Poszukiwanie nowej terminologii do opisu i objaśniania stosunków międzynarodowych jest konsekwencją komplikującej się rzeczywistości, a także świadomego i zdecydowanego kwestionowania zachodniego monopolu na urządzanie świata.
Nowe spojrzenie na zmianę porządku międzynarodowego wymusza sytuacja kryzysowa, w jakiej znalazł się Zachód, a wraz z nim cały system międzynarodowy. Zdaniem wielu obserwatorów, era liberalnej hegemonii dobiega końca, a wszystkie jej „dobre” strony, takie jak racjonalność, poszanowanie godności ludzkiej, dobre rządy, wolny handel i porządek „oparty na zasadach”, ulegają erozji. Czołowe mocarstwa zachodnie rażąco naruszają te wartości, a liberalizm jest najbardziej kwestionowany na własnym podwórku, czego jaskrawo dowodzi druga kadencja prezydencka Donalda Trumpa. Jego szokujące decyzje w sprawie rewizji regulacji celnych oraz zakwestionowanie strategicznej i normatywnej użyteczności sojuszy oznaczają radykalne podważenie wiarygodności liberalnego porządku.
Jednocześnie, wielu zwolenników dotychczasowego status quo zaprzecza wartościom poznawczym realizmu politycznego. „Odgrzewanie” starych schematów, opartych na starożytnych przekazach nie pomaga w zrozumieniu systemu międzynarodowego, który ulega depolaryzacji. Przykładem „anachronicznego” myślenia jest spopularyzowana przez amerykańskiego badacza Grahama Allisona „pułapka Tukidydesa”, pokazująca groźbę popadnięcia w konflikt „starej” potęgi, broniącej stanu posiadania (USA), z mocarstwem „wschodzącym”, dążącym do rewizji zastanego porządku (Chiny).
Współcześni konstruktywiści twierdzą, że ciągłe odwoływanie się do historii, w tym tej antycznej, z czasów greckich poleis (miast-państw), jest błędem. Żyjemy bowiem w innych czasach i warunkach, w których badacze stosunków międzynarodowych nie mogą być niewolnikami starych teorii i poglądów. Muszą być otwarci na nowe koncepcje, a tym samym na nowe możliwości kształtowania rzeczywistości, które nie mają precedensu w historii.
Każda zmiana na geopolitycznej mapie świata prowokuje więc do poszukiwania oryginalnej nazwy wyłaniającego się porządku międzynarodowego. Jesteśmy właśnie świadkami rekonceptualizacji stosunków międzynarodowych, która próbuje odejść od koncentracji sił w postaci „biegunowości” (polarności) na rzecz „multipleksowości”.
Termin ten wypromował znany na Zachodzie badacz indyjskiego pochodzenia Amitav Acharya, opowiadając się za „wielowymiarowym” ujmowaniem rzeczywistości międzynarodowej. Chodzi przy tym o uwzględnianie dorobku teoretycznego także z innych poza Zachodem obszarów kulturowych i cywilizacyjnych. Jego zdaniem, hegemonia Zachodu nie jest bowiem warunkiem koniecznym przetrwania globalnego porządku. Różnorodność kulturowa, ideologiczna i polityczna determinuje poszukiwanie nowych sposobów współistnienia „wielu nowoczesności”, a pluralizacja współpracy i zarządzania sprzyja promowaniu „rozproszonego” przywództwa.
Termin „multipleks”…
może kojarzyć się z metaforą „kina wielosalowego”, w którym oferta dla szerokiego grona odbiorców obejmuje duże spektrum gatunków filmowych, bez jednego reżysera, kontrolującego cały repertuar. Możliwe jest też matematyczne skojarzenie terminu z wielością „fałd” czy „części”, co pozwala nazwać przy jego pomocy porządek oparty na mnogości idei i podmiotów. Wreszcie z mechaniki kwantowej i kosmologii można wywieść koncepcję „multiwersum” (wieloświata), czyli hipotetycznego zbioru wielu równoległych wszechświatów.
W odniesieniu do stosunków międzynarodowych multipleksowość oznacza zarówno wielość uczestników, jak i złożoność interakcji między nimi. Jest analityczną alternatywą dla koncepcji skoncentrowanych na biegunowości. Tę – jak wiadomo – wyznaczają wielkie potęgi, które są wyrazem koncentracji sił, a swoim statusem i potencjałem wpływają na korzystną dla siebie polaryzację systemu międzynarodowego. Coraz więcej ugrupowań konkurencyjnych wobec instytucji zdominowanych przez Zachód, takich jak BRICS+ czy G20, pomaga demontować dotychczasowy porządek, co nie oznacza jednak radykalnej zmiany, a tym bardziej rewolucji w konceptualizacji nowego porządku.
W czasach nowożytnych, począwszy od pokoju westfalskiego 1648 roku, porządki międzynarodowe określano przez pryzmat liczby władczych potęg. Mieliśmy zatem do czynienia z rozmaitymi odsłonami wielobiegunowości w XVIII i XIX stuleciach, po II wojnie światowej – z dwubiegunowością, a po „zimnej wojnie” – z hegemoniczną jednobiegunowością. Były to w rzeczywistości duże uproszczenia, ale spełniały podstawowe funkcje poznawcze i praktyczne. Przede wszystkim przez pryzmat wielkich potęg porządkowano „anarchiczny” system międzynarodowy, narzucając mu reguły przywództwa i hierarchicznej organizacji.
Odrzucenie biegunowości jako kryterium porządkującego strukturę systemu międzynarodowego oznacza, że porządek multipleksowy nie jest definiowany przez hegemonię jednej ideologii czy jednego mocarstwa. USA nie są już w stanie samodzielnie tworzyć reguł i dominować nad instytucjami globalnego zarządzania. Aktywnie uczestniczą na drodze transakcyjnych negocjacji w wypracowywaniu podziału przywództwa między mocarstwami zachodnimi a mocarstwami „wschodzącymi”. Dzięki kooperacyjnym i akomodacyjnym strategiom mocarstw niezachodnich, nowym instytucjom regionalnym, czy wreszcie różnym rodzajom partnerstw między podmiotami publicznymi i prywatnymi, porządek multipleksowy ma szanse uratować system międzynarodowy przed destabilizacją. Wydaje się, że taka nadzieja rodzi się choćby wokół racjonalnych i intensywnych prób załagodzenia konfliktu na Bliskim Wschodzie.
W porządku multipleksowym nie ma jednego centrum decyzyjnego, ani jednej dominującej logiki, organizującej stosunki międzynarodowe. W różnych regionach globu powstają własne porządki (europejski, eurazjatycki, azjatycki, afrykański, latynoski itd.), które nie są prostą kopią liberalnego ładu Zachodu. Tworzą odmienne kombinacje zasad i instytucji, które mogą mieć różne poziomy przestrzenne (globalny, regionalny, subregionalny, sąsiedzki, lokalny, transgraniczny, transnarodowy) i hybrydalny charakter ideologiczny (ani demokratyczny, ani autorytarny).
„Wieloporządek”
Aby uspokoić sceptyków i niedowiarków, wiernych tradycjom realizmu politycznego, konstruktywiści twierdzą, że we współczesnym porządku międzynarodowym mocarstwowe bieguny nie tracą całkiem swojego znaczenia, ale rozkład sił staje się bardziej skomplikowany. Przede wszystkim w ostatnim stuleciu pojawiło się wielu nowych graczy, konkurencyjnych wobec potęg państwowych. Są to niezliczone korporacje i agencje, społeczności i ruchy, a nawet jednostki stojące na czele fundacji czy koncernów medialnych, których interakcje i wpływy są nie do przecenienia i nie poddają się kontroli państw. To one w wielu przypadkach decydują o tym, że nie ma jednego przejrzystego porządku międzynarodowego. Istnieje raczej „wieloporządek” (Trine Flockhart), będący rezultatem ciągłej fragmentacji i decentralizacji, a zatem wyłaniania się nowych sfer zależności, kontroli i wpływów. Pozwala on badać rolę dystrybucji sił i wzorce interakcji w wielu obszarach problemowych, wykraczających poza geopolitykę (technologie, infrastruktura, sztuczna inteligencja, eksploracja kosmosu i in.).
Koncepcja multipleksowości jest odpowiedzią na mitologizację liberalnego porządku hegemonicznego pod przywództwem USA. Nigdy nie był on porządkiem uniwersalnym w skali globu. Poza nim pozostawały państwa bloku wschodniego, Chiny, Indie, Indonezja i znaczna część państw rozwijających się, kwalifikowanych do tzw. trzeciego świata. Była to wyłącznie konfiguracja graczy zdominowana przez państwa anglosaskie, tj. USA, Wielką Brytanię, Europę Zachodnią i Australię.
Na tle wzrostu gospodarczego Chin czy Indii, które znalazły się w pierwszej piątce gospodarek świata, przyjęło się od jakiegoś czasu pomniejszanie rangi mocarstw zachodnich. Stanowiąc potężne ugrupowanie tzw. zbiorowego Zachodu, w rzeczywistości mają one nadal zdolności mobilizacyjne i są gotowe do użycia swojego potencjału. Sięganie do agresywnych wojen, jak przeciwko Iranowi, pokazuje, że moralne roszczenia dotyczące sprawiedliwości gospodarczej czy zrównoważonego rozwoju ciągle przegrywają ze stosowaniem siły.
Zmierzch Zachodu
Zachodni liberalny model traci jednak monopol normatywny. Rośnie rola reżimów i instytucji tworzonych poza Zachodem. Przy udziale aktorów Globalnego Południa rodzi się nowa sieć powiązań opartych na rozmaitych formach regulacji. Przywracają one pewną symetrię w podejściu do równowagi międzynarodowej i pokoju. W efekcie porządek międzynarodowy zaczyna odzwierciedlać „wielogłos”, coraz większą liczbę kinowych „ekranów” i producentów. Daje to większe możliwości manewru państwom średnim i małym, pod warunkiem, że są one w stanie i mają wolę wyzwolić się z zależności od zachodniocentrycznego, hierarchicznego układu sił.
Państwa opozycyjne wobec Zachodu, będące jednak beneficjentami liberalnej globalizacji (np. Chiny), opowiadają się za „porządkiem mieszanym”, uwzględniającym pragmatyczne rozwiązania w zakresie globalnego zarządzania, z odrzuceniem jednak wszystkich środków liberalnego internacjonalizmu, kojarzących się z przemocą, interwencjonizmem, ekspansją czy dyktatem. Wzrost nastrojów antywojennych nie zapobiegnie wybuchowi kolejnych konfliktów, ale istnieje duża szansa na to, że ze względu na znaczącą pozycję „wschodzących” mocarstw na czele z ChRL, Nigerią czy Turcją zostanie przywrócone zarządzanie oparte na zasadach „pokojowego współistnienia”.
W świetle powyższej rekonstrukcji podstawowych założeń multipleksowości można przeprowadzić zasadną krytykę tej liberalno-konstruktywistycznej koncepcji z punktu widzenia realizmu politycznego. Widać wyraźnie, że dość mętna pod względem poznawczym wizja jest wyrazem pewnej życzeniowości, a nawet chciejstwa. Widzimy bowiem, że w sytuacji mobilizacji amerykańskich zasobów ideowych i materialnych w konfliktach tak zróżnicowanych jak Rosja – Ukraina-Zachód, Izrael – Hamas-Hezbollah, czy USA-Izrael – Iran, tzw. Reszta Świata ma niewiele do powiedzenia. A może po prostu nie chce się narażać na szkody? USA pozostają kluczowym mocarstwem pod względem potencjału gospodarczego i przewagi militarnej. Niezależnie od nieprzewidywalności prezydenta Trumpa widać wyraźnie, że dominacja USA jest póki co nie do zakwestionowania. Amerykańska „bestia” nadal ma najwięcej do powiedzenia w zarządzaniu porządkiem międzynarodowym.
Koncepcja multipleksowości nie jest antidotum na tendencje imperialistyczne, do których wracają stare mocarstwa, a nowe bynajmniej się od nich nie odżegnują. Poza tym pluralizm uczestnictwa w stosunkach międzynarodowych nie jest niczym nowym. Ma historię sięgającą średniowiecza, kiedy różne ośrodki potęgi, zwłaszcza cesarstwa i papiestwo zaczęły rywalizować ze sobą o prymat. To wtedy zaistniały całe sieci nieformalnych graczy pozapaństwowych, operujących za kulisami wielkich mocarstw i mających istotny wpływ na ich decyzje.
Wstęp do świata multipleksu – podobnie jak do kina multipleksowego – jest możliwy wyłącznie dla tych, którzy są w stanie za to zapłacić. Otóż nowi aktorzy Globalnego Południa i ich peryferyjne elity są na tyle przesiąknięte koncepcjami neoliberalnymi i zależnościami materialnymi, że z łatwością integrują się w ramach istniejących hierarchii. W sumie dochodzi do utrwalania dotychczasowych zależności i tworzenia nowych, zamiast budowania ogniw autonomicznych.
Ważnym zjawiskiem w stosunkach międzynarodowych są transnarodowe sieci elit, które zawłaszczają procesy demokratyczne w poszczególnych państwach. Przypadek Unii Europejskiej jest szczególnie pouczający, gdyż jej interwencje w procesy wyborcze i legitymizację władzy w poszczególnych państwach członkowskich (i poza nimi) dowodzą determinacji w obronie „kolesiowskiego” kapitalizmu oraz utrzymania kompradorskich, sprzedajnych i lojalistycznych wobec wielkiego kapitału układów sił politycznych.
Koncepcja multipleksowości – mimo narastającego chaosu i zjawisk kryzysowych w świecie – jest optymistyczną wizją systemu międzynarodowego. Bezkrytycznie wspiera uniwersalną wizję współzależności i rosnących wzajemnych powiązań jako panaceum na globalne zarządzanie. Intensywność interakcji być może sprzyja dialogowi międzynarodowemu i negocjowaniu kontraktów, ale nie przekłada się ani na większą samodzielność decyzyjną nowych podmiotów, ani na poszanowanie suwerennej równości państw.
Demokratyzacja w stosunkach międzynarodowych jest fikcją, a dostęp do gremiów konsultacyjnych i zarządzających takich potęg jak Indie czy Brazylia sprowadza się raczej do uznania ich wymiaru „retorycznego”, a nie realnej siły przetargowej. Gdy przystępują one do grona decydentów, nie proponują nowych rozwiązań, lecz odtwarzają utrwalone wzorce dyskryminacji i zależności. Taki stan rzeczy wynika z integrowania się gospodarek „wschodzących” z globalnymi instytucjami finansowymi, a to prowadzi do akomodacji wobec polityki neoliberalnej, zamiast do jej kwestionowania. Wiara konstruktywistów w to, że większy udział w procesach zarządzania automatycznie prowadzi do przyjmowania bardziej sprawiedliwych rozwiązań jest dowodem naiwności, a nie realizmu.
Kupowanie elit
Na Zachodzie doskonale opanowano metody kooptacji i asymilacji członków elit w państwach kontestujących liberalne reguły gry. Abstrahując od radykalnych posunięć w postaci fizycznej likwidacji oponentów (np. w Iranie, Iraku czy Libii), władze i instytucje świata zachodniego (np. Bank Światowy czy Komisja Trójstronna) postawiły już w latach siedemdziesiątych ub. wieku na stosowanie ofert i przynęt „wiązanych”, na przykład strategii pożyczek bankowych uwarunkowanych reformami rynkowymi. (Później nadano temu kanoniczny charakter Konsensusu waszyngtońskiego). Trudno nie wspomnieć o roli rozmaitych funduszy celowych w budżetach USA i innych potęg.
Rozpoznanie choćby polityki stypendialnej rządów państw zachodnich, wspomaganych przez liczne organizacje pozarządowe, daje pogląd, jak głęboko zostały spenetrowane elity państw, będących beneficjentami i akceptorami dóbr oferowanych przez Zachód. Co szczególnie wstydliwe, w hierarchizowaniu odbiorców zachodniej protekcji niemałą rolę odegrały rasistowskie wyobrażenia o wyższości „naturalnej elity światowej”, którą stopniowo należy poszerzać o przedstawicieli mocarstw regionalnych. Problem dyskryminacji petentów i klientów państw zachodnich ze względu na różnice kulturowe oczekuje także w Polsce na odkrycie i dogłębną ocenę.
Dzielenie się przywództwem w stosunkach międzynarodowych, jak uczy doświadczenie historyczne, jest zawsze funkcją podziału potęgi i władzy (wpływów). Ocena twórcy koncepcji multipleksowości, że spontanicznie – z woli dotychczasowych mocarstw – zrodzi się przywództwo kolektywne czy rozproszone, jest wyrazem naiwności i idealizmu. Bliższy ogląd BRICS+ wyraźnie wskazuje, że państwa tworzące to ugrupowanie z łatwością godzą się na funkcjonowanie w ramach globalnego kapitalizmu, przynoszącego przede wszystkim mocarstwom zachodnim nieograniczone zyski. Wystarczy zauważyć, że szacowany udział dolara amerykańskiego w rezerwach walutowych państw należących do BRICS+ sięga nawet 50-60%, co stanowi problem strukturalny gospodarki światowej, uniemożliwiający szybką ucieczkę od dominacji tej waluty.
Czas wielkiej zmiany
Choć współczesny porządek międzynarodowy jest ciągle legitymizowany przez przywództwo świata zachodniego (anglosaskie poczucie wyjątkowości), to jednak na naszych oczach rodzi się hybrydalny układ globalnej władzy, która opiera się jednocześnie na zmiennych układach o charakterze kooperacyjnym, konkurencyjnym, a nawet konfliktowym. W tym sensie – żeby być w miarę obiektywnym i sprawiedliwym w ocenie – koncepcja multipleksowości pozwala lepiej zrozumieć przechodzenie współczesnego systemu międzynarodowego przez fazę złożonej transformacji na różnych poziomach i w różnych kręgach globalnego zarządzania.
Niezależnie od wszystkich wad i słabości multipleksowości, najbliższa przyszłość upłynie pod znakiem głębokich przetasowań w systemie międzypaństwowym. Jawne i ukryte konflikty interesów będą determinować, jak dzieje się od czasów najdawniejszych, porządek międzynarodowy. A analizy narastającego ryzyka wybuchu otwartego konfliktu zbrojnego między mocarstwami pomogą zrozumieć, dlaczego elity Globalnego Południa będą zarówno wspierać, jak i kwestionować przywódczą potęgę Stanów Zjednoczonych.
Negatywny wymiar koncepcji multipleksowości pokazuje, że pozostając w obrębie porządku liberalnego, naprawdę sprzyja ona wzmacnianiu hegemonii mocarstw zachodnich poprzez niezdecydowanie, służalczość i klientelizm uczestników peryferyjnych. „Stare” mocarstwa póki co nie zamierzają zejść z piedestału potęgi, stojąc na straży ukształtowanego przez stulecia fundamentalnego systemu nierówności. W sposób cyniczny i bezwzględny będą dążyć do ciągłego poszerzania panującej oligarchii poprzez wchłanianie i podporządkowywanie wszelkimi możliwymi sposobami elit spoza swojego ekskluzywnego grona.
Prof. Stanisław Bieleń
Myśl Polska, nr 17-18 (26.04-3.05.2026)



