ŚwiatW USA jest kryzys, a nie spisek

Redakcja5 miesięcy temu
Wspomoz Fundacje

Duże rozczarowanie budzi reakcja polskiej prawicy na wybory prezydenckie w USA. Nawet wśród jak by się wydawało poważnych komentatorów pokroju Pawła Lisickiego, pojawiają się interpretacje spiskologiczne i paranoiczne, doszukujące się w takim a nie innym rozstrzygnięciu tego procesu „zwycięstwa bolszewizmu” lub spisku i zaplanowanego fałszerstwa wyborczego ze strony „skomunizowanej” Partii Demokratycznej.

Popularność takich wniosków świadczy o mentalnym skolonizowaniu przez USA polskiej prawicy, która nie potrafi już formułować z pozycji własnego kraju autorskich interpretacji i wniosków, a jedynie bezkrytycznie powtarza choćby najmniej ugruntowane w rzeczywistości i najgłupsze tezy wysuwane przez jej politycznych faworytów w zaoceanicznej metropolii.

Prawda jest tymczasem taka, że w Stanach Zjednoczonych AP nie doszło do żadnego „spisku” ani zaplanowanego „fałszerstwa” ze strony Demokratów. Donald Trump przegrał po prostu walkę o władzę, okazawszy się politykiem tyleż impulsywnym i energicznym, co chimerycznym, niekonsekwentnym i o słabej woli. Prezydent, próbujący uprawiać politykę i dyplomację poprzez pisane częstokroć capslockiem wypowiedzi na Twitterze, w których nawet nie próbował ukrywać targającej nim frustracji i wysyłał komunikaty wzajemnie sprzeczne, nieukładające się w metodycznie spójną linię polityczną, musiał przegrać z solidnie okopanym na swoich instytucjonalnych pozycjach establishmentem USA.

Obserwowane niejednokrotnie w procesie wyborczym tego kraju nieprawidłowości w rodzaju notowania frekwencji przekraczającej liczbę zarejestrowanych wyborców lub odnajdywania zaginionych pakietów głosów – niezależnie czy źródłem tych faktów były intencjonalne nadużycia czy przypadkowe błędy – świadczą o instytucjonalnej niewydolności jankeskiego państwa i jego ustroju. W jego ramach poszczególne stany same ustalają zasady oddawania głosów, zliczania ich i przeliczania na głosy elektorskie. Same rozpatrują również skargi na ewentualne nieprawidłowości. Terminy określające maksymalny czas wyłaniania elektorów i certyfikacji wyborów są rozciągnięte a procedury odwoławcze skomplikowane i niejednoznaczne, Nierozstrzygniętym do dziś problemem konstytucyjnym pozostaje na przykład, czy wiceprezydent naprawdę może „decertyfikować” wyniki wyborcze i tym samym unieważnić wybory, jak oczekiwał tego od „Mike`a” Pence’a Donald Trump.

Tak nieprecyzyjny, niejednolity, nieciągły i słabo wewnętrznie skoordynowany system wyborczy musi prowadzić do błędów oraz stwarza ryzyko nadużyć, mogących zafałszować wynik. Z taką sytuacją mieliśmy najprawdopodobniej do czynienia podczas wyborów prezydenckich w 2000 r., o których wyniku zadecydował będący bratem ówczesnego przyszłego prezydenta gubernator stanu Floryda oraz będący jego partyjnymi kolegami sędziowie Sądu Najwyższego, decydując o utrzymaniu prawomocności wykreślenia przez władze stanu z list wyborczych kilkudziesięciu tysięcy zarejestrowanych członków konkurencyjnej partii, a następnie wstrzymując ponowne przeliczanie głosów które mogło zagrozić zdobyciu głosów elektorskich z tego stanu przez ich faworyta.

Dodajmy do powyższych spostrzeżeń szczupłość i słabość centralnych i stanowych instytucji oraz ich permanentne niedofinansowanie, co wynika z ideału „małego i taniego państwa” zawartego w liberalnej ideologii fundującej USA i w związku z tym w znacznym stopniu określającej charakter ich polityki. Nie da się sprawnie przeprowadzić ogólnokrajowego procesu określanego przez heterogeniczne, niespójne i niejednokrotnie wzajemnie sprzeczne przepisy, gdy brakuje instytucji, środków finansowych i kompetentnych kadr.

Cechą charakterystyczną Stanów Zjednoczonych AP jest też bowiem faktyczny brak służby cywilnej, rozumianej jako wyłaniany na zasadach merytokratycznych korpus urzędniczy, trwający na swoich stanowiskach niezależnie od zmieniających się u władzy partii politycznych. Instytucje stanowe i federalne są w USA łupem wyborczym zwycięskiej partii a czystki polityczne po każdych wyborach sięgają przysłowiowego „poziomu sprzątaczki”. Niedorzeczne jest oczekiwanie uczciwych i bezstronnych wyborów, gdy nie tylko aparat urzędniczy, ale nawet sądy wszystkich szczebli traktowane są po prostu jako zasoby i instrumenty w walce pomiędzy konkurującymi partiami. W debacie publicznej USA nikt nawet nie próbuje powoływać się na nominalną „bezstronność” sądów, powszechnie i otwarcie się zaś przyznaje, że ich orzecznictwo jest prostą funkcją tego, przez nominatów, której partii zostały obsadzone.

Warto w tym miejscu wyprzedzić nieco porządek naszego wywodu i poczynić dygresję odnoszącą się do polskiego pola politycznego: w ostatnim dziesięcioleciu w intelektualnym zapleczu PiS pojawiały się bowiem głosy o rzekomej zasadności upodobnienia perspektywy oglądu służby publicznej w Polsce do tej przyjętej w USA. Bodaj jako pierwszy koncepcje tego rodzaju nagłaśniał, na szczęście skompromitowany już dziś doszczętnie Przemysław Wipler i funkcjonujące niegdyś wokół niego grono garniturowych karierowiczów tytułujące się „ruchem republikańskim”. Sekundowali im w tym  libertarianie uformowani pod wpływem poglądów Janusza Korwin-Mikkego, którzy jednak, wobec skompromitowania samego libertarianizmu, maskowali się pod nazwą „wolnościowców”.

Wipler posługiwał się przy tym figurą retoryczną „suwerenności wewnętrznej państwa” na oznaczenie likwidacji niezależnej od zwycięskiej partii służby cywilnej i dania takiej partii prawa do nieograniczonej kolonizacji państwa i jego instytucji własnymi aparatczykami. Koncepcja ta, choć, jak widzimy, genetycznie libertariańska i wyrastająca tak naprawdę z libertariańskiej nienawiści do państwa i do władzy, znalazła żywy odzew w ostrzącej sobie zęby na stanowiska państwowe partii Jarosława Kaczyńskiego, dostarczając jej teoretycznego uzasadnienia dla swoistej „prywatyzacji”, to znaczy totalnego upartyjnienia dobra publicznego w postaci państwowych zasobów instytucjonalnych. Jak żałosne przyniosło to efekty możemy obserwować na przykładzie polskiej służby zagranicznej, gdzie doświadczonych dyplomatów z profesjonalnym przygotowaniem i wieloletnim stażem, zastąpili nieudolni PiS-owscy karierowicze.

Obywatele USA nie dostrzegają opisanych tu instytucjonalnych dysfunkcji i anachronizmów swojego państwa, gdyż brakuje im umiejętności niezależnego myślenia i stosownej kultury intelektualnej. Współczesny system oświaty w Stanach Zjednoczonych AP, podobnie jak tamtejszy system opieki zdrowotnej, tworzony był w ramach filantropijnej aktywności wielkich przemysłowych kapitalistów, w czasach gdy popularność zyskiwała koncepcja produkcji taśmowej autorstwa jednego z nich – Henry’ego Forda. Szkoła w USA miała w założeniu przygotowywać kadry pracownicze dla wielkiego przemysłu, czyli kształcić wyspecjalizowanych profesjonalistów, perfekcyjnie i bezbłędnie spełniających konkretne, technicznie zaawansowane czynności, czyli będących trybikami w fabrycznej machinie nowoczesnego kapitalizmu.

Samodzielność intelektualna, myślenie heurystyczne i hermeneutyczne, ogólna kultura humanistyczna, były w takim modelu niepotrzebne i ich nie kształcono. Profilem jankeskiego szkolnictwa do dziś jest profesjonalna specjalizacja i kształcenie wąskich umiejętności praktycznych. Druga tradycja, z której ono wyrasta, mianowicie impregnowane wyznaniowo szkolnictwo rozwijane jeszcze w XIX w. przez poszczególne wspólnoty chrześcijańskie, również nie zawiera imperatywu rozwijania krytycznego i niezależnego myślenia, gdyż imperatyw taki nie byłby kompatybilny z nadrzędnością dogmatyki religijnej budowanej przez jankeskie wspólnoty protestanckie częstokroć na dosłownym i najbardziej prymitywnym (bo dokonywanym przy nieznajomości kontekstu) odczytaniu Biblii.

Czasy się zmieniły, na miejsce nowoczesności nadeszła ponowoczesność, zmieniły się model i organizacja kapitalistycznej produkcji, poszerzyła się nasza wiedza o świecie i weryfikacji uległo wiele światopoglądów i przekonań religijnych, system oświaty w USA oparty jest jednak wciąż na tych samych założeniach co w czasach kwakrów i purytanów z XVII w. z jednej strony, taśmy produkcyjnej i mas robotniczych tłumnie zmierzających na swoją zmianę w fabryce zaś z drugiej strony. Z własnych, kilkukrotnych wizyt w USA przed laty, układających się w sumie w kilkumiesięczny pobyt w tym kraju, pamiętam, że uczniowie tamtejszego odpowiednika szkół średnich trudzą się nad tabliczką mnożenia i słupkami na dodawanie, a ktoś nawet umiarkowanie znający język i umiarkowanie elokwentny, robi towarzyską furorę rzekomą erudycją i „obyciem”, które w rzeczywistości są zestawem podstawowych umiejętności kulturowych, w Polsce wynoszonych ze szkoły przez każdego ucznia liceum.

W USA przekazywane są one jedynie w elitarnych szkołach prywatnych, zaś kultura humanistyczna rozwijana na najbardziej prestiżowych uniwersytetach, na kształcenie w których większości obywateli nie stać. Nie mając na co dzień do czynienia z elitą, w obrębie której w USA przekazywane jest kulturowe dziedzictwo Zachodu, obywatele tego państwa nie mają szansy się z nim zetknąć ani z niego czerpać. Dostępna jest dla nich jedynie popkultura, której tworzenie i dystrybucja rządzą się w warunkach liberalnego kapitalizmu zasadami komercyjnymi.

Na dodatek, w kraju pozbawionym tradycji, którego społeczeństwo jest dość przypadkową zbieraniną ludzi ze wszystkich stron świata, wykorzenionych z własnej kultury i często świadomie odrzucających dziedzictwo swych krajów pochodzenia, ludzi których w gruncie rzeczy nic ze sobą wzajemnie nie łączy, popkultura, by zasługiwać na swoją nazwę, tak więc by trafiać do wszystkich, odwoływać musi się do najbardziej podstawowych, tak więc do najbardziej prymitywnych, bodźców oddziałujących na człowieka jako takiego – niezależnie od czynników ludzi różnicujących i nadających im tym samym tożsamość – tak więc do bodźców takich jak nagość, seks, przemoc, śmierć, plotki na temat życia prywatnego i sensacje.

W tak słabym społeczeństwie dużo trudniejsze jest zrozumienie słabości państwa, w którym się żyje. Ogłupione popkulturą społeczeństwo nie jest w stanie przeprowadzić debaty ani nawet zdobyć się na refleksję nad dysfunkcjami systemu politycznego swojego państwa, a jego porażki wyjaśnia sobie tak jak potrafi – złowieszczymi spiskami mrocznych sił, knujących przeciwko Konstytucji, wolności, demokracji i amerykańskiemu stylowi życia. Byli wśród nich już papiści chcący podporządkować północnoamerykańską republikę Rzymowi, byli oplatający jakoby sowieckimi mackami kraj komunistyczni szpiedzy których nawet w lodówce widział Joseph McCarthy, byli spiskujący z „federalsami” kosmici, była światowa konspiracja satanistów, byli japońscy biznesmeni, a nawet były humanoidalne jaszczury ukrywające się jakoby w przebraniu czołowych światowych przywódców. Obecnie jest to rzekomy spisek „lewaków” z Partii Demokratycznej, którzy chcą ukraść zwycięstwo wyborcze „prawdziwie amerykańskiemu” prezydentowi, znieść „amerykański styl życia” i zaprowadzić w USA ze stuletnim opóźnieniem rewolucję bolszewicką.

Taki jest właśnie poziom refleksji politycznej przeciętnych obywateli USA i na kanwie tego rodzaju świadomości politycznej, ponad którą bynajmniej nie wyrasta Donald Trump, zrodzić się mogły spiskowe pseudowyjaśnienia niefunkcjonalności demoliberalnego ustroju i liberalno-kapitalistycznego systemu politycznego Stanów Zjednoczonych AP. Jak wspomnieliśmy wyżej, jedynie dotknięciem polskiej prawicy kolonialnym syndromem „askarysa” lub jej skrajnym koniunkturalizmem wyjaśnić da się, że ludzie niewątpliwie przecież oczytani i inteligentni, zamiast samodzielnie i z polskiej perspektywy analizować kryzys w USA, przepisują po prostu tamtejszą brukową propagandę, tworzoną wszak w społeczeństwie i z myślą o odbiorcach znacznie słabiej intelektualnie uformowanych niż Polacy.

Znów poczynić musimy tu jednak dygresję odnoszącą się do rodzimych realiów, które już wkrótce mogą przestać się tak bardzo różnić od tych znanych z USA. Zmiany w oświacie wdrażane tak naprawdę już od końca lat 1990., uzupełnione destrukcją szkolnictwa wyższego przez rząd PiS, dokonaną rękoma wicepremiera Jarosława Gowina, sprowadzają się do powielenia w naszym kraju wzorca jankeskiego z epoki kapitalizmu przemysłowego. Podstawowym narzędziem weryfikacji wiedzy mają być zestandaryzowane i skrajnie uproszczone testy, programy nauczania dostosowane do oczekiwań zagranicznego korporacyjnego kapitału, a umiejętność niezależnego myślenia wyrastająca wprost z kompetencji kulturowych i wykształcenia humanistycznego ma być eliminowana jako rynkowo niepraktyczna.

Do tego dochodzi, prawda że dość marginalna na razie tendencja, do dogmatyzacji i antynaukowej ideologizacji szkolnictwa. W marginalnych na razie ale dość ruchliwych niektórych kręgach prawicy katolickiej oraz w ekstremistycznych środowiskach protestanckich dają się niekiedy słyszeć głosy za wycofaniem z programów nauczania darwinizmu i innych teorii naukowych uznawanych w tych kręgach za sprzeczne z wiarą chrześcijańską, jak również ideologizacji nauczania w duchu chrześcijańskiego fundamentalizmu – zazwyczaj skądinąd różniącego się od narracji Kościoła rzymskokatolickiego. Na tęsknotach takich żerować częstokroć próbuje korwinistyczny libertarianizm, prowadząc swoją antypaństwową kampanię o zniesienie powszechnej i finansowanej z budżetu oświaty państwowej oraz państwowych uczelni wyższych. Nie jest to nic innego, niż kolejny ideologiczny przeszczep z USA, nastawiony na destrukcję zbudowanej przez wieki w Polsce cywilizacji.

Między innymi jankeski uczony i popularyzator nauki Carl Sagan (1934-1996) w swojej wydanej na rok przed śmiercią i przetłumaczonej także na język polski książce „Świat nawiedzany przez demony” zwrócił uwagę na związek przyczynowy pomiędzy niedorozwojem systemu oświaty w USA a podatnością tamtejszego społeczeństwa na wszelkiego rodzaju zabobony i pseudowyjaśnienia w postaci teorii spiskowych, a przez to również dysfunkcjonalnością systemu politycznego tego państwa i niezdolnością mieszkańców Stanów Zjednoczonych AP do jego naprawy. Reprezentujący interesy zachodniej finansjery Mateusz Morawiecki oraz reprezentujący jej światopogląd Jarosław Gowin szykują Polsce tego rodzaju przyszłość, bo przecież wiadomo że „takie będą Rzeczpospolite, jakie ich młodzieży chowanie”.

Donald Trump niewątpliwie reprezentuje „prawdziwą Amerykę”. Przegrał walkę o władzę, gdyż okazał się zbyt słaby intelektualnie i psychicznie, co wynika ze słabej formacji kulturowej, kształcenie do kultury jest bowiem równoznaczne z wychowaniem, tak więc z formowaniem dojrzałej osobowości i mocnego charakteru. Donald Trump jest słaby, tak jak słaba jest Ameryka, którą reprezentuje i której jest obrazem. Socjologiczną osnowę systemu politycznego USA tworzy elita ludzi obracających się w tych samych kręgach towarzyskich (gromadzących się dorocznie choćby na balu debiutantek w hotelu Waldorf Astoria) a często powiązanych też ze sobą rodzinnie (choćby rody du Pontów, Vanderbiltów, Rockefellerów, Kennedych, Astorów, Rothschildów itp.).

Istnieją w tej warstwie oczywiście różnorakie napięcia; te najbardziej widoczne pojawiają się na linii pomiędzy „Old Money” ze Wschodniego Wybrzeża i kalifornijską „klasą kreatywną” z Doliny Krzemowej i okolic, pokrywając się częściowo z rywalizacją kapitału reprezentującego tradycyjne media papierowe (np. „Wall Street Journal”, „New York Times”) i elektroniczne (np. CNN, CNBC) z kapitałem reprezentującym wielkie platformy elektroniczne (np. Facebook, Twitter) – symbolem tych napięć stało się słynne przesłuchanie Marka Zuckerberga (uosabiającego przeniesienie centrum światowej gospodarki nad Pacyfik) przed Kongresem USA (symbolizującym tradycyjne centra władzy USA, związane ze Wschodnim Wybrzeżem).

Niezależnie jednak od struktury i wewnętrznej dynamiki (dużo bardziej zresztą skomplikowanych, niż tu zarysowaliśmy) tej socjologicznej osnowy systemu politycznego USA, należy mieć świadomość, że w państwie kapitalistycznym i demokracji liberalnej, a takim właśnie państwem są USA, władza na tym poziomie jest pierwotna w stosunku do władzy demonstrowanej na poziomie formalnych struktur partyjnych. Partie polityczne i politycy w USA zależne są od kapitału, również bezpośrednio podsuwającego im, poprzez działających oficjalnie lobbystów, gotowe rozstrzygnięcia polityczne. Jak unaoczniły nam ubiegłoroczne wybory prezydenckie, kapitał kontroluje też w USA kanały informacyjne i komunikacyjne, ogłaszając wyniki wyborów jeszcze zanim zakończy się proces wyborczy i o rezultatach poinformują uprawnione do tego organy państwowe, oraz będąc w stanie de facto wykluczyć ze wspólnoty politycznej urzędującą głowę państwa.

Stany Zjednoczone AP okazały się być zatem państwem słabym, gdzie sfera polityczna została całkowicie zawłaszczona przez sferę ekonomiczną i – jak diagnozował w odniesieniu do państw kapitalistycznych Karol Marks – jest jedynie instytucjonalną nadbudową nad wielkim kapitałem i narzędziem w jego rękach, przy pomocy których zabiega on o swoje zyski wewnątrz i na zewnątrz granic państwowych. W tradycyjnej europejskiej filozofii politycznej – tak jak opisywał ją choćby jej wybitny przedstawiciel Julius Evola – sfera twórczości materialnej, tak więc sfera gospodarcza, winna być podporządkowana sferze politycznej, reprezentującej zobiektywizowane dobro całej wspólnoty politycznej. Silne państwo to takie państwo, w którym polityka formatuje ekonomię, nie zaś ekonomia formatuje politykę, jak możemy to obserwować w USA. Jak zobrazowano to na jednym z popularnych ostatnio „memów”: Twitter banuje pseudo-prezydentów (Donalda Trumpa), podczas gdy prawdziwi prezydenci (Xi Jinping) banują Twittera.

Obecny kryzys w USA jest rezultatem wielowymiarowej dysfunkcjonalności tego państwa, zaprojektowanego jako oświeceniowa utopia, która jak dotychczas mogła trwać przez niemal dwieście pięćdziesiąt lat i rozrosnąć się do monstrualnych rozmiarów dzięki izolacji na odległym kontynencie, gdzie nie miała równych sobie rywali. Dzisiejszy świat jest jednak mniejszy i ciaśniejszy od tego z końca XVIII w. i rosnący w siłę chiński smok okazał się nagle omiatać swoim oddechem również Amerykę i izolowane w niej dotychczas jankeskie „miasto na wzgórzu”. Do niedawna, polityka zagraniczna, która dla innych państw była kwestią egzystencjalną, dla USA pozostawała prowadzoną daleko od domu niezobowiązującą grą. Dziś wygląda to już odmiennie, a piłka trafia coraz częściej na amerykańską połowę boiska. Jak wiadomo zaś, umiejętności w zakresie gry w piłkę stoją w USA na żenującym poziomie.

System polityczny USA zachował wiele instytucji i mechanizmów odziedziczonych po luźnej konfederacji państw, jaką były one na przełomie XVIII i XIX w. Państwo oparte na fałszywych ideach oświeceniowych takich jak demokracja, ekonomiczny liberalizm, wolność, równość, społeczeństwo obywatelskie, „tanie państwo”, „prawa człowieka”, uzupełnionych sekciarskim obskurantyzmem protestanckiego fundamentalizmu i ponurym ideologicznym zabobonem „poprawności politycznej”, feminizmu, praw „LGBT” i podobnych wspakulturowych bzdur, prosperować i rozwijać się mogło jedynie dzięki szczęśliwej dla siebie izolacji geopolitycznej. W świecie, który staje się coraz bardziej „gorący, płaski i zatłoczony”(Thomas L. Friedman), nie będzie już dużej wyłączone spod działania doboru naturalnego i zmierzyć się będzie musiało z lepiej urządzonymi i dojrzalszymi cywilizacyjnie krajami

 

Wobec tych przewartościowań w globalnym układzie cywilizacyjnym, polski komentariat polityczny powinien dokonać realistycznej diagnozy sytuacji w USA i wyciągnąć z niej wnioski konstruktywne dla własnej wspólnoty politycznej. Jak dotychczas, nic nie wskazuje jednak by był do tego zdolny. Polska prawica gorączkowo podchwytuje najgłupsze teorie spiskowe z USA tylko dlatego że pochodzą z USA i trzyma się ich kurczowo, nawet gdy ich jankescy rzecznicy dawno już je porzucili. To charakterystyczne dla podmiotów niesamodzielnych i zależnych. Polska prawica dąży, by Polska świeciła światłem odbitym USA. Tyle tylko, że blask „światowej latarni wolności i demokracji” blaknie już i przygasa. Obecny kryzys to unaocznia. Tylko na polskiej prawicy nie chcą tego dostrzec i wciąż deklarują „wiarę w siłę amerykańskiej demokracji”. Uczepiwszy się swojego jankeskiego pana, Polacy mogą niestety pójść za nim na dno.

Ronald Lasecki

Myśl Polska, nr 5-6 (31.01-7.02.2021)

Redakcja