Gdyby ją dosłownie traktować – do Europy powinien przestać płynąć gaz z Rosji. Pierwszym, który przerwał ten dyktat brukselskich biurokratów, był Orbán, który jasno zadeklarował, że będzie płacił tak, jak Rosjanie wymagają.

W tym kluczowym momencie, gdy Budapeszt swoim uporem uniemożliwił Brukseli realizację planów, na agendę Trybunału Europejskiego wpływa sprawa Komisji przeciwko Węgrom za „łamanie praw człowieka”. Ruszyła pierwsza polityczno/ideologiczna rozprawa Brukseli z państwem członkowskim, której skutkiem ma być odebranie unijnych pieniędzy, kolejnych już.

Viktor Orbán w gabinetowych negocjacjach stawia sprawę jasno – wyjątek (i to bezterminowy!) dla Węgier w sprawie rosyjskiej ropy i wycofanie sprawy z Trybunału. Jak nie – to veto. Czyli koszmarna klęska Brukseli. Taka bezczelność tego małego kraju tak oburzyła Komisję, że jej przewodniczący publicznie pożalił się na węgierskiego lidera. Co wolno wojewodzie…

Linia, po której stąpa Viktor Orbán jest bardzo cienka, bardzo gorąca i bardzo czerwona. Viktor Orbán twardo walczy w Brukseli o interesy Węgier. Naraża się na straszliwe naciski. Sytuacja jest tak gorąca, napięcia tak ostre, a konflikt tak głęboki, że tak mikroskopijnego gracza, jak 10-milionowe Węgry, samo ciśnienie może rozerwać na strzępy. Ale jednak nie poddają się, manewrują zręcznie i walczą o swoje. A w Unii dominują emocjonalne zaśpiewy i brutalne naciski w kuluarach. Jeśli będzie się to dalej tak rozwijać, kiedyś ktoś spojrzy na działania Europy i powtórzy za klasykiem: „jakież piękne samobójstwo”.

Andrzej Szczęśniak

Fot. origo.hu

Myśl Polska, nr 21-22 (22-29.05.2022)

Redakcja