PolskaPublicystykaŚwiatCzekając na reset

Redakcja9 miesięcy temu
Wspomoz Fundacje

Na temat współczesnej polityki Polski wobec Rosji prowadzi się gorące dyskusje, odbywają się uczone seminaria, głowią się eksperci i zastanawiają politycy, ale w praktyce nic się nie zmienia. Pokazuje się różnorodne uwarunkowania  wewnętrzne i międzynarodowe obecnego fatalnego stanu stosunków między oboma państwami, nie znajdując  żadnego konkretnego rozwiązania.

Brakuje bowiem woli politycznej i trwa uzależnienie polskiej polityki – w dużej mierze na własne życzenie – od narzuconej przez „kolektywny Zachód”  piętnującej Rosję narracji oraz strategii „wykluczania” jej ze wspólnoty państw, w której wszelkie standardy dyktowane są przez rusofobiczne kręgi władzy politycznej i kapitału. Podsyca się obcość Rosji pod względem cywilizacyjno-kulturowym i wrogość pod względem strategicznym.

Polską specjalnością jest epigonizm i imitacja starych idei. Dla wielu ich wyznawców Rosja nie jest bytem empirycznym, lecz pojęciem światopoglądowym.  Uosabia metafizyczne zło, z którym Polsce przyszło się zmagać (Czesław Miłosz). Owo zmistyfikowanie państwa rosyjskiego wymaga pochylenia się nad kondycją polskiej umysłowości politycznej (Bronisław Łagowski). Wyróżnia ją negowanie Rosji i emocjonalna awersja Lacha do Moskala. Znajduje to odbicie w retoryce rządzących i w wypowiedziach medialnych. Wiele z tych objawów ma charakter afektywny, wiąże się z dyskomfortem psychicznym, irytacją, wyrażaniem gniewu i nienawiści.

Ale mamy też do czynienia z całkiem przemyślanym odrzuceniem poznawczym wśród ludzi o określonym formacie intelektualnym, badaczy akademickich i ekspertów zawodowo zajmujących się analizowaniem zachowań państw. Co ciekawe, wśród nich górę biorą  nieuprawnione generalizacje i uproszczenia poznawcze, negatywne nastawienia, mimo że istnieją obecnie lepsze warunki, aby poznać sąsiada i traktować go co najmniej jak neutralnego partnera, zamiast jak obcego i wroga. Taki ton polskich komentarzy wyraźnie odbiega od tego, co obserwujemy w innych państwach, także doświadczonych kiedyś przez komunizm i Rosję. Tam wypowiedzi są zróżnicowane, a negacja czy krytyka Rosji bardziej zniuansowana. Wyjątkiem są republiki bałtyckie, zwłaszcza Litwa, zaliczane wraz z Polską do „wojowników nowej zimnej wojny”.

Chcąc jednak racjonalnie podejść do problemu, nie można wszystkich motywacji wrogiego stosunku do Rosji tłumaczyć nieustannie odległą historią, geopolityką czy fałszywym postrzeganiem.  Owszem, bez nich nie da się zrozumieć stosunków polsko-rosyjskich, ale przecież nie mogą współcześni  rządzący, zakładając, że są racjonalnymi graczami politycznymi, wszystkiego zrzucać na historyczne krzywdy i determinanty geopolityczne. Ostatecznie to nie historia i geopolityka są czynnikami sprawczymi (one są czynnikami warunkującymi!). To ludzka świadomość i aktywność w konkretnych sytuacjach decyduje o takim, a nie innym biegu dziejów. Nie ma żadnej mitycznej „konieczności dziejowej”, żadnego determinizmu, niepozwalających współczesnym Polakom  wyjść naprzeciw racjonalnym rozwiązaniom, przede wszystkim naprzeciw dialogowi i poszukiwaniu w wielu sprawach jeśli nie kompromisu, to przynajmniej pewnego modus vivendi.  Zwłaszcza, że Rosja nie przejawia wobec Polski ani wrogich zamiarów, ani nie ma sprzecznych z Polską interesów, jeśli zdiagnozuje się je w duchu pragmatycznym, a nie ideologicznym.

Począwszy od XIX wieku…

w realistycznym nurcie polskiej myśli politycznej, przez okres międzywojenny i Polskę Ludową, pojawiały się mniej czy bardziej suwerenne pomysły, aby fatalizm geopolityczny pokonać poprzez zmianę i przewartościowania mentalne i intelektualne (Adam Bromke, Stanisław Stomma), aby zmienić doktrynę wrogości w doktrynę  współpracy i współdziałania (Andrzej Walicki, Andrzej Drawicz, Bronisław Łagowski, Andrzej Romanowski, środowisko „Myśli Polskiej”). Warto pamiętać o tych nazwiskach, aby nie ulegać złudzeniu, że w ostatnim półwieczu jedynie Jerzy Giedroyc i Juliusz Mieroszewski mieli monopol na polityczne wizjonerstwo wobec Wschodu.

W pierwszych latach III Rzeczypospolitej istniały kapitalne warunki dla przewartościowań  trudnej historii i zrzucenia jej heroiczno-martyrologicznego kostiumu. Tymczasem górę wzięła prymitywna ideologizacja. Zamiast wraz z likwidacją „białych plam” tworzyć nowe strategie pojednawcze i kooperacyjne, wybrano najgorsze z możliwych – stare strategie konfrontacji i zacietrzewienia. Po dwóch dekadach transformacji ustrojowej wypadek losowy w kwietniu 2010 roku w postaci katastrofy lotniczej prezydenckiego samolotu zdecydował o  stoczeniu się elit politycznych w otchłań antyracjonalizmu i irracjonalizmu. Rozkręcenie atmosfery rusofobii, nie bez udziału czynnika zewnętrznego, spowodowało utratę szans  na utrzymanie  nawet minimalnego poziomu normalności w stosunkach polsko-rosyjskich.

Zamiast przekopu Mierzei Wiślanej – wbrew logice, ekologii i horrendalnym kosztom – wystarczyłoby mądrze negocjować kompromisy. Na świecie jest sporo państw bez żadnego dostępu do morza i potrafią  one korzystać z transportu morskiego na zasadzie umów z państwami nadmorskimi. W przypadku Polski podjęto absurdalną decyzję, której koszty  nigdy nie zostaną wyrównane przez symboliczne korzyści. Odwoływanie się do pseudoracjonalnych uzasadnień  rozmaitych przedsięwzięć, negujących rolę Rosji w polskim życiu gospodarczym czy społecznym prowadzi do absurdów. Ciekawe, że rządzący i media  mainstreamu nie widzą bezpośredniego związku rosnących cen  gazu z nierozumną polityką energetyczną, odcinaniem się od wszystkiego, co płynie ze Wschodu. Podobnie nikt nie chce oszacować szkód wynikłych z likwidacji małego ruchu przygranicznego z Obwodem Kaliningradzkim. Wszystko to świadczy o celowym i cynicznym izolowaniu się wobec Rosji. Stwarza także nową granicę kulturowo-cywilizacyjną, odgraniczanie Rosji od Zachodu, skazywanie jej na kolejne wynaturzenia.

„Znawcy” Rosji

Barierą poznawczą – o czym nie chcemy głośno mówić – jest  niewiedza rządzących na temat wschodniego sąsiada, wbrew ich mniemaniu, że są najlepszymi znawcami Rosji. Zwracali na to uwagę różni myśliciele, od Aleksandra Hercena i Stanisława Brzozowskiego, po Andrzeja Walickiego.  „Kto myśli o przyszłości Polski, musi rozumieć Rosję, musi ją rozumieć lepiej, niż ona sama siebie pojmuje” (Brzozowski). Dlaczego elity polityczne i intelektualne III RP nie  zrozumiały tego przesłania? Dlaczego bezgranicznie zapanował manichejski światopogląd, wyrażający się w propagandowym schemacie  immanentnego zła Rosji, niezależnie od jej formacji ustrojowej, oraz odwiecznej niewinności Polaków,  skazanych przez nią na cierpienia i krzywdy? Tłumaczenie  tych zjawisk wyłącznie przez pryzmat moralnych zwycięstw nad komunizmem i totalitaryzmem  nie wystarcza.

Warto odwołać się do bezkrytycznego przejęcia przez rządzących Polską uniwersalistycznej etyki Zachodu, uznającej wyższość  jego wartości (bez zastanowienia się nad ich instrumentalnym wykorzystaniem w bieżącej grze interesów). Te osławione „standardy zachodnie” nigdzie i nigdy nie zostały skodyfikowane, w praktyce przybierają różne formy, odbiegające od ideału, np. w dziedzinie przestrzegania praw człowieka, demokracji deliberatywnej, rządów prawa czy relacji między państwem a gospodarką. Uległy, jak wiele innych wartości, mitologizacji. Zachód i USA cierpią obecnie na „syndrom zmierzchu” i  kryzys tożsamości, co powinno tonować krucjatę ideologiczną przeciw Rosji czy Białorusi.

Przyjmując nominalnie standardy demokracji i praw człowieka za nowe dogmaty moralistyczne, Polska zaczęła  je wykorzystywać polemicznie w konfrontacji z Rosją, zrzucającą z siebie jarzmo komunistycznej ideokracji. Zamiast wsparcia w tym procesie i współdziałania na rzecz budowy nowej Rosji, postawiono na jej osłabienie i wykluczenie.  W miejsce ścierających się wizji ładu społecznego zaczęto promować jedną ideologię neoliberalną o rzekomo powszechnym charakterze, nie przyjmując do wiadomości, że jest ona jedynie zasłoną maskującą roszczenia zwycięskiego Zachodu (państw najbogatszych) do panowania i przywództwa w skali globalnej.

Polska znalazła się na linii frontowej między Zachodem a broniącą swojej tożsamości Rosją. Zamiast wybrać rolę pośrednika i pasa transmisyjnego wartości, idei, norm i instytucji, stała się eksponentem obcych interesów w ekspansji na poradziecki Wschód. Do tego doszło zgubne myślenie w kategoriach odegrania się i odwetu za krzywdy jako natrętna pokusa rządzących, która  skutecznie  kieruje  politykę państwa na tory skonfliktowania, anachronicznego prometeizmu i posłannictwa dziejowego.

Skazani na normalność

Przed kolejnymi rządami Polski i Rosji stoi zadanie pokojowego ułożenia się, nawet gdy w stosunkach wzajemnych panuje obecnie impas. We współczesnym świecie, pełnym turbulencji i dekompozycji układów sił obydwa państwa są skazane na normalizację i normalność, nawet gdy rządy PO-PiS nie dostrzegają tego imperatywu. Doświadczenie uczy, że jedynie poprzez wytrwałą dyplomację i wolę kompromisu można przełamać dystans i izolację. Polska potrzebuje zręcznej i fachowej dyplomacji, a nie ciągłego obrażania się na Rosję,  a ostatnio także na Białoruś. Indolencja i zła wola rządzących kompromitują Polskę nie tylko w stosunkach z Rosją. Poleganie wyłącznie na inicjatywności patrona zza Atlantyku  prowadzi do zaniku własnego zdania i samodzielnej aktywności.

Na podstawie powyższych obserwacji można pokusić się o niepewną  prognozę, że pozytywne zmiany w stosunkach polsko-rosyjskich  nastąpią dopiero wtedy, gdy dojdzie do przesilenia w całym systemie międzynarodowym, gdy dokona się „transgresja” Zachodu w stronę nowej interpretacji jego  tożsamości cywilizacyjnej i przyznanie się do fiaska misyjności w stosunkach międzynarodowych. Henry Kissinger już kilka lat temu pisał,  że „porządek międzynarodowy ustanowiony i ogłoszony przez kraje zachodnie jako uniwersalny znalazł się w punkcie zwrotnym. Jego recepty są rozumiane globalnie, ale nie ma konsensusu co do ich zastosowania; w istocie pojęcia takie jak demokracja, prawa człowieka i prawo międzynarodowe są poddawane tak odmiennym interpretacjom, że walczące strony zwykle wykorzystują je przeciwko sobie jako okrzyki bojowe” („Porządek światowy”, Wołowiec 2016, s. 341).

Dotychczasowe „tunelowe” myślenie o Rosji, trzymanie się utartych schematów wrogości i obcości, brak zrozumienia dla odmiennych racji i wzorów cywilizacyjnych prowadzi do  recydywy konfrontacji i destabilizacji nie tylko w skali sąsiedzkiej. Rządzące na Zachodzie elity polityczne mają zimnowojenny rodowód i skażone są  syndromem wrogości. Ich strategie międzynarodowe nakręca rywalizacja motywowana ideologicznie. Dlatego miejsce jednego wroga musiał zająć ktoś inny. Rosja nadaje się do tej roli jak mało kto, dziedziczy bowiem wyjątkową schedę imperiów i wojowniczego komunizmu.

Najwyższy czas, aby przystąpić poprzez szeroką akcję dyplomatyczną do uaktywnienia istniejących mechanizmów konsultacyjnych i decyzyjnych, a jeśli okaże się, że straciły one jakąkolwiek dynamikę i wiarygodność, należy uruchomić nowe instytucje i platformy współpracy. Do tego jednak potrzebni są nowi ludzie, o rodowodzie pozimnowojennym, umiejący zdiagnozować współczesny kapitalizm i przeciwstawić się złu, które przyniósł w skali całej planety (pisze o tym  w swoich książkach Tadeusz Klementewicz). Obecnie wtórne pozostają podziały na tle ustrojowym. Drapieżny kapitalizm w jednakowym stopniu podporządkowuje sobie państwa demokratyczne i państwa autorytarne. Występuje   dramatyczna kolizja między resztkami suwerenności wielu państw a agresywnym ingerowaniem w ich sprawy ze strony międzynarodowego kapitału. Stąd potrzeba zwrócenia uwagi na rzeczywiste źródła zagrożeń, a nie na ciągłe wskazywanie  pojedynczych państw jako  wrogów. W odróżnieniu od nacjonalistycznie i egoistycznie myślącego Donalda Trumpa Joe Biden jest kosmopolitą i internacjonalistą, ze swoją ekipą stawia na promowanie interesów wielkich korporacji, formalnie zakotwiczonych w USA, stąd eskalacja konfliktu z Rosją leży w interesie zarówno wielkiego kapitału, jak i kół militarystycznych.

Czekając na przełom

Polska myśl polityczna – od prawicy do lewicy – wymaga głębokiego przewartościowania, jeśli chodzi o wektory polityki zagranicznej.  W zglobalizowanym świecie, narażonym na różne katastrofy cywilizacyjne, w tym biologiczne – co obnażyła pandemia Covid-19 – anachronizmem jest poszukiwanie wrogów pośród sąsiadów.  Wszak bezpieczeństwo  najbliższych decyduje o własnym bezpieczeństwie.

Trzeba zacząć pilnie przygotowywać  grunt intelektualny i polityczny pod nowy ład w stosunkach międzynarodowych, uwzględniający potrzebę  tworzenia nowoczesnej wizji polskości w świecie współzależnych narodów i państw. Poszukując prawdy historycznej  przedstawiciele młodego pokolenia mogą wreszcie zdystansować się od retoryki frazesów insurekcyjnych, heroistycznych i martyrologicznych, zacząć budować  realistyczną narrację opartą na poszukiwaniu tego, co może łączyć sąsiadujące narody w perspektywie rozwiązywania problemów i zagrożeń, a nie odgrzebywania starych krzywd i prowokowania nowych zatargów. Dyskusję na tematy polsko-rosyjskie trzeba przekierować z poziomu emocji i moralizatorstwa na poziom racjonalności. Warunkiem tego jest przywrócenie krytycznej refleksji nad samym sobą, ale i powrót do normalnego języka. Językoznawcy słusznie zwracają uwagę na militaryzację  dyskursu publicznego.

Tworzy ona klimat konfrontacji tak w stosunkach wewnętrznych, jak i międzynarodowych, stawiając strony w pozycji wroga i ofiary, agresora i atakowanego (K. Kłosińska, M. Rusinek, „Dobra zmiana, czyli jak się rządzi światem za pomocą słów”, Kraków 2019). Słuchając polskich polityków ma się wrażenie, że są oni na jakiejś śmiesznej, ale i strasznej „wojnie retorycznej”. Wszystko kojarzy im się jak nie z „III wojną światową”, to z „wojnami hybrydowymi” prowadzonymi przez złowrogie siły sprzysiężone  przeciw Polsce. Aberracja w postrzeganiu świata przybiera charakter „syndromu oblężonej twierdzy”.

Przede wszystkim młode pokolenie Polaków musi upomnieć się o normalną Polskę, o jej niezależną politykę zagraniczną, opartą na autonomicznym i niezależnym od obcych instrukcji, rozumieniu interesu narodowego. Trzeba umieć wyjść z zaklętego kręgu niemożności i nie wdawać się w awantury  antyreżimowe czy antyrosyjskie na Wschodzie – na Białorusi i na Ukrainie. W interesie wszystkich mieszkańców globu leży stworzenie nowej „planetarnej” solidarności. Budowanie mentalnych barier między narodami w obliczu narastających  globalnych zagrożeń jest drogą donikąd. Polityczni decydenci  dysponujący demokratyczną legitymacją do rządzenia nie mogą  czuć się  zwolnieni z odpowiedzialności za międzynarodowe strategie, przynoszące Polsce negatywne skutki w dłuższej perspektywie. Odpowiedzialność ta nie może mieć charakteru abstrakcyjnego.

Jak to zrobić?

W celu doprowadzenia do sytuacji sprzyjającej podjęciu dialogu z Rosją, należy przede wszystkim zrezygnować z kilku założeń doktrynalnych, które warunkują strategie Zachodu, w tym Polski, wobec Rosji. W tym celu – po pierwsze – konieczna jest rewizja tezy, że tylko państwa demokratyczne gwarantują utrzymanie pokoju międzynarodowego. Systemy wewnątrzpolityczne z pewnością warunkują charakter polityk zagranicznych państw, ale nie oznacza to „wyłączności  demokracji na pokój”. W zróżnicowanym ustrojowo świecie trzeba raczej poszukiwać zbieżności interesów i zgodności co do rudymentarnych wartości wspólnych dla większości, a nie narzucać własne wzory ustrojowe. Na tym tle należy zrewidować stosunek do reżimu  białoruskiego i uznać realia ustrojowe takie, jakie tam są.

Po drugie, konieczne jest odejście od militaryzacji stosunków międzynarodowych. Od czasu zakończenia „zimnej wojny”  mamy do czynienia z największym wzrostem wydatków na modernizację armii i na zbrojenia. Jednocześnie wyhamowano rokowania rozbrojeniowe między potęgami,  spada skuteczność kontroli zbrojeń, a  w dziedzinie szeroko pojętych środków budowy zaufania nastąpił ogromny regres. Jego potwierdzeniem jest likwidacja stałego przedstawicielstwa Rosji przy Głównej Kwaterze NATO.

Po trzecie, szacunek do prawa międzynarodowego wymaga  obiektywizmu w ocenie jego naruszeń. Tymczasem stosowane są tzw. podwójne standardy, na przykład co do zasady nieingerencji w sprawy wewnętrzne i poszanowania integralności terytorialnej państw. Od dawna okazuje się, że jednym państwom wolno więcej niż innym. Najbardziej piętnuje się Rosję za Krym i Donbas, ale to przecież Stany Zjednoczone i ich sojusznicy od dawna traktują prawo międzynarodowe instrumentalnie, rozwalając kolejne państwa (Jugosławia, Irak, Libia, Syria, Afganistan).

Strona polska zrobiła wiele w ostatnich latach, aby wytworzyć w stosunkach z Rosją olbrzymi dysonans kulturowy. Jest to zjawisko paradoksalne, gdyż kultury obu narodów są atrakcyjne wobec siebie i istnieje ogromny dorobek we wzajemnym przenikaniu się i  wartościowej współpracy. W atmosferze instytucjonalnej rusofobii odejście od wrogości do uznania odmiennych tożsamości będzie wymagać długotrwałych wysiłków i przełamania narosłych barier nieufności, niechęci, negatywnych nastawień i uprzedzeń. Przede wszystkim po latach regresu potrzeba będzie nie lada odwagi pośród polityków, aby przeciwstawić się dotychczasowym schematom i przeformatować myślenie publiczne na temat Rosji – od szkół poczynając, poprzez media, na partiach politycznych kończąc.

Przy istniejącym antyrosyjskim konsensusie nie będzie to łatwe i oczywiste. Przed nami długie lata trudnej rewizji i reedukacji. Na razie obserwujemy swoisty szantaż moralny i psychologiczny. Jeśli ktoś podejmie jakąkolwiek próbę wprowadzenia do dyskursu choć trochę „zdrowego rozsądku”, natychmiast jest przywoływany do porządku – od „Gazety Polskiej” po „Gazetę Wyborczą”.

Warunkiem pojednania w stosunkach polsko-rosyjskich jest przyjęcie założenia o istnieniu dwu różnych, czasami przeciwstawnych interpretacji tych samych zdarzeń historycznych. Każda ze stron kreuje własną pamięć historyczną i buduje narrację, odpowiadającą jej polityce. W długiej perspektywie może dojść do stworzenia pewnej wspólnoty pamięci, ale to nie oznacza ich unifikacji. Narody oczekując respektu wobec własnej pamięci, muszą respektować prawo do własnej pamięci innych.

Choć dla Polaków brzmi to jak wyzwanie nie do pokonania, ale nadchodzi chyba czas, aby zrozumieć, że wzajemna afirmacja jest warunkiem dialogu, w którym można rozwiązać wiele nieporozumień i wzajemnych pretensji. Ponadto należy założyć, że upływ czasu ma znaczenie kojące. Wraz z polityką pamięci istnieje też polityka zapomnienia. Za litewskim filozofem i historykiem idei Leonidasem Donskisem warto zauważyć, że niekiedy zapomnienie samo prowadzi do wybaczenia, uwalniając nas z jarzma wytartych pojęć i argumentów. Podobnie jak pamięć, zapomnienie daje najlepsze owoce wówczas, gdy staje się egzystencjalnym i moralnym wyborem.

Prof. Stanisław Bieleń

Myśl Polska, nr 45-46 (7-14.11.2021)

Redakcja