Po II wojnie światowej na Zachodzie uznano, że anomalie pochodzące z blokowego podziału sił dotyczą jedynie strony komunistycznej.
Wszelkie nadużycia wobec prawa międzynarodowego i ograniczania suwerenności państw podległych supermocarstwom tłumaczono koniecznością konsolidacji w celu utrzymania równowagi międzyblokowej. Stany Zjednoczone przy pomocy idei obrony „wolnego świata” dążyły za wszelką cenę do utrzymania przywódczego prymatu w strefie atlantyckiej i w zachodniej hemisferze. Z kolei Związek Radziecki jako mocarstwo ideokratyczne, usiłował pod szyldem „solidarności ideologicznej” narzucać swój model ustrojowy słabszym państwom, przegrywając z czasem konfrontację z silniejszymi państwami kapitalistycznymi.
Po rozpadzie bloku wschodniego, zanim jeszcze Chiny rzuciły wyzwanie Zachodowi, udawano, że mimo naruszeń prawa międzynarodowego przez USA, pozostają one ciągle „dobrotliwym hegemonem”, pod przywództwem którego wspólnota atlantycka skutecznie broni interesów zachodniej oligarchii. Z czasem okazało się, że przekonanie o istnieniu demokratycznego ładu międzynarodowego jest wielkim oszustwem. Coraz jaskrawiej przebijała się prawda, że demokracja w stosunkach międzynarodowych jest fikcją, a porządek międzynarodowy ma charakter hierarchiczny. Z czasem efekty globalizacji i dynamicznej koncentracji sił poza mocarstwami zachodnimi doprowadziły do nowej polaryzacji i wyłonienia się systemu wielobiegunowego.
Zjawisko to pociąga za sobą konieczność głębokich przewartościowań koncepcji i wizji dotychczasowego porządku, a także jego najważniejszych elementów. Supremacja siły nad prawem międzynarodowym powoduje, że suwerenność, która jest przede wszystkim konstruktem prawnym, jako atrybut czy cecha jakościowa państw formalnie równych wobec siebie, ulega całkowitej relatywizacji. Czas najwyższy zrozumieć, że jest to wartość względna i stopniowalna, zależna od rzeczywistego położenia i udziału danego państwa w globalnej dystrybucji sił.
W prawie międzynarodowym nigdy nie było „zasady suwerenności” państw, ani tym bardziej narodów, jak starają się wmawiać ludziom nie tylko media, ale i podręczniki akademickie. Ustanowiono jedynie formalną równość państwowych tworów geopolitycznych na wzór traktowania jednostek w ramach rodzaju ludzkiego. Z czasem prawna równość, nazwana „suwerenną równością” (na II konferencji haskiej w 1907 roku), legła u podstaw systemu norm, skodyfikowanych w 1945 roku w Karcie Narodów Zjednoczonych. Nigdy jednak nie oznaczała rzeczywistej równości, a tym bardziej suwerenności wszystkich państw (w znaczeniu ich samowładności i całowładności).
Liberalne złudzenie
To oznacza, że państwa ze względu na ogromne zróżnicowanie pod względem atrybutów materialnych nigdy nie traktowały siebie na zasadzie wzajemnej równości. Jako trwałe podmioty geopolityczne, przede wszystkim mocarstwa, kierują się w swoim postępowaniu celami, jakie mają do osiągnięcia i działają z wykorzystaniem zróżnicowanych środków, a stosunki między nimi opierają się naprawdę na radykalnej nierówności i asymetrii. Zaczadzeni idealistycznym oglądem rzeczywistości i mitologizacją prawa międzynarodowego, studenci nauk politycznych i stosunków międzynarodowych, ba, także utytułowani wykładowcy, skażeni „liberalnym złudzeniem”, nie są w stanie przyjąć do wiadomości, że wzajemne traktowanie państw w rzeczywistości nie zależy od formalnych reguł, od jakiejś wydumanej „suwerennej równości”, ale od tego, jaką każde z nich generuje potęgę w układzie sił i na ile ich wizje porządku międzynarodowego są zbieżne, a na ile konkurencyjne.
Kwestię struktury uczestników komplikuje dynamiczna pluralizacja systemu międzynarodowego, a także ich heterogeniczność. W wyniku procesów globalizacji i internacjonalizacji życia społecznego państwa przestały być jedynymi czynnikami sprawczymi procesów zmian i stabilizacji systemu międzynarodowego. Obok nich wyrosły rozmaite konstelacje graczy niepaństwowych, których powiązania w postaci sieci kapitału, produkcji, komunikacji, przepływów, ruchów, ale i instytucji czy struktur ograniczają kompetencje władcze oraz zdolności decyzyjne państw. Nie od dziś wiadomo, że siła i moc sprawcza wielu gigantów korporacyjnych jest większa, niż nic nieznaczące potencjały państw, mających status protektoratów, klientów i wasali wielkich potęg.
Przed degradacją statusu bronią się jedynie wielkie potęgi, które stanowią od najdawniejszych czasów konstrukcję nośną struktury systemu międzynarodowego, opartego na przestrzennych układach sił. Choć są zmienne w czasie, to jednak zawsze dążą do osiągnięcia statusu najwyższej rangi, wchodząc w skład międzynarodowej „elity przywódczej”. Zazwyczaj dysponują siłą woli (i dziedziczoną z pokolenia na pokolenie determinacją) oraz zdolnością skutecznego przekształcania istniejącej rzeczywistości. Nie powinno zatem nikogo dziwić, że ich rywalizacja, konkurencja, walka i współpraca stanowią oś oddziaływań międzynarodowych.
Jak pisał Henry Kissinger, klasyk dyplomacji amerykańskiej, ukształtowana przez mocarstwa hierarchia sił jest jedynym naturalnym regulatorem procesów stabilizacji i równoważenia w systemie międzynarodowym. Historia myśli politycznej Zachodu, zwłaszcza świata anglosaskiego, dostarcza na ten temat wiele źródeł, które w niewielkim stopniu były przyswajane w świecie niezachodnim. Notabene, w Rzeczypospolitej nie powstało nigdy żadne dzieło, które byłoby poświęcone analizie aspiracyjnych, operacyjnych i argumentacyjnych interesów państwa, diagnozie środowiska międzynarodowego polskiej polityki zagranicznej czy strategiom przetrwania wobec wrogich sąsiadów.
Marginalna pozycja Polski
Polska od samego początku kształtowania nowożytnych reguł funkcjonowania suwerennych aktorów sceny międzynarodowej znalazła się poza ich zasięgiem. Gdy bowiem w połowie XVII wieku kładziono podwaliny porządku opartego na równości statusu mocarstwowego, ówczesna Rzeczpospolita traciła na znaczeniu, ulegała coraz większej marginalizacji, a elity polityczne, uwikłane w wojny wewnętrzne i zewnętrzne nie miały żadnej siły przebicia, aby wpływać na utrwalanie nowych instytucji dyplomacji i prawa.
Uczestnictwo państwa polskiego w procesach kształtowania kolejnych odsłon porządku międzynarodowego z każdym wiekiem było coraz słabsze. W epoce rozbiorowej Polacy nawet w formie śladowej nie mogli zaznaczyć swoją obecności w procesach legitymizacji „koncertu mocarstw”. W wieku XX, choć odbudowano państwowość, była ona chwiejna i podatna na nowe okupacje. Nieszczęściem było i to, że kolejne formacje ustrojowe (Polska powojenna, PRL i III RP) zaprzeczały i zaprzeczają ciągłości polskiej państwowości, co otwiera drogę do kolejnych uzależnień i relatywizacji suwerenności.
Także współczesna Polska nie ma trwałego miejsca w geopolitycznej hierarchii rang. Nadzieje na zbudowanie statusu mocarstwowego nie mają szans na spełnienie w żadnym wymiarze potęgi – ekonomicznej, wojskowej czy motywacyjnej. W sytuacji, gdy większość bogactwa społecznego znajduje się w obcych rękach (przemysł, banki, transport, handel), nie wystarczy powoływać się na Produkt Krajowy Brutto, gdyż on sam nie zapewnia autonomicznego sprawstwa w inicjowaniu procesów przeciwważących wobec największych mocarstw i gigantów korporacyjnych. Polska sama pozbawiła się inicjatywności i skuteczności, opierając swoje żywotne interesy wyłącznie na kierunku euroatlantyckim, przyjmując dobrowolnie gotowe i niesprawiedliwe reguły gry, dyktowane odgórnie przez najsilniejszych oraz rezygnując z rozwiązań komplementarnych.
Obecnie, gdy nastała faza kryzysu zaufania w stosunkach atlantyckich oraz fala zaskoczeń i rozczarowań w nastawieniach wzajemnych przywódców amerykańskich i europejskich, widać wyraźnie, jak szkodliwe było oparcie myślenia strategicznego na ideologicznych dogmatach o bezinteresownej solidarności sojuszniczej, oderwanych od życia zasadach o partnerstwie, czy podwójnych standardach.
Ponadto nadwiślańskie kręgi polityczne, pogodzone ze statusem kompradorskim, naiwnie uznały, że integracja europejska, dyktowana przez stare mocarstwa i obce grupy interesu, straci swoje egoistyczne oblicze i zapewni wszystkim państwom jednakowe warunki wzrostu gospodarczego i dobrobytu. Tymczasem, jak rozbrajająco przypomniał w Davos 21 stycznia 2026 roku kanadyjski premier Mark Carney, procesy integracyjne są wykorzystywane do budowania nowych zależności, natomiast odwoływanie się do standardów moralnych w całej historii jest tylko narzędziem ideologicznym, maskującym praktyki stosowania siły i podporządkowania pod pozorem obrony cywilizacji Zachodu.
Po zakończeniu „zimnej wojny” stworzono iluzję o triumfie demokracji liberalnej w skali globalnej. Słynna diagnoza Francisa Fukuyamy z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX wieku o „końcu historii” miała utrwalić przekonanie, że po konfrontacji zimnowojennej możliwe jest zbudowanie „liberalnego” porządku międzynarodowego, opartego na pokoju „dla swoich”, przestrzeganiu umów i selektywnej ochronie praw człowieka. Budzący zadowolenie eksperyment integracyjny w postaci Unii Europejskiej miał dawać nadzieję na jego doskonalenie w coraz szerszej skali.
Z czasem okazało się, że system międzynarodowy coraz mocniej odstaje od reguł ustanowionych między mocarstwami zwycięskimi po II wojnie światowej. Mimo wzrostu potęgi Chin, a także rekonstrukcji statusu mocarstwowego Rosji, mocarstwa zachodnie długo nie przyjmowały do wiadomości, że w sferze instytucjonalnej reguły te, w tym zasady Karty Narodów Zjednoczonych, tracą swoją moc normatywną i funkcjonalną. Struktury stworzone w celu ochrony pokoju i bezpieczeństwa międzynarodowego, zwłaszcza ONZ i wiele organizacji wyspecjalizowanych, stały się agendami służebnymi wobec najpotężniejszych. W swojej inercji biurokratycznej przetrwały dłużej niż idee, które je powołały do życia.
Pogodzić się z realiami
Na tym tle należałoby zastanowić się nie tyle nad skutecznym oporem wobec destrukcyjnych działań i przewartościowań ekipy Donalda Trumpa, ile nad zastosowaniem wobec nich przemyślanej strategii akomodacyjnej, aby jak najwięcej ugrać dla siebie. Stawianie na konfrontację z największymi potęgami – w tym przypadku USA, Rosją i Chinami – nie daje szans nawet takim wspólnotom, jak Unia Europejska, ani na obronę stanu posiadania, ani na zapewnienie trwałości gwarancji bezpieczeństwa. Może jedynie przyspieszyć upadek „zbiorowego” Zachodu i zintensyfikować globalny zamęt.
Paradoksalnie, dekompozycja dotychczasowych układów sił i powrót do polityki prymatu mocarstw oznacza szansę zrewidowania nastawień prowojennych wśród najbardziej zideologizowanych uczestników stosunków międzynarodowych. Nowe rozdanie ról wielkomocarstwowych może sprzyjać jednocześnie podziałowi odpowiedzialności za utrzymanie pokoju w różnych częściach świata, jak i przywołaniu do porządku wszystkich podżegaczy wojennych, którzy uznali zbrojenia i wojny za koła zamachowe swojego rozwoju.
W wyniku ideologicznej motywacji w poszukiwaniu wroga oraz zacierania granic między różnymi groźbami użycia siły a faktyczną agresją, wojnę od kilku dekad uznaje się za oczywisty środek, wspierający ekspansję zachodnich korporacji, towarzyszący wdrażaniu zaawansowanych technologii, jak i przejmowaniu inicjatywy i funkcji państwa przez konglomeraty korporacji, służb specjalnych i koncernów technologiczno-medialnych. W dopuszczalnej, lecz kontrowersyjnej interpretacji, gdyby nie te motywy, to zdaniem prezydenta Trumpa, nie doszłoby do sprowokowania Rosji do napaści na Ukrainę w 2022 roku.
Ukraińska pułapka
Dramat polskiej polityki polega na tym, że z własnej woli stała się ona zakładnikiem wojny ukraińsko-rosyjskiej. To wciągnęło kolejne rządy nie tylko w ogromną pomoc doraźną, kosztem własnego społeczeństwa, ale także prowadzi do intensyfikacji wyczerpujących zbrojeń na skalę dotąd niespotykaną. Ponieważ decyzji o zakupach broni czy produkcji uzbrojenia nie poddaje się z powodów oczywistych żadnej krytycznej debacie, ograniczając także procedury przetargowe, mamy w istocie do czynienia z unikaniem odpowiedzialności rządzących, którzy pozbawieni nadzoru narażają społeczeństwo na nadużycia i horrendalne zadłużenie. A przecież gdy zmieniają się strategiczne priorytety lidera sojuszu atlantyckiego, jakiekolwiek rojenia o nieuchronności wojny Zachodu z Rosją tracą sens.
Wojna stała się jednak wygodnym i pożądanym alibi dla faktycznego wprowadzania przez władze „stanów wyjątkowych”, tj. ograniczania praw i wolności obywatelskich. Uderzający jest przykład funkcjonowania prezydenta Ukrainy, który pozbawiony legitymizacji wyborczej może trwać u władzy tak długo, jak długo trwa wojna. Wątpliwości co do prawowitości podejmowanych przez niego decyzji politycznych są lekceważone, gdyż powszechnie przyjęto makiawelistyczną zasadę, że „cel uświęca środki”. Przywrócenie pokoju mogłoby przecież oznaczać nie tylko koniec przyzwolenia na autorytarne praktyki samowładcze, ale i odrzucenie nakazowego systemu gospodarowania, w którym wydatki państwa znajdują się pod wyłączną kontrolą skorumpowanych rządów.
Nadchodzi czas, gdy polscy politycy będą musieli zrozumieć negatywne konsekwencje ubożenia społeczeństwa w wyniku rosnących kosztów zbrojeń i pomocy wojennej, co może skutkować wybuchem protestów społecznych i delegitymizacją dotychczasowych władz. Taka sytuacja zmusi rządzących do zrewidowania doktryny suwerenności i bezpieczeństwa. Zamiast powtarzać frazesy o korzystaniu z „pełnej suwerenności”, należy wreszcie przestać się oszukiwać i wyraźnie stwierdzić, iż wyłączna kompetencja państwa jest obecnie bardzo ograniczona ze względu na procesy wzajemnych uzależnień, wynikających z zobowiązań negocjowanych i narzucanych przez protektorów indywidualnych i zbiorowych. Trzeba wreszcie dojrzeć, jak bardzo Polska jest ograniczana przez obcy lobbing, penetrację cudzych sił specjalnych, nie tylko rosyjskich, oraz perfidne gry dyplomatyczne. Są to tematy godne poważnych raportów strategicznych, a nie ciągłego „zamiatania pod dywan”.
Bezpieczeństwo narodowe (w wymiarze wewnętrznym i zewnętrznym) jest niewątpliwie korelatem suwerenności państwa, a ściślej autonomii decyzyjnej rządzących oraz dwustronnych i wielostronnych gwarancji sojuszniczych. Jeśli jednak owa autonomia jest ograniczana służebnością wobec interesów strategicznych Stanów Zjednoczonych czy Unii Europejskiej, to gwarancje przetrwania, obrony integralności i ochrony tożsamości są dość chwiejne i abstrakcyjne. Przewartościowania strategii amerykańskiej wskazują, że wiarygodność zobowiązań sojuszniczych jest dynamiczna i zmienna. Stara to prawda zachodnich potęg, że państwa nie mają stałych wrogów, ani stałych przyjaciół, mają jedynie wieczne interesy.
Czas zejść na ziemię
W tworzeniu nowej doktryny suwerenności i bezpieczeństwa warto więc sięgnąć do obrzydzanego wszelkimi sposobami przez mainstreamowy komentariat realizmu politycznego, ale także wykazać się pragmatyzmem i racjonalizmem w ocenie własnej pozycji międzynarodowej i złożoności uwarunkowań geopolitycznych. Mimo pokrzykiwań zblazowanych liberałów na wszystkich krytyków jednostronnego uzależniania Polski od protektorów zachodnich, należy przełamać opory psychologiczne i moralne, aby dostrzec liczne atuty i wartości własnego położenia, jako państwa „średniej” rangi w grze międzynarodowej.
Polska w sferze gospodarczej i politycznej może zdefiniować się jako ważny, bo naturalnie „uposażony” i infrastrukturalnie przygotowany „łącznik” między Wschodem a Zachodem, pożądany uczestnik wspólnot regionalnych, w ramach których swoim potencjałem gospodarczym i handlowym może wpływać na równoważenie i bilansowanie interesów. Szkoda, że z powodów ideologicznego zaślepienia rusofobią i bezkrytycznego lojalizmu wobec atlantyckich graczy całkowicie zrezygnowano z benefitów, jakie mogła przynosić współpraca tranzytowa do Europy Zachodniej z Chinami, Indiami czy Azją Środkową.
W tym kontekście trzeba zrewidować stosunek Polski jako „poważnego państwa”, a nie licznych koterii wiecznych insurgentów i zagończyków, do Rosji i Białorusi. Postrzeganie tych państw jako „nieobecnych” i „niepożądanych” w przestrzeni środowiska międzynarodowego polskiej polityki zagranicznej przynosi jedynie marną satysfakcję moralną kolejnym zwasalizowanym wobec Zachodu rządom. Szkodzi wszak w długiej perspektywie zarówno interesom suwerenności, jak i bezpieczeństwa. Polska sama bowiem pozbawia się przeciwwagi w sytuacjach presji ze strony swoich rzekomo „niezawodnych” protektorów i sojuszników. Aspekty odradzającej się niemieckiej Machtpolitik czy rewizjonizmu ukraińskiego nie są tu bez znaczenia i trzeba perspektywicznie brać je pod uwagę. Mimo „odwiecznego chłodu” w stosunkach z Rosją już teraz trzeba zaryzykować realistyczne spojrzenie na potencjały współpracy w wybranych sektorach, które przyniosą większe korzyści interesom własnym niż chwały moralnej pośród „fałszywych” przyjaciół. Alternatywą jest jedynie działanie na własną szkodę, brnięcie w przepaść wzajemnej nienawiści i niszczenia.
Obecnie w Polsce modne jest obrzydzanie postawy transakcjonizmu Donalda Trumpa. Gubi to z pola widzenia istotę współczesnych relacji międzynarodowych. Transakcyjność jest naturalna dla wymiany jednych wartości na inne na zasadach komercyjnych. I wcale nie jest odległa od żerowania na słabości kontrahenta, w tym wrogich przejęć jego atutów. Żadne gwarancje czy profity nie wynikają z altruizmu, patetycznie werbalizowanych przyjaźni, partnerstwa czy sojuszniczej lub bratniej solidarności.
Przeciwnie, są rezultatem egoistycznych kalkulacji, wyrachowania, przebiegłości i cynizmu. Gorliwi obrońcy przywództwa transformacyjnego Ameryki, jakie kojarzą z administracjami poprzednich prezydentów, zapominają, że poza zyskiem miały one zawsze na uwadze inne motywy, równie niebezpieczne, choć często zakamuflowane. Przy pomocy rozmaitych środków i zabiegów dążono do trwałych uzależnień w sferze ideologicznej i praktycznej, wywołując zmiany w systemach wartości i zachowaniach państw, zgodnie z oczekiwaniami hegemona. Powszechne były formy wasalizującego poddaństwa i jednokierunkowe przepływy woli politycznej. Wydaje się, że największą zasługą Trumpa jest w tym aspekcie nazwanie rzeczy po imieniu i zerwanie z iluzją „sprawiedliwego i pokojowego porządku światowego” oraz bezinteresownej przyjaźni i partnerstwa.
Prof. Stanisław Bieleń
Myśl Polska, nr 7-8 (15-22.02.2026)



