Nasi żołnierze prawdopodobnie znów pójdą na wojnę, bo chcemy w ten sposób uratować NATO przed nieuchronną likwidacją przez… USA. Nie zawiedziemy naszego strategicznego sojusznika.
Jesteśmy wierni i dyspozycyjni: staliśmy u jego boku w Iraku i Afganistanie, pojedziemy do Iranu, albo gdzieś w jego okolice. „Zaliczymy” kolejną przegraną wojnę. Ile potrwa? Długo, bo jej szybkie zakończenie będzie zinterpretowane (słusznie) jako porażka agresorów oraz zwycięstwo polityczne i militarne Iranu. USA od dziesiątek lat realizuje w swoich wojnach podobny scenariusz (zaczęło się od Wietnamu i agresji na inne państwa Półwyspu Indochińskiego): po zaatakowaniu danego państwa rozpoczyna się długotrwałe niszczenie jego substancji materialnej oraz mordowanie „terrorystów”, co tylko wzmaga opór i rodzi kolejne pokolenia obrońców. Po trochu wciąga się w tę wojnę swoich sojuszników i wasali. Każda z tych wojen kończyła się klęską agresorów; sromotną ucieczką i porzuceniem przywiezionego do okupowanego kraju sprzętu oraz uzbrojenia.
A wracając do próby podsumowania wojennej historii Trzeciej RP, to wygląda ono dość ponuro: najpierw była wojna z Jugosławią („humanitarne bombardowania NATO”), potem przeciwko Irakowi i Afganistanowi. Tam ginęli nasi żołnierze, walcząc po przegranej stronie. Od ponad czterech lat trwa kolejna „nasza wojna” przeciwko Rosji, również bez jakichkolwiek perspektyw na zwycięstwo strony, którą wspieramy. Być może włączymy się po „słusznej”, czyli amerykańsko-izraelskiej stronie przeciwko Iranowi.
Ukraińcy okazali się niewdzięczni za okazaną im pomoc. Również „strategiczny sojusznik” i protektor nisko sobie ceni nasz udział w wojnach przeciwko Afganistanowi i Irakowi. Ponoć zdaniem przeciwnika USA „kryliśmy się za plecami wojsk amerykańskich”. Można traktować to jako pochwałę, bo jaki jest sens ginąć w cudzym interesie w dodatku w przegranych wojnach? Czy, jeśli pojedziemy na odsiecz do Iranu, to przestaniemy się kryć za plecami agresorów, bo to też nie będzie „nasza wojna”?
Straszy się nas, że już niedługo zaatakuje nas Rosja; było już kilka przepowiedni na temat dat tego ataku. W nietrafnych prognozach na ten temat specjalizuje się zwłaszcza klan nawiedzonych rusofobów, który jeszcze niedawno wieszczył, że ów nieuchronny agresor zostanie pokonany przez Ukraińców notabene przy udziale… Wojska Polskiego. Rosyjska agresja na „państwa wschodniej flanki NATO” ma być definitywnym i spektakularnym podsumowaniem ponad trzydziestoparoletniej historii Trzeciej RP a zarazem zwieńczeniem jej polityki wschodniej. Po trzech dziesiątkach lat „odstraszania”, nienawiści, pogardy i strachu wreszcie się spełni przepowiednia geostrategów a my – również zgodnie z tą przepowiednią – wyginiemy w tym starciu. Ale ostatecznie NATO wygra, bo przyjdą nam z odsieczą waleczne oddziały Hiszpanów, Portugalczyków, Włochów i Greków. W nich całą nadzieja.
Mimo że niniejszy tekst jest sarkastyczną ironią z oficjalnej propagandy, to tak naprawdę nie ma tu nic do śmiechu. W tych przegranych wojnach ginęli ludzie po naszej i po ich stronie. Dla niepoznaki obecność polskich żołnierzy na tych wojnach nazywano „misjami pokojowymi”. Zupełnie inaczej nazwał to prezydent Trump, bo jego zdaniem walczyliśmy (niezbyt dzielnie) na amerykańskich wojnach.
Ciekawe ile kosztowały „nieważnych ludzi” „nasze wojny” minionego trzydziestolecia?
prof. Witold Modzelewski
Myśl Polska, nr 15-16 (12-19.04.2026)



