AktualnościOpinieWarzecha: „To jest amok”

Redakcja10 miesięcy temu
Wspomoz Fundacje

Znany publicysta Łukasz Warzecha, nota bene niegdyś publikujący na łamach MP, został zaatakowany przez współczesnych hunwejbinów, którzy nazwali go „pachołkiem Putina”. Na łamach ostatniego tygodnika „Do Rzeczy” (nr 12/2022) Warzecha analizuje zjawisko amoku, jaki opanował tzw. ośrodki opiniotwórcze. Oto fragment tekstu pt. „Jak zostałem „pachołkiem Putina”.   

„To kremlowska propaganda”, „putinowska narracja”, „jedź do Moskwy” „jesteś pożytecznym idiotą” „jaki jest kurs rubla?” – oto najczęściej pojawiające się komentarze do każdej opinii kwestionującej najbardziej radykalną linię w sprawie wojny Rosji z Ukrainą.

Nie trzeba usprawiedliwiać działań Putina. Nie trzeba nawet przypominać dzielących Polaków i Ukraińców spraw historycznych. Wystarczy zgodzić się ze stanowiskiem, że NATO do wojny wejść nie może, przypominać, że interesy Polski i Ukrainy nie są w stu procentach, identyczne, albo przewidywać, że Polakom trudno będzie znieść ekonomiczne ciężary sytuacji.

Jednak w przypadku wojny na Ukrainie mamy do czynienia z czymś poważniejszym, mówimy bowiem o sytuacji dotyczącej bezpieczeństwa polskiego państwa. Tymczasem można odnieść wrażenie, że znaczna część osób publicznych – komentatorów, analityków, polityków – wpadła w amok, straciła zdolność do racjonalnego oceniania sytuacji i zajęła się na wyprzódki tropieniem ruskich onuc.

Co ciekawe, nastąpiło tu przeniesienie gotowego schematu z czasu wzmożenia epidemicznego. Bardzo często te same osoby, które wówczas szermowały określeniem „antyszczepy”, nierzadko łącząc sceptyczne stanowisko z „ruską agenturą”, teraz są pierwsze, gdy idzie o demaskowanie rzekomych agentów Kremla. Na obecną sytuację przeniósł się również polityczny schemat covido-wy. Tak jak w sprawie epidemii i wprowadzania sanitarystycznych rozwiązań najgorliwsi byli wyborcy Lewicy i Koalicji Obywatelskiej, aczkolwiek w wielu przypadkach mówili jednym głosem z sympatykami PiS, tak jest i teraz. Najzaciętszymi tropicielami „ruskiej agentury” zostali sympatycy partii Donalda Tuska, ale dzielnie podążają za nimi fani ugrupowania Jarosława Kaczyńskiego. Zabawny paradoks polega na tym, że dziś do uderzenia na Rosję nawołują często te same osoby, które jeszcze rok temu ostrzegały przed straszliwymi skutkami wirusa i apelowały o szczepienie się trzecią czy czwartą dawką. Wirus był straszny, a Rosja wyposażona w 4,5 tys. sprawnych głowic jądrowych straszna nie jest.

Nie ma wątpliwości, że w Internecie działają trolle – choć trudno jednoznacznie stwierdzić, przez kogo animowane i na czyją rzecz działające. Przeglądając podejrzane konta na Twiterze, stwierdziłem, że dziś jest równie dużo tych, które kolportują przekaz antyukraiński, co tych, które zagrzewają do bezmyślnego wejścia do wojny. Problem w tym, że powstają już samozwańcze ośrodki cenzury, które oficjalnie chcą zapobiegać „dezinformacji”, a w istocie chcą po prostu wykluczenia nieprawomyślnych z dyskusji. To zresztą ponownie powtórzenie schematu z czasów epidemii.

Po stronie rządu taką rolę odgrywa sekretarz stanu w kancelarii premiera Janusz Cieszyński, były wiceminister zdrowia, obecnie odpowiadający za cyfryzację. Cieszyński w dniu wybuchu wojny napisał na Twitterze, zwracając się bezpośrednio do samego serwisu: „Hej @Twitter, chyba już czas pożegnać @MarcinRola89 i resztę V kolumny”. Pretekstem były antyukraińskie poglądy Marcina Roli, kontrowersyjnego publicysty i właściciela internetowej telewizji wRealu24.

Nigdy ich nie podzielałem, ale kuriozalna jest jednak sytuacja, w której minister w KPRM zwraca się do serwisu społecznościowego z apelem o skasowanie konta osoby, która nie popełniła żadnego przestępstwa i głosi poglądy w ramach przysługującej jej wolności słowa. Obecnie minister Cieszyński zajęty jest zapewnieniem obsługi informatycznej w związku z napływem uchodźców, więc jego cenzorska aktywność spadła.

Jeszcze ciekawszy jest przypadek Instytutu Badań Internetu i Mediów Społeczności owych. Ta tajemnicza instytucja zaczęła publikować komunikaty, w których sygnalizowała, jakiego typu „dezinformacja” pojawia się w mediach społeczności owych lub pojawi się wkrótce. Niedawno IBHMS przestrzegał, że obniża się liczba postów prorosyjskich, ale „celem kolejnego etap.u wrogich działań w polskich social media [tak w oryginale] będą próby implementacji emocji i przekazów dot. podziałów społecznych opartych na percepcji związanych z problemami gospodarczymi oraz tematyką uchodźczą”.

Pomijając bełkotliwy styl wywodu, instytut stara się tym komunikatem zdyskredytować zawczasu tematy, które będą się w przestrzeni publicznej pojawiać, ale nie dlatego, że „zaimplementuje” je Kreml, tylko dlatego, że w naturalny sposób wynikają z rozwoju wypadków. To dotyczy i napięć pomiędzy uchodźcami a Polakami, i sytuacji gospodarczej. Jednak gdy zaczniemy o tym dyskutować, przeciwnicy takiej debaty wyciągną odpowiedni komunikat i zakrzykną, że oto realizowany jest zapowiadany przecież scenariusz rosyjskiej dezinformacji.

Cóż to jednak w ogóle jest ów instytut? Nazwa bowiem brzmi bardzo poważnie. Otóż jest to instytucja założona wiosną 2020 r. z kapitałem zakładowym 5 tys. zł. „Kadra instytutu” jak możemy przeczytać na jego stronie internetowej, to czterech panów zawodowo zajmujących się budowaniem wizerunku w sieci, a „instytut” (bo nie da się tego już pisać bez cudzysłowu] to zwykła prywatna firma, świadcząca usługi PR-owskie w Internecie. W ofercie są m.in. pozyskiwanie danych sieciowych, bieżąca analiza treści i informacji, badanie sentymentu emocji czy ochrona wizerunku w sieci. Firma jednego z członków „kadry” instytutu, Michała Fedorowicza, Apostołowie Opinii, pracowała w 2016 r. dla rządu Beaty Szydło, sprawdzając „wpływ zagranicznych kont” (tak sformułowano to w umowie] na debatę o sądach w Polsce. Dziś „instytut” chce występować jako swoisty cenzor dyskusji o tym, jak Polska powinna się zachować wobec wojny na Ukrainie i związanych z nią wypadków (…)

Jak zatem nie zostać „ruską onucą”? Czy wystarczy milczeć o ewentualnych problemach związanych z pobytem w Polsce uchodźców czy może trzeba jednak opowiedzieć się za wejściem NATO do wojny? A może i to nie wystarczy i należy żądać natychmiastowego zajęcia przez Polskę obwodu kaliningradzkiego oraz benzyny po 30 zł za litr? Nie wiem, ale licytacja trwa”.

Fot. Do Rzeczy

 

Redakcja