OpinieWojna z Iranem czyli Chinami

Red.27 minut temu
Wspomoz Fundacje

Od kilku miesięcy pisałem, że Stany Zjednoczone i Izrael z cichym poparciem kolektywnego zachodu i antyirańskich reżimów w krajach muzułmańskich dokonają inwazji na Iran. Uderzenie na państwo rządzone przez Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej w istocie jest uderzeniem w globalne interesy Państwa Środka. Wielu komentatorów w mediach społecznościowych – również tych cenionych przeze mnie – uważało, że oszalałem. Argumentowali, że nikt nie ruszy irańskiej potęgi, rządy ajatollahów w istocie są w interesie „kolektywnego Zachodu”, a Teheran z pewnością już ma broń atomową.

Donald Trump postanowił jednak upiec dwie amerykańskie pieczenie przy jednym ogniu. Dwunastodniowa wojna izraelsko-amerykańska z Iranem w 2025 roku miała na celu sprawdzenie czy Teheran może posiadać broń jądrową. To jak w rozgrywce pokerowej na wysokim poziomie – Trump w pewnym momencie stwierdził – sprawdzam. Teheran jak się okazało blefował. Nie miał w ręku królewskiego pokera.

Islamska Republika Iranu została napadnięta przez USA i Izrael właśnie dlatego, że jeszcze nie miała broni atomowej. Za niedługi czas Iran pewnie by taką broń posiadał, a co za tym idzie byłby poza zasięgiem tych, którzy w imię „demokracji” i „praw człowieka” (bidenizm) lub wprost biznesu (trumpizm) narzucają swój neokolonialny ustrój. W takim nuklearnym układzie Teheran pozostałby poza zasięgiem USA i Izraela.

Iran jest dumnym, niezależnym i silnym państwem, dla Stanów Zjednoczonych i Izraela zbyt dumnym, niezależnym i zbyt silnym. Przykład Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej pokazuje, że argument siły poprzez posiadanie broni jądrowej jest dużo lepszą kartą, niż potencjalne przyszłościowe posiadanie broni jądrowej. Siadając do stolika pokerowego trzeba oprócz sztuki blefu posiadać również mocne karty. Zwłaszcza jak siada się do gry z oszustami, znaczonymi przez konkurenta kartami, a do tego przy złym świetle.

Na początku stycznia na łamach „Myśli Polskiej” w tekście „Trump przemeblowuje świat” pisałem, że los Wenezueli i porwanego prezydenta Nicolas Maduro powinien martwić przede wszystkim Państwo Środka, ponieważ Teheran pozostał realną alternatywą na dostarczenie ropy Pekinowi. Uważałem, że wojna USA z Iranem jest tylko i wyłącznie kwestią czasu. Waszyngton po raz kolejny wykorzysta powściągliwość i niechęć do globalnych konfliktów zbrojnych Chińskiej Republiki Ludowej do przedłużenia swojej hegemonistycznej roli na globie. W dużym stopniu Chiny, w mniejszym Rosja będą wspierać Iran technologicznie. Potępią też wielokrotnie na różnorakich forach międzynarodowych agresję Izraela i USA na Iran. I tyle z tego będzie moim zdaniem. Czeka nas długi czas destabilizacji na Bliskim Wschodzie.

Kolos na glinianych nogach czyli Stany Zjednoczone musiały osłabiać Chiny w wszelki możliwy sposób. To było logiczne, bo USA nie mogło sobie pozwolić na realną utratę wpływów na Bliskim Wschodzie i oddanie go w władanie wolno ale rosnącego wpływy państw BRICS+. To by zbyt szybko przyśpieszyło koniec hegemonii Waszyngtonu. Dlatego wciąż były pompowane są ogromne pieniądze w przyszłościowo przegrany projekt jakim jest państwo Izrael. Właśnie stąd wynikło amerykańskie zezwolenie na uznanie przez Izrael państwowości absurdalnego tworu jakim jest Republika Somalilandu w Afryce. Dzięki temu sztucznemu tworowi Stany Zjednoczone w przyszłości będą mogły przez jakiś czas kontrolować w znacznym stopniu Morze Czerwone, a co za tym idzie obszar Bliskiego Wschodu.

Stany Zjednoczone wiedzą, że potrzebują fasady czyli reżimów rządzonych przez kasty muzułmańskie, ale podległe polityce Waszyngtonu i szerzej jawnym i tajnym strukturom gospodarczo-kulturowym zachodu. Faktyczny przywódca Arabii Saudyjskiej Mohammed ibn Salman wyprzedzając oczekiwania swoich prozachodnich protektorów, kilka razy rozmawiał w ostatnim czasie z prezydentem USA Donaldem Trumpem i zachęcał go uderzenia na Iran. Takich właśnie przywódców potrzebują Stany Zjednoczone na Bliskim Wschodzie. Stąd między innymi promocja kuriozalnej postaci czyli proizraelskiego syna obalonego w 1979 roku ostatniego Szacha Iranu Cyrusa Reza Pahlaviego.

Amerykanie mogę się jednak przeliczyć. Nawet irańska opozycja, która korzystała z politycznej koniunktury wynikającej z pogorszenia stanu gospodarczego spowodowanego przede wszystkim polityką sankcyjną zachodu, nie chcę marionetkowego rządy sterowanego z Waszyngtonu. Rację ma były premier Leszek Miller, który kpi z tych co myślą, że Irańczycy z kwiatami powitają żołnierzy izraelskich czy amerykańskich.

Iran nie jest „papierowym tygrysem” w rodzaju Wenezueli. Na agresję USA i Izraela przykrytą kryptonimem „Epicka Furia” odpowiada błyskawicznie i dosyć dotkliwie. Stany Zjednoczone zostały zaatakowane miedzy innymi w Bahrajnie, Katarze, Kuwejcie czy Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Waszyngton będzie płacić wysoką cenę za agresję na Iran. Najprawdopodobniej w tej rozgrywce nie będzie wygranego.

Nie wiemy jak potoczy się i ile będzie trwać wojna z Iranem. Nie wiemy jak potoczą się losy wojny toczonej na terytorium Ukrainy. Nie wiemy w jakim kierunku pójdzie konflikt przeradzający się w wojnę między Pakistanem a Afganistanem. Wiemy natomiast, że świat stoi na krawędzi konfliktu globalnego, o którym nam się nawet nie śniło. Pozostaje nam obserwacja i próby analizy politycznej oraz przekonanie, że żadne imperium nie jest wieczne.

Łukasz Jastrzębski

Red.