Każda wojna wywołuje geopolityczne turbulencje, których rozpoznanie zajmuje sporo czasu. Zwłaszcza, gdy diagnozy przyczyn i skutków agresji oparte są na mispercepcji czy obsesyjnych ideologizacjach.
Ponieważ działaniom wojennym towarzyszą świadomie kreowane aberracje poznawcze, nazywane wojną kognitywną, wielu obserwatorów tkwi w pewnych „zaklętych rewirach”, nie widząc szans na wyjście poza utrwalone przez propagandę zaangażowanych stron dogmaty. Do takich zdogmatyzowanych założeń należy przeświadczenie rządów zachodnich, wspierających Ukrainę w jej konflikcie z Rosją, że jeśli udało się kiedyś pokonać ZSRR, to może udać się także pokonać Rosję. ZSRR dysponował wprawdzie realną potęgą i wpływami na świecie, ale nie był w stanie sprostać rywalizacji ze Stanami Zjednoczonymi. Doszło więc do implozji mocarstwa, co ogłoszono zwycięstwem Zachodu w „zimnej wojnie”.
Na podstawie zmitologizowanej pamięci o tym zdarzeniu snuje się więc przypuszczenia, że zwycięstwo nad Rosją jest możliwe dzięki połączeniu środków, które mogą „ominąć” jej arsenały jądrowe. Najbardziej ryzykowne jest lekceważenie zdolności Rosji do obrony stanu posiadania, nawet za cenę jej samounicestwienia. Jest to zjawisko szczególnie niebezpieczne w okresie amerykańskiej euforii geostrategicznej, która opiera się na zaślepieniu zdolnością armii USA do skutecznego likwidowania oporu wszystkich realnych i wyimaginowanych przeciwników.
Po czterech latach wojny na Ukrainie, nie licząc wcześniejszych faz konfliktu, widać wyraźnie, że zbrojna konfrontacja z Rosją stała się stałym elementem psychologicznego środowiska międzynarodowego Polski. Warszawskie rządy i polska dyplomacja wpisały się do grona najważniejszych współuczestników konfliktu, traktując wojnę na Ukrainie jako okazję nie tyle do odstraszenia czy powstrzymania Rosji, ile jako realną możliwość jej pokonania. Temu przecież mają służyć potężne zbrojenia, czyniące z Polski największy poligon wojenny, być może jak chcą stratedzy amerykańscy i ich domorośli klakierzy, na wzór Izraela na Bliskim Wschodzie. Nie trzeba dowodzić, że taka diagnoza jest oparta na fałszywych przesłankach – przykładach przegrywanych przez Rosję wojen w historii oraz lekceważeniu jej statusu jądrowego.
Zauroczone amerykanocentryzmem polskie elity polityczne wpadły jednak w pułapkę strategii prowojennej, zafundowanej przez administrację Donalda Trumpa. Wycofując Amerykę z aktywnego popierania Ukrainy, prezydent USA postawił państwa europejskie, a wśród nich Polskę, przed koniecznością utrzymania realnego, acz niezwykle kosztownego wpływu na przebieg wojny. Tymczasem w świetle implikacji agresji izraelsko-amerykańskiej przeciwko Iranowi, opowiadanie się za stałym zwiększaniem poparcia dla Ukrainy prowadzi do nieuchronnego załamania solidarności europejskiej i radykalnej zmiany nastrojów społecznych na niekorzyść podżegaczy wojennych.
Hegemonia absolutna
W odniesieniu do agresji przeciw Iranowi, należy przede wszystkim zauważyć, że istnieje bezkrytyczne przyzwolenie w świecie Zachodu na siłowe rozprawienie się z państwem sprzeciwiającym się presji hegemonicznej. USA i Izrael zdają sobie przy tym sprawę z tego, że mocarstwa zachodnie, ale także Rosja i Chiny wraz z państwami Globalnego Południa unikają wciągnięcia w konflikt o wysokiej intensywności. Na ołtarzu własnych interesów są gotowe poświęcić zobowiązania wynikające z umów i solidarnego wsparcia.
Opinia międzynarodowa z pewnym zaskoczeniem przyjęła onieśmielenie Rosji i Chin brutalną agresją przeciw Iranowi. Retoryczne protesty na nikim nie wywarły wrażenia. Potwierdziły jedynie, że Iran znalazł się w sytuacji osamotnienia. Wielu obserwatorów zauważa przy tym, że Rosja traci ważnego kooperanta w produkcji i dostawach broni dronowej. Chiny natomiast drżą przed utratą dostaw zaopatrzenia energetycznego. W wojnie z Iranem stawką jest bowiem przyjęcie pełnej kontroli nad zasobami gazu ziemnego i ropy naftowej, co pozwoli Stanom Zjednoczonym wpływać na światową dystrybucję tych surowców i ich reglamentację. Rosja i Chiny będą wówczas skazane na uznanie trwałego prymatu Ameryki. W „szaleństwie” Trumpa tkwi więc pewien strategiczny cel i wizja nowej odsłony hegemonii.
Także ze strony Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii, tak aktywnych na froncie antyrosyjskim, powiało nie tylko zimną kalkulacją, ale i zwykłym tchórzostwem. Rosja usiłuje zachować pole manewru i przestrzeń negocjacyjną w celu zakończenia konfrontacji militarnej na Ukrainie i poluzowania dotkliwych sankcji. Wszyscy jednak, łącznie z Chinami, demonstrują cyniczną powściągliwość, co obnaża raczej ich kompromitację wizerunkową w świetle zbrodni dokonywanych na narodzie irańskim.
Przy okazji uruchomienia sojuszu amerykańsko-izraelskiego widać wyraźnie, jak lekceważąco traktują w Waszyngtonie sojusz północnoatlantycki. Administracja Trumpa za „wzorowego sojusznika” uznaje Izrael, którego poziom koordynacji, interoperacyjności i skuteczności rażenia dystansuje tradycyjnych sojuszników, choćby Wielką Brytanię. To kolejny policzek wymierzony w solidarność atlantycką. Paradoksalnie, Izrael ze swoją armią i doktryną bezwzględnego niszczenia przeciwnika staje się wzorem do naśladowania dla atlantyckich sojuszników USA.
Spośród nich jedynie Hiszpania zademonstrowała swoje odrębne i odważne stanowisko, broniąc suwerenności, procedur konsultacyjnych i rządów prawa. Odmowa premiera Pedro Sáncheza zezwolenia armii amerykańskiej na skorzystanie z hiszpańskich baz podczas ataków na Iran jest konsekwencją pryncypialnego sprzeciwu wobec wojny napastniczej. Hiszpanie potrafią bronić swoich racji także w kontekście zwiększania wydatków obronnych pod dyktando Ameryki.
Taka postawa w odróżnieniu od innych państw europejskich pokazuje, że mimo zastraszania możliwa jest opozycja w ramach wspólnoty atlantyckiej i sprzeciw jednego z państw może wywołać reakcję zbiorową. Tak stało się w przypadku Grenlandii, gdy jednomyślna reakcja państw unijnych zmusiła Trumpa do ponownego rozważenia decyzji i zmiany sposobu postępowania. Unia Europejska traci jednak wiarygodność i determinację w obronie „wartości i zasad”, którymi tak ochoczo szermuje w kontekście bezwarunkowego poparcia dla Ukrainy.
Jak przeżyć upadek Ameryki?
Od wielu lat było wiadomo, że spychanie Stanów Zjednoczonych z pozycji hegemona będzie procesem konwulsyjnym, opartym na dramatycznych starciach i ekscesach, które zrujnują dotychczasowy porządek normatywny i instytucjonalny w stosunkach międzynarodowych. Bezkrytyczne popieranie strategii amerykańskiej „pokoju przez siłę” stawia wiele państw sojuszniczych w kłopotliwej sytuacji. Wychodzi bowiem na jaw ogromna instrumentalizacja prawa międzynarodowego i hipokryzja w stosowaniu podwójnych standardów.
Kolejny raz można się przekonać, że prawo międzynarodowe jest ważnym komponentem w tworzeniu porządku międzynarodowego jedynie według liberalnej wizji stosunków międzynarodowych. Jeśli spojrzy się na system międzynarodowy z perspektywy realistycznej, to okazuje się, że prawo przydaje się wyłącznie do ograniczania gwałtowności i skali rażenia przeciwnika oraz łagodzenia skutków zastosowanych środków niszczenia i zabijania. O regułach gry w czasie konfliktów decyduje wszak stosunek sił uczestników i racje zwycięzców. W Polsce nikt nie lubi takiej narracji, choć dzisiejszy kształt terytorialny polskiego państwa jest wynikiem dyktatu zwycięzców w II wojnie światowej, ściślej uporu jednego z nich, a nie woli wykrwawionego narodu.
Obecnie mamy do czynienia z próbą kolejnego dyktatu i zmową dwóch najbardziej wojowniczych mocarstw, przekonanych o swojej misji pokonania państwa ajatollahów. USA i Izrael chcą udowodnić swoją omnipotencję w urządzaniu porządku na Bliskim Wschodzie, ale wiele znaków wskazuje, że postępowanie oparte na zasadzie divide et impera może doprowadzić do katastrofalnych skutków dla samych agresorów.
Na tym tle rodzi się potrzeba dystansowania Polski od negatywnych następstw nie tylko wojny na Ukrainie, ale także agresji USA i Izraela na Bliskim Wschodzie. Trzeba się wreszcie zdecydować, czy Polska konsekwentnie staje w obronie prawa międzynarodowego, w tym poszanowania suwerenności państwowej, samostanowienia i prawa do samoobrony, czy agresywnej polityki siły. Od takich decyzji zależy obecnie status państwa samodzielnego, choćby minimalnie zdolnego do kierowania swoim losem, a nie biernego pionka, którego rola będzie ustalana w obcych stolicach. Retorycznym pozostaje pytanie, czy polskie elity polityczne stać dzisiaj na odejście od serwilizmu i służalstwa, które stały się podstawą ich legitymizacji.
Na razie wszystko wskazuje na to, że polska polityka zagraniczna znalazła się w potrzasku między „nową imperializacją” świata a obroną interesów państwa narodowego. Ponieważ pozycja Polski ma charakter asymetryczny wobec wszystkich najważniejszych imperialnych graczy, tj. USA, Chin i Rosji, obrona niezależności wobec ich pretensji władczych staje się szczególnie trudna, wymaga mądrości i odwagi rządzących.
Przynależność do Unii Europejskiej także nie pomaga obronie własnych interesów, gdyż ta struktura integracyjna faktycznie nastawiona jest na podporządkowanie i demontaż państw narodowych. Niezależnie od afiliacji politycznych, każdy polski polityk musi mieć świadomość, że racją istnienia zbiorowości jest dzisiaj obrona suwerennego państwa narodowego. To podstawowy probierz lojalności i służenia Polsce. Nie można udawać, że przynależność do Unii Europejskiej nie zagraża utrzymaniu tego statusu.
Iran walczy o przetrwanie
Wojna przeciw Iranowi wystawia przede wszystkim na próbę przewidywalność rozwoju sytuacji wewnętrznej tego państwa, szanse jego przetrwania w dotychczasowym kształcie, czy też następstwa transformacyjne, pociągające za sobą liczne zagrożenia egzystencjalne. Ze względu na ogrom zmiennych, trudnych do zdiagnozowania, mamy do czynienia z poszerzaniem się obszaru ryzyka projekcji siły z udziałem coraz większej liczby stron.
Co jednak jest najbardziej niebezpieczne, to nieobliczalność najważniejszych sprawców agresji. „Mgła wojny” (pojęcie wprowadzone przez Carla von Clausewitza) obejmuje bowiem tajemne amerykańskie i izraelskie scenariusze wojskowe i polityczne. „Poruszanie się po omacku” powoduje koncentrowanie uwagi na psychopatologicznych uwarunkowaniach wybuchu konfliktu, wynikających z egocentrycznych osobowości dwóch przywódców – Donalda Trumpa i Benjamina Netanjahu, ich uwikłania w rozmaite afery i wzajemne uzależnienia. Paradoks polega na tym, że ani w Stanach Zjednoczonych, ani w Izraelu nie istnieją skuteczne zabezpieczenia systemowe przed takimi „szaleńcami u władzy”.
Wojna z Iranem oznacza przełomową zmianę w geopolityce Bliskiego Wschodu. Niezależnie od tego, jak ona się skończy, jest to ostateczna przestroga przed staczaniem się w otchłań wojny globalnej. Brutalna „neutralizacja” Iranu, dokonana wbrew obowiązującym standardom poszanowania podmiotowości państw, bez żadnej autoryzacji i wbrew prawu międzynarodowemu, spowoduje, że Bliski Wschód zamiast stabilizacji, na długie lata pozostanie krwawiącym pandemonium konfliktów, prowokowanych przez resentymenty i krzywdy, różnice ideologiczne i religijne, sprzeczne interesy i obce wpływy.
Napaść na Iran stawia ponownie na porządku dziennym kwestię wojny prewencyjnej i uderzeń wyprzedzających. W świetle prowadzonych w dobrej wierze negocjacji irańsko-amerykańskich w Genewie z udziałem Omanu, podczas których Iran zgodził się na ustępstwa w sprawie programu wzbogacania uranu, nie było żadnych oznak planowanego ataku przez Teheran na siły amerykańskie czy Izrael, podobnie jak nic nie wskazywało na zagrożenie w postaci uruchomienia programu jądrowego i produkcji rakiet. Wojna prewencyjna nie miała zatem logicznego uzasadnienia. Sytuacja przypomina raczej poszukiwanie pretekstu do uderzenia wyprzedzającego, jak postąpiono w przypadku irackiej inwazji w 2003 roku.
Przypadek Iranu warto rozważyć także w kontekście prawa do interwencji humanitarnej, na którą powołują się agresorzy. Prawo międzynarodowe, a ściślej zasada Responsibility to Protect (Odpowiedzialności za Ochronę, 2005) daje możliwość interwencji zbrojnej w celu ochrony ludności innego państwa przed jego własnym rządem, ale muszą wystąpić ewidentne warunki zagrożenia eksterminacją, głodem czy przesiedleniami. Tak było na przykład w Rwandzie w 1994 roku, gdzie zamordowano ok. 800 tys. cywilów. W odniesieniu do Iranu trudno znaleźć takie uzasadnienie.
Sama interwencja zbrojna wywołała sytuację kryzysową, grożącą z jednej strony wybuchem wojny domowej i dezintegracją państwa, a z drugiej – co jest paradoksem – konsolidację społeczeństwa wokół dotychczasowych władz (tzw. efekt flagi). „Polowanie” na przywódców politycznych i ich wyeliminowanie cofa postępowanie państw do czasów barbarzyńskich. „Dekapitacja” przywództwa duchowego i politycznego Iranu oznacza zastosowanie sprawdzonej wcześniej metody Izraela wobec przywódców Hezbollahu i Hamasu. Bezpośrednia eliminacja przy użyciu precyzyjnego ataku, bez poszanowania jakichkolwiek norm, a nawet pozorów, cofa cywilizację zachodnią o całe stulecia. Pokazuje, że w rywalizacji z udziałem szalonych przywódców i pozbawionych skrupułów graczy nie ma miejsca na żadne kompromisy.
Słaba reakcja państw Zachodu, a także niemrawość Rady Bezpieczeństwa ONZ wskazują, że stosowanie siły jako środka realizacji polityki staje się znów akceptowalne. Cały dorobek ludzkości w zakresie debellizacji (ius contra bellum) i tworzenia zabezpieczeń przed zbrodniami wojennymi ulega zaprzepaszczeniu. Stany Zjednoczone wraz z Izraelem tworzą niebezpieczne precedensy, które inni mogą naśladować w podobnych okolicznościach.
Ukraina traci znaczenie
W świetle napaści na Iran inaczej wygląda rosyjska agresja (także nazywana „operacją”) na Ukrainie. Porównanie intensywności ataków i skali zniszczeń pozwala zauważyć, jak różne mogą być scenariusze postępowania agresorów wobec ludności cywilnej i władz oraz jak odmienna jest percepcja konfliktu. Obecnie ma się wrażenie, że Ukraina staje się miejscem peryferyjnego konfliktu w stosunku do wojny na Bliskim Wschodzie, gdzie jak w soczewce skupiają się ambicje i interesy potęg, a miejscowe państwa stają się polem tragicznych starć. Obserwujemy nie tylko odwrócenie uwagi od wojny na Ukrainie, ale i pozbawienie „medialnego tlenu” władz w Kijowie. Spoglądając na emocjonalne reakcje przywódców ukraińskich, kto wie, czy nie będzie to czynnikiem komplikującym proces wygaszania konfliktu.
Porównanie obu konfliktów – wojny na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie – prowadzi do wniosku, że wpisują się one w konfrontację ideologiczną, której istotą jest obrona suwerennych atrybutów państw, broniących nie tylko swojej integralności, ale i zdolności do obrony własnej specyfiki przed tendencjami imperialistycznymi, żądzą podporządkowania przez silniejszych, a nawet unicestwienia. Przy czym uwarunkowania wrogości nie przebiegają bynajmniej według schematów oczywistych.
Mimo ciągłej tabuizacji przyczyn konfliktu na Ukrainie, dzisiejszy dystans wobec niego pozwala lepiej zauważyć, jak skutecznie przykrywano antyrosyjską krucjatę Zachodu ideami liberalnego porządku międzynarodowego. Przyodziewanie się w płaszcz „zasad i wartości” nie miało nic wspólnego z poszanowaniem prawa międzynarodowego, ale tworzyło złudzenie i alibi dla wsparcia ze strony wasali i wspólników Ameryki, że wszystko dzieje się z poczuciem przyzwoitości. Tymczasem w bezsensownej wojnie Zachodu z Rosją z wykorzystaniem Ukraińców (w myśl zasady: „nasza broń i pieniądze, wasze życie”) nie udało się powalić Rosji na kolana. Być może z tego powodu tak łatwo przyszło Donaldowi Trumpowi wkroczyć w kolejną wojnę „w imię pokoju” i wizji „Wielkiego Izraela”, z podpuszczenia cynicznego sojusznika.
Tym razem nikt nie powołuje się na żadne wartości i zasady. Przeciwnie, bezpardonowo lekceważy się zwyczajowe i stanowione między suwerennymi państwami reguły gry. W transakcyjnej wizji stosunków międzynarodowych Iran stanął na przeszkodzie przejęciu kontroli nad największymi zasobami energetycznymi, a także sprzeciwia się koncentracji zysków z kontraktów eksploatacyjnych, przesyłowych i zbrojeniowych przez firmy amerykańskie i ich izraelskich wspólników. Za to płaci najwyższą cenę.
Prof. Stanisław Bieleń
fot. wikipedia
Myśl Polska, nr 11-12 (15-22.03.2026)



