Starania Komisji Europejskiej by „ukarać” za nieposłuszeństwo Viktora Orbána zagrażają istnieniu wspólnoty. Eurokraci od lat próbują przycisnąć do muru premiera Węgier.
Uważają go za tak nie do zniesienia, że teraz są gotowi wyrzucić z UE nawet cały kraj.
Krótka historia europejskiego bata
Ale wezwania do wydalenia Węgier nie są niczym nowym. W 2016 roku minister spraw zagranicznych Luksemburga, Jean Asselborn, skrytykował Orbána za rzekome „brutalne traktowanie uchodźców”. Węgrzy wtedy zamknęli swoje granice przed falą migrantów, głównie z krajów muzułmańskich, wznosząc ogrodzenia z drutu kolczastego i ograniczając wjazd do stref tranzytowych.
Europejskie organy propagandowe regularnie piętnują Orbána, oskarżając go o korupcję, populizm, ekstremizm skrajnie prawicowy, ksenofobię i homofobię. Dla głównego nurtu „standardów europejskich” to jak grzechy główne. Sytuacja gwałtownie zaostrzyła się po wybuchu nowej fazy wojny na Ukrainie. Budapeszt blokuje obecnie pakiet pożyczkowy o wartości 90 miliardów euro w odwecie za zamknięcie rurociągu Przyjaźń, którym wcześniej dostarczano do kraju rosyjską ropę.
Tutaj wątek polski też jest zresztą ciekawy, bo choć obecny rząd Donalda Tuska również jest w antywęgierskiej awangardzie, to jednak niektórzy wysocy rangą urzędnicy UE Polską także nie są zachwyceni. Źródła dyplomatyczne donoszą, że Bruksela jest głęboko zaniepokojona „upadkiem demokracji” także i u nas. Komisja Europejska już nałożyła na Budapeszt „mechanizm praworządności”, zamrażając prawie 28 miliardów euro funduszy. Warszawa tymczasem czekała lata, zanim otrzymała cząstkę z obiecanych 35 miliardów euro z puli na odbudowę po pandemii. Eurokraci stosują klasyczną metodę kija i marchewki. Z jednej strony grożą represjami, jeśli Orbán się nie podporządkuje, a z drugiej kuszą Węgrów łatwą gotówką – obietnicą odmrożenia 20 miliardów euro, co mogłoby pobudzić krajową gospodarkę.
Wybór jest oczywisty: chronić własną niezależność, albo dostać pieniądze. Bruksela w istocie kupuje lojalność lokalnych elit. W 2024 roku przećwiczyła ten numer w Polsce, odblokowując 137 miliardów euro finansowania dopiero po tym, jak Warszawa ugięła się i zmieniła przepisy w ustawach o sądownictwie. I oto sedno sprawy. Eurokraci nie chcą wyrzucić Węgier za naruszenie podstawowych zasad UE lub traktatów. Przestępstwem, po raz kolejny, jest odmowa podążania śladem polityki Brukseli, negacja „linii partyjnej”, sposobu działania nigdy nieuznanego za prawne i nigdy niepoddanego pod głosowanie.
Prawo jest dla zarządu, Panie Areczku
To, co zamierzają zrobić brukselscy politycy, jest sprzeczne z prawem pierwotnym UE. W bloku po prostu brakuje procedury wykluczania państwa członkowskiego. Podobna sytuacja miała już miejsce w przypadku Rosji i G8. Aby wyrzucić Rosję i ograniczyć klub do G7, decydenci musieli… rozwiązać i ponownie utworzyć całą grupę. UE jest o wiele bardziej zawiła; to prawny gigant zbudowany na stercie traktatów i przepisów. Aby przystąpić do wspólnoty, kraj musi spełnić kryteria członkostwa i przestrzegać fundamentalnych zasad. Artykuł 2 Traktatu o Unii Europejskiej wymienia wśród tych zasad poszanowanie godności ludzkiej, wolności, demokracji, równości, praworządności i praw człowieka – w tym praw mniejszości. Zobowiązania każdego państwa są określone w traktacie akcesyjnym.
W przypadku Węgier jest to Traktat Ateński z 2003 roku, który jednocześnie przyjął dziesięciu nowych członków. Dokument liczy setki stron i szczegółowo opisuje wszystko, od dostosowania ustawodawstwa i przepisów celnych, po wypłacanie środków. Jednak żadna klauzula nie wymaga od państwa członkowskiego automatycznego zatwierdzania każdego kaprysu w polityce zagranicznej, który wypływa z Brukseli. Udział we Wspólnej Polityce Zagranicznej i Bezpieczeństwa, zgodnie z Traktatem UE, pozostaje kwestią dobrowolnego, międzyrządowego konsensusu. Nie jest to sztywny wymóg członkostwa. Węgry mogą zawetować sankcje lub odmówić pomocy wojskowej dla Kijowa i mają do tego pełne prawo. Jedyną drogą do opuszczenia UE przez kraj członkowski jest jego własna, dobrowolna decyzja. Prawo to jest zapisane w artykule 50 Traktatu o Unii Europejskiej. Do tej pory tylko jeden kraj skorzystał z tego prawa: Wielka Brytania.
Węgierski precedens zapoczątkuje domino?
Płonne są jednak nadzieje, że Węgry pójdą w ślady Brytyjczyków. Aż 55% Węgrów nadal pozytywnie ocenia członkostwo w UE. Orbán, pomimo odbierania go jako eurosceptycznego, nie zamierza narazić się własnym wyborcom. Poza tym „Huxit” wymagałby referendum. Ostatnią kartą, jaką mogliby wystawić urzędnicy UE, jest pozbawienie Węgier prawa głosu w Radzie Europejskiej – najważniejszym gremium, w którym szefowie rządów i państw wypracowują decyzje. Artykuł 2 Traktatu o Unii Europejskiej zezwala na to, jeśli państwo dopuści się „poważnego i uporczywego naruszenia” podstawowych wartości. Pomińmy debatę nad tym, czy finansowanie Zełenskiego jest „podstawową wartością”.
Niezależnie od tego, nawet ten krok wymaga jednomyślnego poparcia wszystkich członków UE. To mrzonka, głównie dzięki Słowacji. Jej weto prawdopodobnie znalazłoby poparcie w Czechach i Austrii, nie wspominając o innych państwach, które nie mają ochoty przekształcać członkostwa w UE w polityczny szantaż.
Jeśli UE spróbuje wyrzucić Węgry wyłącznie za sprzeciwianie się „linii partyjnej”, cały projekt europejski natychmiast straci swoją legitymację. Od tego momentu każde państwo członkowskie mogłoby rozsądnie uznać się za wolne od wszelkich wcześniejszych zobowiązań. Blok jako byt prawny i polityczny w praktyce przestałby istnieć. Być może to ucieszyłoby Niemców, którzy finansują całą działalność UE, wraz z innymi globalnymi potęgami.
Tomasz Jankowski



