OpinieDemokracja bezludna i inne cuda polityczne 2121 roku

Redakcja2 miesiące temu
Wspomoz Fundacje

Istnieje pojęcie faktu historycznego. Nie ma natomiast terminu „faktu futurystycznego”.

Futurologia nie mniej istotna od historii

Uważa się, że znamy to, co się wydarzyło. Natomiast to, co się dopiero wydarzy – jedynie „wymyślamy”. Dominuje pogląd o wiarygodności przeszłości przeciwstawianej nieokreśloności przyszłości. To dlatego zestresowane jednostki i znerwicowane narody chętniej poddają się wspomnieniom niż marzeniom. Czują się spokojniejsze wśród cieni swych sławnych przodków. Przeraża je zaś hałaśliwe towarzystwo nieznanych im jeszcze i nieprzewidywalnych potomków. W ten sposób historia zyskuje przewagę nad futurologią. Dominacja ta nie jest do końca uzasadniona.

W rzeczywistości bowiem pamięć zdobytych doświadczeń wcale nie wpływa na nas bardziej niż intuicje doświadczeń przyszłych. Sprawy dawno minionych czasów opisane są nierzadko w sposób bardziej niejasny i mglisty niż miraże i dystopie epok nadchodzących. Wypowiedzi wizjonerów mają w sobie zwykle dużo więcej pewności siebie od komunikatów archeologów.

Zazwyczaj zatem przeszłość i przyszłość wpływa na teraźniejszość w mniej więcej równym stopniu i natężeniu. Obie wielkie halucynacje utkane są z niewyraźnych obrazów. Jest w nich mniej więcej tyle samo faktów, co fikcji.

Zwierciadła

Stojące naprzeciwko siebie niczym zwierciadła pamięć i przewidywanie wiodą nas przez tunel wzajemnych odbić, tworząc iluzję wieczności. Ich symetryczność i zwierciadlany charakter najwyraźniej widoczne są w mitach o powrocie bogów i herosów: Jezus Narodzony i ten z Golgoty widziany jest przez chrześcijan jako przeszłość, Jezus Powtórnego Przyjścia i chiliazmu – jako przyszłość. Quetzalcoatl wygnany przez lud, który wszystko mu zawdzięczał, obowiązkowo powróci by zemścić się i okazać miłosierdzie. Król Artur – once and future king – był kiedyś i niegdyś pojawi się znowu. Po obu stronach teraźniejszości funkcjonuje Terminator i Andriej Sator.

Powyższe stwierdzenia mają usprawiedliwić podejmowaną tutaj próbę krótkiego opisania państw dalekiej przyszłości. Bez żadnych aspiracji do stworzenia jej kompletnego obrazu. Za to z gwarancją prawdopodobieństwa. Bez domysłów i wróżenia. Wyłącznie suche i futurystyczne fakty.

Wojna jądrowa o panowanie cyfrowe

Aby nasza prognoza była interesująca, najbliższe sto lat można potraktować skrótowo, bo tu wszystko jest dość jasne. Będą to lata i-imperializmu czyli aktywnego przejmowania i „kolonizacji” przestrzeni cyfrowej. Tłem tego ogólnego procesu będzie kilka wojen (w tym najprawdopodobniej wojna jądrowa) o podział dziedzictwa amerykańskiego. W ich wyniku pojawi się nowy system globalnej dystrybucji panowania i podległości.

Modele zarządzania państwami jeszcze przez dłuższy czas nie ulegną większym zmianom. Mutacje polityczne dojrzewają dość wolno i dopiero pod koniec wieku reformy i rewolucje doprowadzą do pojawienia się kilku nowych typów państwowości, które rozwiną się i okrzepną na początku wieku następnego.

Do 2121 roku te futurystyczne formy państwowości będą już na tyle kompletne, by następnie ostatecznie wyprzeć te postaci politycznej organizacji społeczeństw, do których przywykliśmy.

Parlamentaryzm stracił rację bytu

Obserwowany dziś kryzys zasady przedstawicielskiej zdążył już zrodzić dyskusje o celowości istnienia klasycznych instytucji ludowładztwa takich, jak parlamentaryzm. Urząd deputowanego jako medium pomiędzy „ludem” a „rządami ludu” wygląda, zdaniem niektórych ekspertów, dość archaicznie. Miało to sens w czasach, gdy arystokraci sadzali na koniu jednego ze swoich sąsiadów i wysyłali go po zabłoconym gościńcu do Londynu, gdzie miał przedstawić ich wspólny pogląd królowi. W tamtych czasach przecież nie można było zadzwonić do monarchy ani wysłać mu SMS. Pojawia się zatem pytanie, po co mamy kogoś wybierać i dokądś posyłać, płacąc mu za przejazd i obfite wyżywienie, skoro mamy Internet zdolny do przekazania z prędkością światła naszej opinii komukolwiek, komu zechcemy ją zakomunikować? Pytanie wcale nie należy do retorycznych. Można na nie odpowiedzieć tak: w sumie, nie ma takiej potrzeby.

Idea politycznego przedstawicielstwa ponosi kolejne klęski zadawane jej z różnych stron. Z jednej strony, przedstawiciele „ludu”, według krytyków demokracji zachodniej, przekształcają się w uzurpatorów i manipulatorów deformujących sygnały formułowane przez naród. Z drugiej strony, sam naród z kolei przekazuje coraz bardziej niejasne sygnały, bowiem żywi wyborcy wypierani są i przekrzykiwani przez bandy bezczelnych botów, fałszywych kont i innych wirtualnych imigrantów wypełniających rzeczywistość polityczną i czyniących ją niemożliwą do poznania.

Nasza cyfrowa teraźniejszość oferuje nam możliwości techniczne, które pozwalają obywatelom na samodzielne reprezentowanie się i udział w procedurach podejmowania decyzji. Jeśli, dla przykładu, potrzebne okaże się nowe ustawodawstwo dotyczące hodowli pszczół, w jego opracowaniu, procedowaniu, dyskusji i przyjęciu mogą bezpośrednio w trybie online wziąć udział wszyscy zainteresowani: pszczelarze, smakosze miodu, kosmetolodzy i farmaceuci, ludzie, których pszczoły użądliły, i ludzie, którzy sami ukąsili pszczoły; alergicy, prawnicy, producenci uli i dymarek, wielbiciele pszczół i pszczołofobowie; wreszcie wszyscy ci, którzy zawsze interesują się wszystkim. W tym schemacie parlament przestaje być potrzebny. Jego miejsce zajmują środki łączności, algorytmy i moderatorzy. Oczywiście, wszystko to jedynie iluzoryczne wyzwolenie; eliminując „kongresmenów-uzurpatorów”, wyborca od razu wpada w globalną sieć i zaczyna się w niej plątać. Wchodzi w dwuznaczne i nierówne relacje ze światem maszyn.

Sztuczna inteligencja u władzy

Już dziś to algorytmy skutecznie zarządzają oszczędnościami inwestorów na światowych rynkach finansowych. Podstawowe procedury polityczne, zarówno ustawodawcze, jak i – tym bardziej – wyborcze nie są ani trochę trudniejsze od transakcji giełdowych czy walutowych.  A zatem, skoro ludzie powierzają elektronicznym algorytmom najdroższe, co mają – swoje ukochane pieniądze – nie ma przeszkód, by powierzyć im jakieś tam przekonania polityczne, których twardość jest zresztą odwrotnie proporcjonalna do ich opłacalności. Wybory, ustawodawstwo, wiele funkcji władzy wykonawczej, postępowania sądowe i arbitrażowe, debaty, a nawet akcje protestu – wszystko to będzie można, nie wychodząc z wieczornej imprezy, przekazać sztucznej inteligencji. Społeczeństwo przestanie w ten sposób utrzymywać swoich drogich „przedstawicieli”, co doprowadzi do równoczesnego upadku dwóch wielkich biurokracji: zawodowych lojalistów i zawodowej opozycji.

Oczywiście, klasa polityczna nie zniknie całkowicie. Przecież algorytmy mają swoich nadzorców. Według Karla Marxa, ten, kto panuje nad środkami produkcji, ten posiada decydujące wpływy. W epoce cyfrowej będą nim giganci sektora IT, którzy staną przodem (przyjaznym interfejsem) do ludowych mas, a tyłem (gościnnie rozpostartym backdoorem) do służb specjalnych. Ludzie branży cyfrowej i resortów siłowych pozostaną w ten sposób nadal w grze.

Jednak liczba miejsc pracy w przemyśle politycznym radykalnie się zmniejszy.

Maszyna jako szczebel ewolucji

Fabryki zautomatyzowanych i zrobotyzowanych przedsiębiorstw są tajemnicze i opustoszałe. Jest termin odpowiadający ich charakterowi: produkcja bezludna.

Wskutek nieuniknionego procesu cyfryzacji i robotyzacji systemów politycznych pojawi się zaawansowana technologicznie państwowość – demokracja bezludna.

Główną cechą bezludnej demokracji będzie gwałtowne ograniczenie roli czynnika ludzkiego w procesach politycznych. Wodzowie i tłumy stopniowo opuszczać będą dziejową scenę. Na ich miejsce wkroczą maszyny.

Marshall McLuhan uważał maszyny za przedłużenie organów ludzkich. Istnieje jednak również inny punkt widzenia. Mówi on, że maszyna nie jest dodatkiem, lecz dzieckiem człowieka. I, jak każde dziecko, znajduje się pod wpływem kompleksu Edypa – dążenia do likwidacji rodzica.

Tak, jak człowiek „pochodzi od małpy”, tak maszyna „pochodzi od człowieka” i zajmie jego miejsce na szczycie drabiny ewolucji.

Państwo technogenne

Państwo ludzkie i „arcyludzkie” przez wieki rozwijało się na podobieństwo rozszerzającej się rodziny (rodzina-ród-plemię-naród…), w którym znajdowało się miejsce dla ojców, synów i córek narodu, matki-ojczyzny, miłości i przemocy. Na zmianę przyjdzie mu państwo technogenne, w którym hierarchiczna struktura maszyn i algorytmów realizować będzie cele niepojęte dla obsługujących ją ludzi.

Żelazna logika świata maszyn konsekwentnie dąży do eliminacji czynnika ludzkiego (pojęcia, które już dawno stało się synonimem tragicznej pomyłki) w imię skuteczności systemów zarządzania. Obywatele fizyczni będą mieli coraz więcej wygód, lecz coraz mniej znaczenia.

Bezludna demokracja stanie się najwyższą i końcową formą państwowości ludzkiej przed nadejściem ery maszyn. Na jej platformie powstanie cały szereg drugoplanowych i przejściowych modeli funkcjonowania politycznego – karłowate supermocarstwo, dyktatura ekologiczna, wspólnoty postpatriotyczne czy wirtualna republika.

Karłowate supermocarstwa

Kilka niewielkich terytorialnie i ludnościowo krajów będzie w stanie zgromadzić tak duży potencjał cybernetyczny, że będą one w stanie kontrolować znaczną część wciąż jeszcze „niczyjej” przestrzeni cyfrowej, a w razie potrzeby paraliżować potencjał militarny i gospodarczy krajów największych. Podobnie, jak w XVI wieku maleńka Portugalia była w stanie stworzyć ogromną potęgę dzięki kilkudziesięciu okrętom, dwóm tysiącom marynarzy i kupców oraz przejęciu we właściwym momencie „niczyich” morskich szlaków handlowych, tak w przyszłości karłowate supermocarstwa, dzięki zastosowaniu sprytnej kombinacji technologii e-wojny i e-handlu, osiągną wpływy porównywalne z tradycyjnymi supermocarstwami.

Ekologiczne dyktatury

Szereg rządów zdecyduje się na przymusowe ograniczenie konsumpcji pod naciskiem pogłębiających się problemów ekologicznych. Nieszczęśnicy w nich zasiadający odczują na własnej skórze całą siłę gniewu wciąż istniejącego społeczeństwa konsumpcyjnego. Społeczeństwa nie zechcą po prostu żałośnie wegetować w warunkach restrykcyjnej gospodarki. Zakupoholizm, będący już od dawna niemal jedynym istniejącym egzystencjalnym celem obywateli, poprowadzi ich na ścieżkę aktywnego oporu przeciwko zapatrzonym w ekologię władzom. Powstania wojowniczych zakupoholików, hedonistów i konsumpcjonistów wstrząsną podstawami ładu społecznego i spowodują reakcję w postaci masowych represji. W ten sposób powstaną ekologiczne dyktatury z pełnym złości wizerunkiem Grety Thunberg na herbach i banknotach.

Postpatriotyzm

Herfried Münkler, określając niektóre społeczeństwa zachodnie mianem postheroicznych, podkreśla znaczenie tendencji do eliminowania poświęcenia z polityki. To jeden z symptomów zaniku patriotyzmu. Szacunek wobec przodków, dziejowe pokrewieństwo jako podstawa tożsamości, gotowość do porywów, cierpienia i śmierci oraz inne irracjonalne fundamenty państwa narodowego jeszcze niezbyt zdecydowanie, lecz konsekwentnie przechodzą na dalszy plan, wypierane przez kult wygody i handlowo-pragmatyczne podejście do relacji jednostka – społeczeństwo. Postheroizm prowadzi do postpatriotycznej, postnarodowej państwowości „wykalkulowanej”, a nie wynikającej z „miłości do ojczyzny”. Niektóre wielkie aglomeracje miejskie będące rozsadnikami kosmopolityzmu przekształcą się w autonomiczne spółki merkantylnych jednostek „bez rodu i plemienia”, zbliżając się w ten sposób do libertariańskiego ideału państwa jako hipertrofii co-workingu, nie baczącego na sentymentalną ideologię obowiązku i wierności. Rządy nie będą w stanie narzucać się dalej ludziom jako ojczyzny, Vaterland; zostaną dla nich jedynie dostawcą specyficznych usług.

Wirtualne republiki

Wirtualne republiki staną się przykładem powstania państw bez terytorium. Na ich ludność składać będą się cyfrowe tożsamości realnie istniejących ludzi oraz absolutnie bezcielesne, całkowicie sztuczne boty. Powstaną zapewne w Darknecie jako półlegalne raje podatkowe lub pirackie portale handlowe, a może po prostu jako przestrzenie dla graczy; funkcjonować będą wyłącznie w Sieci, jednak z czasem wytworzą stabilne gospodarki, systemy zarządzania, cyfrową broń i wspólnotowe poczucie dumy, czyli wszystkie atrybuty suwerenności. Zostaną pełnoprawnymi uczestnikami stosunków międzynarodowych. Obywatel takiego wirtualnego kraju funkcjonować będzie pod postacią swojej „osoby prawnej” w suwerennej cyfrowej chmurze, a pod postacią „osoby fizycznej” – jeśli takową będzie posiadał – na obszarze „normalnego” państwa, w charakterze cudzoziemca.

Quia absurdum

Zresztą w pewnym sensie cudzoziemcami, obcymi ludzie będą czuć się wszędzie. Wybór będą mieli niewielki: albo być gościem u Maszyny, albo jej usługiwać.

Czy rok 2121 lepszy będzie od roku 1984? Czy przyszłość ma jasne barwy? Czy jest piękna? Zależy jak na to spojrzeć. Piękno kryje się przecież w oczach patrzącego. Podobnie, jak sprawiedliwość, wolność i wiele innych rzeczy.

Czy rozsądne są te przewidywania? Czy poważne? Trudno powiedzieć. Z pewnością są wystarczająco absurdalne, by się sprawdzić. I tak będzie – quia absurdum.

Władisław Surkow

Władisław Surkow (ur. 1964, w Sołncewie) – od 1999 roku na kierowniczych stanowiskach w Administracji Prezydenta Federacji Rosyjskiej oraz w administracji rządowej, ostatnio, od 2013 do 2020 roku – doradca prezydenta.

tłum. MP

Źródło: Безлюдная демократия и другие политические чудеса 2121 года (actualcomment.ru)

Redakcja