Krzykliwy patriotyzm wybrzmiewa jak Polska długa i szeroka. Wsłuchajmy się: czy aby nie roznosi się ponad polem walki na śmierć i życie w imię Ojczyzny? A może towarzyszy wielkim sukcesom gospodarczym lub naukowym, urzeczywistnionym dzięki pomysłowości i pracy Polaków?
Otóż nie. Okrzyki patriotyczne dobiegają przede wszystkim z politycznej zgiełkliwości o znamionach rytuału. Czyli przedsięwzięcia nie przynoszącego żadnych namacalnych, praktycznych efektów, a jedynie wyładowanie emocjonalne uczestników obrzędu i ich ukontentowanie – dzięki niemu lewitowali nie pogubiwszy kaloszy, a przy tym połechtała ich więź z transcendencją. Rytuałami – jak się okazało: straceńczymi, całopalnymi – były polskie insurekcje, poczynając od konfederacji barskiej, przez powstanie styczniowe, aż do powstania warszawskiego. Nie kierowała nimi (co wynika z natury rytuału) racjonalna kalkulacja sił własnych w zestawieniu z mocą wojenną wroga, ani nie podbudowywała trzeźwa ocena możliwości politycznych, iżby zapewnić sobie wsparcie międzynarodowe: materialne (a najlepiej wojskowe) oraz dyplomatyczne. Hasło rzeczonych trzech insurekcji, po pierwszych nieuchronnych niepowodzeniach, głosiło: „wytrwać”, „dać świadectwo”. W klęskach, w wylanej bez sensu krwi polskiej. W martyrologii narodowej.
Rytualną manierę upodmiotowienia się w dziejach ucieleśniała polityka pisowskich rządów w latach 2005-2007 i 2015-2023. Polityka „godnościowego” zadęcia i nadęcia, wyzywania „odwiecznych wrogów Polski” na ferdydurkowy pojedynek na groźne miny. A za pośrednictwem politycznego symulakrum, w postaci przemarszów rocznicowych, grzmiących oracji, mszy solennych za Ojczyznę, harców grup rekonstrukcji historycznej w polu, polityka ta wmawiała gawiedzi polskiej – bo przecież nie rozsądnym Polakom – odkrywcze ponoć mitologemy, na mocy których Polska „właściwie” nie przegrała wojny obronnej w 1939 roku, „tak naprawdę” wygrała powstanie warszawskie, a „klęskę ostateczną” zadała Sowietom i Teutonom wyborem Lecha Kaczyńskiego na prezydenta i powołaniem rządu z Jarosławem Kaczyńskim na czele.
Dlatego bliskość myślową i ideową nawiewają słowa Łukasza Jastrzębskiego („Myśl Polska”, 1-8 lutego 2026 r.), iż niepodobna utożsamiać się z „patriotami”, którym imponuje krucjata antyrosyjska pod wezwaniem Leona Degrelle’a, którzy kładą się krzyżem na „prometejskiej ramocie”; nie uchodzi tedy bratać się z „internetowymi patopatriotami, antykomunistycznymi pomyleńcami, sektą smoleńską, bezkrytycznymi wielbicielami powstańczych ruchawek i partyzantki powojnia, klerykalnymi oszołomami z ryngrafami wielkości patelni, entuzjastami ponadnarodowego imperium i wielbicielami bajań o Wielkiej Lechii”. Tak mówi człowiek uważający się za narodowego demokratę; i dokładnie tak samo, jota w jotę, wypowiedziałby się każdy racjonalny Polak. Który zarazem przeświadczony jest, iż dzięki racjonalności przystoi mu nazywać się patriotą.
Atoli patriotyzm zagarnęła od lat przynajmniej kilkunastu trąba powietrzna ludycznych igraszek z wiechciem patriotycznym, gdzie czempionuje Prawo i Sprawiedliwość. Igraszki owe składają się na patriotyzm biesiadny, będący splebeizowaną kalką zagranicznej polityki „godnościowej” PiS-u, której zresztą nie sposób odmówić toporności i prostactwa. Oraz nieskuteczności. W tej obrzędowości wokół umiłowanej Ojczyzny do patriotycznego podkucia nadstawia się też Platforma Obywatelska, gotowa licytować się z PiS-em, które z obu ugrupowań jest „bardziej patriotyczne”. Które lepiej się wkradnie do serc patriotycznej biesiady polskiej i porwie za sobą biesiadników. Znamiona symetryzmu nadal spajają oba ugrupowania w POPiS, który raczej wikła życie polityczne w klinczu niż wytwarza jakiekolwiek twórcze impulsy. Hałaśliwość polityczna i licytowanie się patriotyzmem nie wytwarza sytuacji sprzyjającej postępom modernizacji i krystalizowania się nowoczesnego narodu polskiego.
Taki patriotyzm odstręcza racjonalnych i twórczych Polaków, którzy swoje uczucie do kraju ojczystego inaczej pozycjonują. Patriotyzm bowiem pojmują jako wymóg kreatywnej i innowacyjnej pracy dla Polski. Pracy na rzecz pomnażania jej zasobności materialnej, z której skorzysta cała zbiorowość narodowa, stosownie do własnego wkładu, ale też zgodnie z zasadą niedopuszczania, aby społecznie najsłabszych Polaków deptała bieda i upokarzała bezsilność.
Jedynie twórcza praca na rzecz zamożności Polski – bo z „bogactwa narodu” (by użyć frazeologii Adama Smitha) wynika ewentualny status mocarstwowy – uwierzytelnia nowoczesny polski patriotyzm. Gdy Polska się będzie dynamicznie rozwijała dzięki wysokim technologiom (oby jak najczęściej były polskie!) i bogaciła się, sprawnie organizowała byt państwowy i administrowała nim, pobudzała siły twórcze jednostki i narodu – wtedy będzie można nie wykrzykiwać frazesów w patriotycznym uniesieniu, ale powiedzieć spokojnie i stanowczo: Polska jest wielka! Realnie, swą mocą.
Zważywszy zarazem na dziejowe uwikłania Polski, trzeba odnotować, że nadal obciąża ją agrarna przednowoczesność, która zalega na rozległych obszarach prowincjonalnych, ale też nęka niektóre segmenty społeczności miejskiej. Doskwiera też słaba stopa innowacyjności wśród Polaków, których obezwładnia tradycjonalny ciężar bylejakości, dojutrkowania, „życia po swojemu” (jak to ujął aforystycznie tuz intelektualny PiS-u, Marek Suski). Na domiar złego, ducha kreatywności w dzisiejszej Polsce owatowała i faktycznie zdusiła maniera satysfakcjonowania się rolą podwykonawcy w międzynarodowych łańcuchach produkcyjno-towarowych. Na tej drodze rozwoju doganiającego – i coraz bardziej kuśtykającego – czają się liczne przeciwności, w tym grożąca gospodarkom nawet dynamicznym, ale mało innowacyjnym, pułapka średniego dochodu. Ta zaś uśredni Polskę, wypierając ją do kręgu krajów tak europejskich, jak i zwłaszcza pozaeuropejskich, które mimo sukcesów w modernizacji, nie są w stanie przejść do fazy endogennego rozwoju postindustrialnego.
Uwikłana w tę pułapkę Polska może wtedy zapomnieć o swych marzeniach wybicia się na mocarstwowość, a więc na autonomiczne i samoistne ustanawianie przyjaznego i współdziałającego otoczenia międzynarodowego. Wtedy jej przeznaczeniem stanie się dryfowanie w kierunku realnych potęg, z którymi Polskę wiąże, prócz bliskości geograficznej, więźba historyczno-kulturowa, symetria polityczna i ustrojowa, spójnia interesów ekonomicznych. Wcale to nie musi oznaczać umniejszenia suwerenności, gdyż zależy to od kompetentnego rozpoznania intencji drugiej strony, fachowych rokowań i dobrze sporządzonych traktatów. A patriotyczne awanturowanie się w tej dziedzinie od razu degraduje negocjacyjne możliwości po naszej stronie.
Otwartość Polski, wyobraźnia i nieuleganie przesądom, wiedza i kompetencja składają się na nasz potencjał w ramach aktywności międzynarodowej. Demonstracyjnego patriotyzmu polskiego: oflagowania się na biało-czerwono, martyrologii, ryngrafów i wotów nikt z poważnych partnerów europejskich i światowych nie potraktuje z czcią, raczej już okpi w duchu i publicznie ośmieszy. Samuel Johnson, XVIII-wieczny literaturoznawca i publicysta polityczny, uznał manifestacyjny patriotyzm za ostatnią przystań łajdaków. Warto się wczuć w słowa wybitnego intelektualisty brytyjskiego Oświecenia. I wysnuć wnioski, chyba oczywiste. Że nade wszystko w dzisiejszej Polsce należy być człowiekiem przyzwoitym: mądrym, profesjonalnym, otwartym i empatycznym. I dopiero w ostatniej instancji patriotą. Ale na pewno nie hałaśliwym.
prof. Jarosław Bratkiewicz
Nota o autorze: Politolog i dyplomata, rosjoznawca, w latach 1997–2001 ambasador RP na Łotwie. Był m.in. wicedyrektorem Departamentu Strategii i Planowania Polityki Zagranicznej, dyrektorem Departamentu Wschodniego MSZ (od grudnia 2007) i dyrektorem politycznym MSZ.
Myśl Polska, nr 9-10 (1-8.03.2026)



