FelietonyZinkiewicz: Rzecz o moralności Polaków

Redakcja2 godziny temu
Wspomoz Fundacje

Czytając książkę, wywiad-rzekę przeprowadzony przez Tomasza Jankowskiego z Mateuszem Piskorskim Ostatni więzień Rakowieckiej, będącą absolutnym bestselerem wydawniczym, trafiamy na informację, że pewien utytułowany facet, „naukowiec”, z własnej nieprzymuszonej woli zgłosił się na ochotnika jako świadek oskarżenia w „kafkowskim procesie sądowym” wytoczonym Mateuszowi Piskorskiemu.

Pisałem o nim w felietonie Stryj konfident.

Kafka w XXI wieku

Z opublikowanych wypowiedzi Mateusza Piskorskiego dostępnych na YouTube dowiadujemy się, że to nie jest jedyny przypadek, dotyczący prowadzonej przeciwko niemu operacji na zlecenie ukraińskich służb bezpieczeństwa, która zaowocowała tym groteskowym procesem sądowym, poprzedzonym blisko trzyletnim aresztem wydobywczym na Rakowieckiej. Procesem mającym wszelkie znamiona „kafkowskiego procesu sądowego” (od nazwiska Franza Kafki, autora powieści Proces) charakteryzującego się sytuacją absurdalną, surrealistyczną, koszmarną i niezrozumiałą dla osoby oskarżonej. Odnosi się on do funkcjonowania systemu (prawnego, biurokratycznego), który jest całkowicie nieprzejrzysty, działa irracjonalnie i zmierza do nieuchronnego skazania jednostki, bez podania jasnych przyczyn. Pomimo interwencji ONZ, o czym możemy się przekonać w treści opublikowanego dokumentu we wspomnianej książce: Ostatni więzień Rakowieckiej.

Naziści nie daliby rady bez konfidentów 

Wydawać by się mogło, że zamierzchłe czasy okupacji hitlerowskiej, a później lat powojennych (koniec lat czterdziestych i początek lat pięćdziesiątych XX wieku), kiedy szalały szwadrony śmierci „utrwalaczy władzy ludowej”, po takich bolesnych przejściach Narodu Polskiego nie będą miały już miejsca. Tym bardziej, że donosicielstwo-denuncjacja jest jedną z największych podłości, jaką człowiek może popełnić. Podłość ta swoją ohydą rani najboleśniej dumę narodową i domaga się zadośćuczynienia. Domaga się usunięcia ze społeczeństwa typów nie nadających się do polskiej wspólnoty narodowej”. Obecnie na podstawie wnikliwych badań historycznych wiadomo, że „hitlerowski aparat opresji w okupowanej Polsce nie mógłby działać sprawnie, gdyby nie donosiciele. Myślicie, że była ich zaledwie garstka? Bynajmniej. Tylko w samej ’stolicy’ Generalnego Gubernatorstwa Niemcy mieli na swoich usługach setki konfidentów”.

Rzeźnia Gdańsk 

Oglądając na YouTube film Rzeźnia Gdańsk z 31 lipca 2025 roku, w jego opisie czytamy: „’Rzeźnia Gdańsk’ to dokument o nieistniejących już Zakładach Mięsnych przy Angielskiej Grobli – miejscu, które przez dekady było codziennością wielu gdańszczan: oddajemy głos byłym pracownikom i sąsiadom zakładów, pokazując świat PRL-u z pierwszej ręki: związki zawodowe, absurdy, kombinowanie… i kradzieże mięsa. To nie tylko dokument – to zachowana pamięć pokolenia”. Polecam szczególnie jego część Kto nie ryzykuje to nie je kiełbasy, a ponadto komentarze do tego filmu dokumentalnego, których wybór przytaczam: „Czasy ciężkie a miłość wśród ludzi była, nie to co teraz”, „To jest prawdziwa historia warta obejrzenia, wysłuchania. Piękni ludzie”, „….pamiętam też że z dziadkiem, też braliśmy mięso albo jakieś wędliny i szliśmy wymienić to na wódkę do którejś z wielu melin w pobliżu. To były czasy, handel wymienny, jak wszystko na kartki…”, „Super dokument. Wszystko prawdziwe i pamiętam te czasy, gdyż obok GZM się wychowałem. Niekiedy to nocą nie dało się spać nawet przy zamkniętym oknie poprzez ’ryczące’ bydło oczekujące na rozładunek z wagonów kolejowych. Nie zapomnę tego hałasu poprzez nocny załadunek wyrobów w puszkach czy skrzyniach . Odbywało się to w ten sposób, że po ’zjeżdżalni’ z góry prosto do samochodu. W późniejszym czasie postawiono wiatę chyba aby mieszkańcy nie mogli widzieć nocnego załadunku. A w okresie letnim to przy upałach okna nie było można otworzyć ze względu na smród pochodzący z składowanych odpadów – kości. Jeżeli chodzi o przemyt wędlin i mięsa to w szczególności w okresie przedświątecznym – Wielkanoc i Boże Narodzenie odbywał się w ten sposób, ze nocą przez plot przerzucane były worki z towarem, które później rozprowadzano miedzy innymi wśród mieszkańców – w szczególności ul Grobli Angielskiej i Seredyńskiego. Z tych ulic dlatego, ponieważ piwnicami można było przejść z ul Seredyńskiego do Grobli Angielskiej”.

Pijany magazynier ma problem 

Pod koniec czasów realnego socjalizmu w PRL, któregoś dnia kiedy stałem na przystanku, oczekując tramwaju nr 13, podszedł do mnie przerażony człowiek, który zaskoczył mnie wypowiedzianą prośbą. Poprosił mnie o pomoc, ponieważ został dyscyplinarnie zwolniony z pracy (właśnie z tych ww. zakładów mięsnych). Obciążono go kwotą 500 milionów złotych do zwrotu za ubytki w prowadzonych przez niego magazynach. Zapewniłem go, że ponownie wysłucham jego prośby o pomoc, po przyjeździe z pracy. Poprosiłem też o przygotowanie wszelkich posiadanych dokumentów w przedmiotowej sprawie. Z opowieści tego nieszczęsnego magazyniera wynikało, że został zwolniony dyscyplinarnie w trybie natychmiastowym z pracy, ponieważ upił się w miejscu pracy do tego stopnia, że stracił przytomność! Odzyskał ją dopiero po kilkugodzinnym pobycie w izbie wytrzeźwień. Z przedstawionych mi dokumentów wynikało, że roszczenie przypisane mu do zwrotu w wysokości 500 milionów złotych, oparte było na podstawie protokołu końcowego z przeprowadzonej inwentaryzacji podległych mu magazynów. Piramidalna wysokość roszczeń wzbudziła moją ciekawość tą sprawą. Zapytałem nieszczęsnego magazyniera czy był on obecny w trakcie inwentaryzacji? Oraz czy podpisywał każdą ze stron arkuszy spisowych będących podstawą do sporządzenia końcowego protokołu? Wyjaśnił mi, że nie był obecny, ponieważ nie otrzymał zawiadomienia o mającej nastąpić inwentaryzacji po jego natychmiastowym dyscyplinarnym odejściu z pracy. Po prostu nie był obecny w trakcie jej przeprowadzania! Biorąc całokształt powyższego pod uwagę, a szczególnie, że nieszczęsny magazynier był po prostu człowiekiem biednym, ojcem trójki małych dzieci, zamieszkałym wraz z żoną w maleńkim mieszkaniu (zbadałem jego sytuację materialną), nie stać go było na adwokata – pierwszą czynność, jaką wykonałem było napisanie pisma do GZM, z którego treści wynikało, że nie uznaje on roszczeń GZM albowiem, nie był on uczestnikiem prowadzonych prac inwentaryzacyjnych. Z posiadanego przeze mnie dwutomowego dzieła Jana Przemszy-Zielińskiego Prawo pracy z 1969 roku wpisałem stosowne orzecznictwo SN, którym podparłem uzasadnienie odmowy spełnienia roszczeń. Poprosiłem też nieszczęsnego magazyniera, aby natychmiast wysłał to pismo do GZM listem poleconym za zwrotnym potwierdzeniem odbioru.

Rozmowy z prawnikiem 

Spotkałem się w tej sprawie ze znajomym prawnikiem – cywilistą, specjalistą prawa pracy, o którym wiedziałem, że jest człowiekiem o nieposzlakowanej opinii, człowiekiem moralnym, czułym na ludzką krzywdę, katolikiem, człowiekiem głęboko wierzącym, a co najważniejsze – jest polskim patriotą, który uczestniczył w obronie zwalnianych dyscyplinarnie z pracy gdańskich stoczniowców. Wyjaśniłem, że właśnie ten przypadek magazyniera jest czymś szczególnie ważnym, ponieważ wszystko wskazuje na to, iż z tego nieszczęśnika zrobiono „kozła ofiarnego” (współcześnie termin ten oznacza osobę lub grupę, na którą niesłusznie zrzuca się winę za czyjeś błędy, niepowodzenia lub całą odpowiedzialność za negatywne wydarzenia). Powiedziałem też, że napisałem w imieniu magazyniera stosowne pismo do GZM, zaś jego skutkiem będzie wystąpienie GZM do sądu, związane z tym roszczeniem. Wskazałem też, że zgodnie z obowiązującym wówczas prawem Sąd z uwagi na wysokość roszenia może wystąpić do prokuratury z wnioskiem o przyłączenie się do tej sprawy. Skutek będzie wiadomy: wsadzą magazyniera do aresztu tymczasowego! Powiedziałem, że ten facet (magazynier) „nie jest z mojej bajki”. Raziło mnie jego niepohamowane gadulstwo i zamiłowanie do powtarzania zasłyszanych plotek. Pomimo mojej niechęci do niego, bardzo prosiłem o zainteresowanie się jego obroną. Zastrzegłem też prawnikowi, aby nie liczył na jakiekolwiek wynagrodzenie od magazyniera, ponieważ był to człowiek autentycznie bardzo biedny. Powiedziałem żartobliwie, że gdyby okradł GZM na wskazaną w roszczeniu kwotę, to byłby co najmniej właścicielem pięciu willi z basenem, posiadaczem Cadillaca i pełnomorskiego jachtu. Stać byłoby go na najlepszych adwokatów w ówczesnym PRL-u. Nie byłby facetem w dziurawych butach, starych portkach i wymiętej biednej, jedynej koszuli. Uderzyłem też w najsłabszy punkt mojego znajomego. W jego patriotyzm i poczucie sprawiedliwości społecznej, polegającej na tym, że człowiek niewinny będzie cierpiał za innych, którzy doprowadzili do jego nieszczęścia, jeżeli on, wytrawny prawnik, odmówi pomocy.

Bez wdzięczności 

Po latach procesowania magazynier został uznany przez sąd za niewinnego. Następne lata były magazynier spędził na ciężkiej pracy, już w nowej kapitalistycznej rzeczywistości. Zajmował się handlem. Odniósł sukces. Wybudował piękny pawilon handlowy, natomiast jego stosunek do mnie zmienił się diametralnie. Ze szczerej wdzięczności zamienił się w jawną wrogość, przejawiającą się prymitywnymi pomówieniami. Do tego stopnia zaszedł mi za skórę, że gdy pewnego dnia zobaczyłem jego pawilon handlowy po pożarze, pomyślałem sobie: – Pan istnieje, a ja patrząc na to pogorzelisko, widzę dowody Jego istnienia. Stało się to w chwili gdy z człowieka głęboko wierzącego stawałem się niedowiarkiem. Bo przecież fakt stanięcia mi na drodze nieszczęsnego, biednego byłego magazyniera odebrałam onegdaj jako wezwanie Stwórcy, zaś w zamian po skutecznym wypełnieniu zobowiązań ratujących całą rodzinę magazyniera, odpłacono mi niezasłużonym cierpieniem.

Szanowny Pan Gestapo 

Zaskakujące dla mnie jest to, że nawet po latach nikt z ludzi, którzy żywili się kradzionym mięsem i wędlinami z magazynów GZM, nie wyraził należnej skruchy. Nikt nie brał pod uwagę tego, że kogoś (magazyniera!) skażą na długie lata więzienia za powstałe niedobory. Nikt nie pomyślał o tym, że pozostaną maleńkie dzieci bez ojca, że z czasem to one na mocy wyroku sądowego będą musiały przez lata, a może i do samej śmierci spłacać rzekome długi swojego ojca. Człowieka, którego z premedytacją spito, aż do nieprzytomności, po to aby później móc zrzucić na niego całą winę. Film Rzeźnia Gdańsk z 31 lipca 2025 roku jest ważnym przyczynkiem do zastanowienia się nad moralnością Polaków. 

Śledząc kafkowski proces wytoczony Mateuszowi Piskorskiemu, jestem pewien, że przyjdzie czas, w którym ręka Pana, ręka boskiej sprawiedliwości dosięgnie zarówno jego ukraińskich prześladowców, jak też i polskich posłusznych wykonawców ich woli. Szczególnie zaś nikczemników pragnących zaistnieć na tragedii Mateusza i jego najbliższej rodziny. Kojarzę ich z donosicielami okresu wojennego piszącymi donosy zaczynające się od słów „Szanowny Panie Gestapo!”.

Eugeniusz Zinkiewicz

Redakcja