Zapominalskim albo roztargnionym przypomnę, że jeszcze przed wybuchem wojny w 2022 r. polska polityczna publicystyka, aż przegrzewała się od wielu tekstów na temat tak zwanego Międzymorza. A to, a tamto…! Niektórzy, obdarzeni nadmierną chorobliwą wyobraźnią poszli nawet na całość.
Międzymorze to mało – zaczęli pisać i rozprawiać na różne sposoby o tak zwanym Trójmorzu. To już było coś. Ci mesjanistyczni patrioci oczyma swojej naiwnej, ale bogatej psychiki widzieli się w samym centrum tej urzeczywistnionej wymarzonej struktury. Warszawa otoczona wianuszkiem swoich klientów, którzy mieli garnąć się pod jej mocarne skrzydła. Byli tak zauroczeni swoimi niedoważonymi koncepcjami, że nawet nie dostrzegli tego, co już istniało: Wyszehrad i Weimar (Paryż – Berlin – Warszawa). Co tam takie w końcu drobiazgi poniżej naszych ambicji i możliwości! Jednak umknęły im wówczas przynajmniej dwie istotne sprawy.
Zmaterializowanie tych pomysłów, to w rzeczywistości koniec historii dwóch kluczowych państw dominujących nad tymi obszarami: Rosji i Niemiec. O Moskwie i Berlinie całkiem po prostu zapomnieli. Jedni i drudzy wyparowali jakby nigdy nic. Oczywiście coś tam początkowo, ale po cichu liczono na amerykański patronat. Zwłaszcza, że Waszyngton jakby przyjaźnie uśmiechał się. Od razu uznano to za pewną zachętę do działania. Ale nie rozważono również jeszcze jednego ważnego problemu. Mianowicie, czy Polska jest dla tych wszystkich środkowo – europejskich podmiotów wystarczająco atrakcyjna? Czy je w razie konieczności jest w stanie obronić?
Czy ma wystarczająco mocną i prosperującą gospodarkę, by w różne Rygi i Lublany pompować strumienie pieniędzy i przodującą w Europie technologię? Jakoś nie pomyślano! Tę część tekstu można by na jego koniec skonkludować, że gdyby nawet nie nadchodząca wtedy wojna, to i tak koncepcja ta była zbyt utopijna, by miała przed sobą jakąś realną przyszłość. Ale nadszedł zbrojny konflikt na wschodnioeuropejskich stepach i jak zwykle w takich przypadkach do łask wrócił realizm. Geopolityczny konkret. Trójmorze, a nawet Międzymorze zdjęto z tego afisza. Rozpoczęła się inna sztuka – teatr wojny. A w nim powiało grozą, zwłaszcza na aktorów komediowych. Koniec chłopcy z tą dziecinną zabawą, zakrzyknęli Amerykanie tubalnym głosem, nieznoszącym sprzeciwów. I wszystkich niedoszłych akcjonariuszy nowego bytu ustawiono w szeregu, a najpierw i najbardziej Warszawę.
Żarty się skończyły, a sam pomysł jakoś zniknął z tak zwanej publicznej przestrzeni. Rozpoczęła się poważna gra. Co się przy tym okazało: wiele z przyszłych naszych „wasalnych” państw zachowuje się zupełnie inaczej niż my. W ogóle nie licząc się z naszym rządem. Co z tego wynika? A no to, że nasza moc sprawcza, nawet w najbliższym rejonie jest bliska zeru. Nie jesteśmy bowiem atrakcyjną siłą, ani choćby dla Węgier, Czech, czy nawet Słowacji. Nadzieja na przywództwo legła w gruzach. Trzeba by wrócić do rzeczywistości, lecząc się ze złudzeń. Jednak na to bym specjalnie nie liczył?
Antoni Koniuszewski
Myśl Polska, nr 11-12 (15-22.03.2026)



