OpiniePolskaBitwa o Rzeszów

Redakcja2 tygodnie temu
Wspomoz Fundacje

Życie polityczne w Polsce mimo różnych zawirowań toczy się jednak w dość przewidywalny sposób. PiS ma problemy, ale opozycja jeszcze większe, ponieważ toczy ją niemoc. Ta dziwna niemoc sprawia, że ani fatalne pisowskie rządy, ani epidemia koronawirusa, ani wściekłe baby na ulicach nie są w stanie doprowadzić opozycji do władzy. Trawestując Jana Himilsbacha z filmu „Wniebowzięci” nie da się powiedzieć, że „tylu pisowców zmarnowało się przez lesbijki”.

We wspomnianych „Wniebowziętych” przełomem w akcji jest przylot głównych bohaterów do Rzeszowa. Mam wrażenie, że wydarzenia w Rzeszowie mogą się stać takim przełomem w życiu politycznym w Polsce. Rezygnacja Tadeusza Ferenca ze stanowiska prezydenta Rzeszowa, to już niczym w filmie Hitchcocka trzęsienie ziemi na początku, a potem jeszcze straszniej. Ustępujący prezydent Ferenc (od zawsze związany z SLD) na swojego następcę wskazał Marcina Warchoła, wiceministra w rządzie PiS-u i jednocześnie członka „Solidarnej Polski” Zbigniewa Ziobry.

W ten sposób prezydent Ferenc obok trzęsienia ziemi zafundował opinii publicznej i wybuch wulkanu, albowiem tak należy odebrać to posunięcie w sytuacji rządzącej w państwie koalicji. Już wiadomo, że swojego kandydata w wyborach prezydenckich w Rzeszowie wystawi również trzeci koalicjant, czyli „Porozumienie”, do niedawna określane ugrupowaniem Jarosława Gowina, a teraz nie za bardzo wiadomo czyje. Osobiście skłaniam się do określenia „Porozumienie Jarosława Kaczyńskiego”. Może jeszcze nie w tej chwili, ale raczej nieuchronnie. Teraz jednak dość dygresji.

Dwustutysięczny Rzeszów trzęsie się od spekulacji, hipotez i plotek. Jak się w to zagłębić, to można dostać pomieszania zmysłów. Do tej pory Rzeszów był w pewnym aspekcie politycznym cudakiem. Stolica województwa podkarpackiego, w którym PiS osiąga ponad siedemdziesięcioprocentowe poparcie, rządzona była przez prezydenta z SLD, mającego co prawda świetne relacje z hierarchami kościoła katolickiego, ale jego władza w Radzie Miejskiej opierała się na radnych z SLD. A teraz co? Czy ustąpienie Ferenca spowoduje rozpad koalicji rządzącej państwem? W moim odczuciu jest do tego blisko. Swoją drogą byłby to ciekawy paradoks, gdyby rządy PiS-u i jego koalicjantów skończyły się z powodu wewnętrznej kłótni o stołek prezydenta w stolicy województwa, które jest matecznikiem i opoką dla tego obozu politycznego. I kto by pomyślał, że wydawałoby się nie najważniejszy problem, stanie się katalizatorem i może doprowadzić do punktu krytycznego w sytuacji politycznej całego państwa.

Trochę znam większość ludzi, którzy staną do wyborczej walki w Rzeszowie. Część będzie prowadzić samodzielną grę, część jest w mniejszym lub większym stopniu figurantami w tej partyjnej rozgrywce. Z tego wynika jeden niepokojący wniosek. Otóż wydarzenia mogą się tak potoczyć, że Rzeszów i jego sytuacja mogą się stać wyłącznie tłem do partyjnej rozgrywki. Raczej dobrze życzę temu miastu, ale obawiam się, iż może się zdarzyć, że jeśli nie wygra PiS, to Rzeszów pożałuje „złego wyboru”. Traktowanie samorządów według partyjnych sympatii, to już norma w polityce PiS-u. Póki co Rzeszów tego mocno nie odczuwał. Czy to się zmieni?

O ile wiem PiS stawia na kandydata z Rzeszowa, ale ten o którym słyszałem faworytem nie będzie. Ogólnie zanosi się na rywalizację „spadochroniarzy” mających jakieś tam związki z Rzeszowem z „miejscowymi”, których słabością jest póki co ograniczona rozpoznawalność i co za tym idzie mała siła przebicia. Zanosi się na to, że w pierwszej turze może być nawet kilkunastu kandydatów i że druga tura wydaje się nieuchronna. Z kolei w drugiej turze decydować mogą nieduże różnice, zatem handel poparciem przegranych kandydatów z pierwszej tury będzie kwitł.

Jeśli miałbym czegoś życzyć Rzeszowowi i jego mieszkańcom w tych wyborach, to życzyłbym, by nie dali się otumanić partyjnym propagandom i potrafili rozpoznać, kto chce reprezentować realne interesy Rzeszowa, a kto będzie traktować Rzeszów głównie jako poligon ogólnokrajowej wojny o władzę, w której interesy Rzeszowa będą tylko tłem. Mam nadzieję, że w Rzeszowie jest chociaż kilkanaście procent mieszkańców, którzy przy wyborze kandydata na prezydenta miasta będą się kierować osobowością, intelektualnym formatem, znajomością i rozumieniem problemów Rzeszowa. Życzyłbym Rzeszowowi, żeby ci wyborcy zdecydowali. Wybierając takiego prezydenta jednocześnie broniliby sensu i istoty samorządności. Napięcie polityczne rośnie i będzie o to trudno, Ale mimo wszystko mam mieszane uczucia, żeby zgodzić się na myśl, iż niech nawet Rzeszów straci, byle rządy PiS-u się skończyły.

Andrzej Szlęzak

Fot. Wikipedia Commons

 

Redakcja