PublicystykaŚwiatSmutne pożegnanie Trumpa

Redakcja2 tygodnie temu

6 stycznia 2021 r. był dniem zatwierdzenia przez Kongres wyników głosowania elektorów w wyborach prezydenckich w USA. Procedura zatwierdzania została jednak w pewnym momencie przerwana przez wydarzenia bez precedensu w historii Stanów Zjednoczonych. Oto tłum zwolenników Donalda Trumpa sforsował drzwi i niezbyt liczną ochronę Kapitolu i wdarł się do środka.

Przewodniczący posiedzenia, wiceprezydent Mike Pence został ewakuowany przez ochronę, kongresmeni zwyczajnie uciekli, a na korytarze Mekki amerykańskiej demokracji weszli najbardziej krewcy uczestnicy protestu, a przy okazji wielu oryginałów i zwyczajnych oszołomów. Niektórzy spośród nich zasiedli w fotelu przewodniczącego i w ławach kongresmenów, robiąc sobie przy okazji okolicznościowe zdjęcia. Niestety, obok wybuchających petard, czy fajerwerków, padły również strzały z prawdziwej broni. Mówi się o kilku osobach zabitych, w tym młodej kobiecie i weteranie wojennym.

Po pewnym wahaniu prezydent Donald Trump zdecydował się zaapelować do swoich zwolenników o opuszczenie gmachu Kapitolu i rozejście się w pokoju. Zanim to się stało, ściągnięto Gwardię Narodową, doszło do przepychanek i przesilenia na schodach zewnętrznych, po czym większość zwolenników Trumpa opuściła plac przed Kapitolem, a inni zostali z niego wyrzuceni przez Gwardię. Wszystko zostało od początku do końca pokazane przez media, w zasadzie w całości wrogie Trumpowi. Po przerwie Kongres zaakceptował wyniki głosowania elektorów. Oznacza to, że przed Bidenem zostało już tylko zaprzysiężenie, które odbędzie się 20 stycznia b.r. Wówczas prezydent-elekt, Joe Biden stanie się 46 prezydentem Stanów Zjednoczonych. Trudno wyobrazić sobie inne rozwiązanie.

Co poszło nie tak?

O procedurach wyborczych, o przebiegu kampanii, o samych wyborach i o wykrytych przez ludzi Trumpa nieprawidłowościach pisałem w poprzednich tekstach. Pomimo nadziei obozu obecnego prezydenta, sama tradycja prawna USA wskazywała na to, że Trump nic nie wskóra. Oczywiście w tym systemie – Common Law – istotą jest precedens i tradycja ta na precedensach się opiera. Z tym, że Trump musiał liczyć na nowy precedens albo takowy stworzyć. Miał na to minimalne szanse. Niezależnie od nadziei – nie popartych niczym poza głębokim pragnieniem – także polskich trumpistów, zwracałem uwagę, że prezydent ma niewiele narzędzi formalnych w ręku, a te, które ma nigdy w historii nie zadziałały, a zatem jedyną, dodajmy – mocno wątpliwą – szansą, było czysto teoretycznie możliwe podjęcie działań nieformalnych.

Jakich? Zamach stanu w oparciu o wojsko? Chyba tylko to wchodziło w grę na papierze, bo przecież nie w praktyce, skoro wiadomo było, że Trump toczy walkę również z Pentagonem, skłonnym do ciągłego eksportowania wojen na świecie. Być może niektórzy spodziewali się, że tłumy zwolenników prezydenta zgromadzone właśnie w dniu 6 stycznia pod Kapitolem wywrą moralny nacisk na republikanach i na wiceprezydencie Pencie i ci przewrócą po raz pierwszy w historii wyniki wyborów na rzecz Donalda T. To nie nastąpiło. Pence wygłosił oświadczenie, że nie może wziąć na siebie odpowiedzialności podważenia wyników demokratycznych wyborów. Co prawda kilku kongresmenów republikańskich przygotowywało się do zgłoszenia protestów odnośnie kluczowych stanów, jednak wówczas nastąpiła „inwazja” na Kapitol i także oni wycofali się ze swoich pozycji. Zatem sprowokowani zwolennicy Trumpa wyrządzili mu w istocie niedźwiedzią przysługę.

Być może nam w Polsce trudno jest to zrozumieć. U nas pojawiło się sporo głosów typu „dobrze im tak!” (czyli establishmentowi amerykańskiemu tworzącemu Deep State), bądź wyrażających inaczej entuzjazm dla chwilowego triumfu tłumu. W Polsce jest to poniekąd zrozumiałe. Od ponad trzystu lat, od czasu pierwszych kupowanych głosów posłów, Polska jest głęboko podzielona. Przy czym, będący przy władzy groteskowo idealizują swoje rządy, stawiając znak równości pomiędzy państwem a samymi sobą,  zaś ich wrogowie, równie groteskowo, czują pogardę nie tylko do ludzi sprawujących władzę, ale i do państwa, gotowi je podkopać z nienawiści do przeciwników politycznych. Do dzisiaj jesteśmy na to chorzy, słyszymy o nieistnieniu państwa polskiego czy to za PRL, czy dzisiaj, o kolejnych okupacjach… Wzniosłe idee Feliksa Konecznego o cywilizacji łacińskiej, pozostają pustymi formułkami w ustach co poniektórych aktywistów, a ich treści nie rozumieją często nawet oni sami. Tymczasem nie trzeba kochać sanacji, komunistów, PO czy PiS, ale nienawiści do rządzących nie wolno przenosić na państwo, bez względu na to, czy nam się ci rządzący podobają czy nie, czy są kanaliami, złodziejami, a może i zbrodniarzami, czy są rozsądni i rozumni.

Państwo odzyskaliśmy z wielkim trudem i je szanujmy. Taka postawa, wynikająca z przyzwyczajenia, czy to do demoralizowania władzy przez obcych, czy to z fanatyzmu powstańczego ocierającego się anarchię, czy to ze stawiania anarchii i działań antypaństwowych na piedestał, powoduje, że nie rozumiemy Amerykanów. I wcale nie zamierzam tutaj przesadzać z peanami na cześć amerykańskiej demokracji. Tak, to prawda, że podział cywilizacyjny, kulturowy pomiędzy dwoma stronami społeczeństwa amerykańskiego (ważne – podział ten nie przebiega wcale po linii etnicznej) jest dzisiaj najgłębszy w historii i będzie, wręcz musi rodzić określone implikacje w przyszłości, ale zwróćmy uwagę, że jest to jednak nowość dla USA. Jeszcze nie tak dawno różnice pomiędzy administracjami kolejnych demokratycznych i republikańskich prezydentów były trudne do zauważenia. Obowiązywała zasada ponadpartyjnego interesu Stanów Zjednoczonych i „right or wrong – my country”, przestrzegane przez głównych aktorów sceny politycznej. Tak, dzisiaj podział sięga do samych fundamentów, do Ojców Założycieli i do ocen całej historii, jak również dotyczy bardzo istotnej sfery moralności i tożsamości człowieka-obywatela, ale w przypadku wydarzeń na Kapitolu zagrało wspomnienie niedawnego consensusu co do rzeczy podstawowych, a takimi są  sam Capitol, jako świątynia amerykańskiej demokracji i wybór prezydenta.

Wyreżyserowana insurekcja

Czyli co? Ludzie nie mają już prawa demonstrować, wyrażać publicznie swoich poglądów, zarówno tych pozytywnych (co lub kogo popierają) jak i negatywnych (przeciwko komu lub czemu są)? Nic podobnego. Ale tak, jak nasi organizatorzy marszów niepodległości, tak i zieloni w organizowaniu tak ogromnych wieców amerykańscy zwolennicy Trumpa, nadziali się na prowokacje, a te wystarczą, aby pewnym ludziom adrenalina zagotowała się w żyłach, a wtedy już nie ma racjonalnych działań, ale… Hu! Ha! Krew gra, duch gra! Hu! Ha! I kończy się źle. Trumpiści chcieli dobrze, a w efekcie dali asumpt do zintensyfikowanego wylewania pomyj na prezydenta. Chcę podkreślić, że obecność i działalność prowokatorów nie jest i nie może być wytłumaczeniem dla słabości a czasem nieudolności organizatorów. To czynnik, który należy brać pod uwagę. W połączeniu z potęgą wrogich mediów, daje to murowaną katastrofę. Grać trzeba tak, jak przeciwnik pozwala, co nie znaczy, aby mu się podkładać. Może co najwyżej należałoby w dzisiejszych czasach przemyśleć sens demonstracji jako takich po tzw. naszej stronie.

Ktoś powie, a hipokryzja owych mediów? Tak, racja, hipokryzja piramidalna, ale cóż to zmienia, to oni dyktują i urabiają widownię. I niech tylko nie przychodzi nam do głowy pomysł odpowiadania hipokryzją na hipokryzję, tak jak podłość przeciwnika nie może być uzasadnieniem naszej podłości. To miecz obosieczny, dodatkowo, po naszej stronie mocno stępiony. Waga papierowa przeciw ciężkiej…  Ale oczywiście hipokryzję mediów, wroga politycznego, trzeba nazwać, piętnować i o niej głośno mówić. Dla tych samych mediów amerykańskich, dla których zwolennicy Trumpa to motłoch, pełne agresji manifestacje Antify, planowo niszczące mienie w dzielnicach białych marsze Black Lives Matter, czy tzw. SlutWalk (tzw. marsze dziwek, choć wydaje się, że słowo „slut” zawiera nawet większy ładunek wulgarności od polskiej k…, gdzie wyzywająco ubrane lub nieubrane, agresywne feministki domagają się „prawa” do dowolnego ubioru, także wyzywającego lub braku ubioru w ogóle), są wyrazem walki o prawa człowieka. To samo dotyczy mediów w Polsce, także przy okazji sprawy Kapitolu, gdzie np. w „Gaz. Wyb.” używano również słowa „motłoch”, zaś wcześniejsza agresję feministek wobec kościołów, zakłócanie nabożeństw itp., przyjmowano z entuzjazmem.

Z relacji na gorąco zgromadzonych w Waszyngtonie wynika, że wzdłuż szeregu ochrony Capitolu chodzili osobnicy głoszący zresztą same w sobie słuszne hasła, obijali tarcze ochrony i doprowadzili w ten sposób do wybuchu emocji co bardziej krewkich uczestników demonstracji. A potem już wystarczyło pokazać jakichś dziwnych przebierańców w budynku Kapitolu i faceta w koszulce wyrażającej poparcie dla hasła z bramy w Auschwitz. I okazało się natychmiast, że ten marsz, to naziści, rasiści i psychicznie podejrzani. I nie ma jak się przeciwko temu bronić. Paul Craig Roberts uznał, że Deep State stworzył sobie sam kolorową rewolucję, by uderzyć w Trumpa z nową mocą. Pat Buchanan stwierdził z kolei, że te wydarzenia będą służyły do wiecznego dyskredytowania Trumpa, jego zwolenników i wszystkiego, co udało mu się zrobić podczas prezydentury.

Nie ulega wątpliwości, że Joe Biden będzie się cieszył odwrotnie proporcjonalnym do nienawiści wobec Trumpa, poparciem mediów. Ale wylewając pomyje na Trumpa splugawiono nie tylko jego samego, ale i urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych, instytucję życia amerykańskiego. Prezydenta nie tylko uznano winnym tego, co się stało, ale i doszło do niewyobrażalnych jeszcze niedawno sytuacji, jak zablokowanie jego konta na Twitterze (tu także usunięcie filmowego apelu Trumpa ze strony) i na FaceBooku, czyli potraktowanie rzekomo pierwszej osoby w państwie jak pierwszego lepszego Johna Smitha z prowincji. Prezydenta obrzuca się najgorszymi epitetami, jako niszczyciela demokracji itp. Swobodnie dyskutuje się wszczęcie procedury usunięcia prezydenta z urzędu, tzw. impeachmentu, na niecałe dwa tygodnie przed jego opuszczeniem! Zwolennicy Trumpa dostali łatkę najgorszych skrajnie prawicowych mętów, będących zagrożeniem dla demokracji. Sielanka Joe Bidena z mediami, która zapewne nastąpi przynajmniej na początku, niech nas nie zmyli. Media poczuły krew i każdy następny „nieposłuszny” prezydent zostanie znowu doprowadzony do pozycji petenta, który musi pisać do Zuckerberga o łaskawe przywrócenie mu konta na FB.

Co dalej?

Donald Trump jest człowiekiem doświadczonym  i powinien przełknąć gorzką pigułkę niezasłużonej porażki, i prowadzić działalność dalej, może nawet pod jeszcze ostrzejszymi hasłami. Przede wszystkim, tych wszystkich dobrych uczciwych ludzi, pewnie z 95% demonstrantów i miliony, które zostały w domach, należy zorganizować. W nowy ruch, który docelowo powinien zmierzać do przewrócenia zastałego porządku politycznego w USA. Są ku temu przesłanki. Należy wystrzegać się błędów, prowokacji, oszołomów we własnych szeregach i spokojnie budować. Przyciągać do głównie białego ruchu Latynosów i murzynów. Stany Zjednoczone są tak spolaryzowane pod względem ideologicznym, cywilizacyjnym, że podział ten będzie musiał w najbliższych dziesięcioleciach znaleźć ujście.

Myśląc futurystycznie, nie wykluczona jest nawet jakaś nowa secesja w przyszłości. Gdzieś na uboczu stoi parta republikańska. Wewnątrz niej też odbędzie się walka pomiędzy tymi, którzy chcieli i popierali Trumpa, a zwolennikami Deep State i nowych fundamentów cywilizacji amerykańskiej. To, co się dzieje w USA nie jest aż tak sensacyjne, jeżeli przypomnimy sobie cykle rozwojowe (zakończone upadkami) innych mocarstw w historii. I może wzruszyć Stany Zjednoczone w posadach choćby dzisiaj wydawało nam się jeszcze, że to potęga niczym nieograniczona.

Adam Śmiech

Fot. Wikipedia Commons

Myśl Polska, nr 3-4 (17-24.01.2021)

Redakcja