Nowa strategia bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych staje się politycznym faktem. Operacja specjalna w Caracas i ujęcie byłego już przywódcy Wenezueli jest pierwszym krokiem na rzecz bezwzględnej rewitalizacji doktryny Monroe’a – czy właściwie Donroe’a, jak w przypływie charakterystycznego dla siebie humoru raczył ją nazwać prezydent USA.
Rajd na Caracas miał wszelkie cechy operacji polityczno-specjalnej, a nie klasycznego działania wojskowego. Nieliczne, punktowe ostrzały wenezuelskich instalacji wojskowych pełniły raczej funkcję demonstracyjną niż stricte militarną. Wiele wskazuje na to, że ujęcie Nicolása Maduro nastąpiło za porozumieniem z częścią zaplecza polityczno-wojskowego w samym reżimie.
W Polsce szeroko rozpowszechniana jest narracja, wedle której rosyjskiej produkcji systemy obrony przeciwlotniczej Wenezueli „nie zadziałały”. Nie mam wątpliwości, co stoi za tego rodzaju przekazem części elit politycznych i medialnych: chęć utwierdzania opinii publicznej w przekonaniu, że sytuacja jest w pełni kontrolowana, że jesteśmy „nie do ruszenia”, skoro kupujemy amerykańskie uzbrojenie, a w razie potrzeby Stany Zjednoczone obronią nas bez większego wysiłku.
Jest to narracja fałszywa, obliczona wyłącznie na legitymizowanie polityki PO-PiS polegającej na całkowitym zdaniu się na protektorat Waszyngtonu. Taki sposób myślenia jest oczywiście bardzo na rękę Amerykanom, ponieważ ułatwia im utrzymywanie ścisłej kontroli nad polityką Polski i zapewnia dalszy, niezakłócony strumień pieniędzy, bez zadawania niewygodnych pytań o realną wiarygodność gwarancji bezpieczeństwa.
W moim przekonaniu jest wysoce prawdopodobne, że wenezuelskie systemy obrony przeciwlotniczej nie zostały użyte, ponieważ zapadła decyzja, aby ich nie uruchamiać. Amerykańska operacja została przeprowadzona poprzez rajd śmigłowców nad miastem. Gdyby istniała realna gotowość oporu, nie byłyby potrzebne systemy S-300 – nawet niewielki pododdział wyposażony w ręczne wyrzutnie, działający poza centralną pętlą decyzyjną sztabu generalnego czy komendantury miasta, mógłby podjąć walkę. Tak się jednak nie stało.
Czy ta interpretacja okaże się trafna, pokaże dalsze zachowanie elity rządzącej Wenezuelą. Jej twarzą stała się nowa, tymczasowa głowa państwa – wiceprezydent Delcy Rodríguez. Jeżeli obóz władzy, który reprezentuje, zacznie iść na kolejne ustępstwa wobec USA, będzie to wzmacniać tezę o zawartym wcześniej porozumieniu i zdradzie Maduro.
Sam rajd na Caracas tej kwestii nie rozstrzyga. Rodríguez mówi o obronie suwerenności państwa i systemu, a na ulicach pojawili się zwolennicy chavizmu. Może to być jedynie fanfaronada i element licytacji w trakcie wykuwania nowego modus vivendi oraz określania zakresu wpływów Waszyngtonu. Sam fakt takich negocjacji świadczy jednak o tym, że Amerykanie nie mają pełnej i bezapelacyjnej kontroli nad sytuacją w Caracas. Rajd należy więc postrzegać także jako element polityki spektaklu i autokreacji prezydenta Donalda Trumpa. To z pewnością nie zamyka kwestii wenezuelskiej z perspektywy USA.
Pozostaje pytanie, jak Trump zareaguje w sytuacji, gdy władze Wenezueli zdecydują się eskalować swoje żądania. Być może potrzebne będą kolejne operacje, a może nawet działania zbrojne o większej skali. Wiele zależy od konsolidacji reżimu oraz stopnia jego realnego poparcia w poszczególnych warstwach społecznych. Tego dziś nie sposób jednoznacznie ocenić. Faktem jest jednak, że w tym kraju zawsze istniały grupy popierające władzę, a sama Wenezuela – z rozległym interiorom gór i dżungli – sprzyja długotrwałej destabilizacji. Przykład sąsiedniej Kolumbii pokazuje, jak niewielkie nawet ugrupowania partyzanckie mogą przez lata wpływać na sytuację państwa.
Zastanawia selektywne oburzenie części środowisk liberalnych z powodu pogwałcenia prawa międzynarodowego i suwerenności jednego z państw członkowskich ONZ. Technicznie rzecz ujmując, nie wydarzyło się nic nowego. Stany Zjednoczone zaatakowały Jugosławię w 1999 roku, tworząc warunki do secesji Kosowa. W 2003 roku zniszczyły struktury państwowe Iraku, torując drogę wojnie domowej i powstaniu tzw. Państwa Islamskiego. W 2011 roku doprowadziły do upadku Libii, która do dziś nie podniosła się z chaosu, stając się jednym z głównych szlaków migracyjnych z Afryki do Europy.
Co zatem różni obecną interwencję? Przede wszystkim to, że Donald Trump w znacznie mniejszym stopniu owija ją w liberalno-ideologiczną retorykę. Nie udaje istnienia „społeczności międzynarodowej” ani naprędce skleconej „koalicji chętnych”. Działa w sposób jawnie unilateralny.
Nie oznacza to jednak całkowitego braku ideologii. Trump określił rajd na Caracas mianem „law enforcement” – egzekwowania prawa. Maduro ma stanąć przed amerykańskim sądem. Gdyby otrzymał niski wyrok, mogłoby to sugerować, że był elementem wcześniejszego układu, choć scenariusz ten wydaje się mało prawdopodobny. W narracji Białego Domu nie doszło bowiem do wojny z wrogim państwem, lecz do policyjnej akcji światowego policjanta, stojącego ponad suwerennością państw – w duchu skrajnego globalizmu.
Oficjalne uzasadnienie interwencji należy traktować z daleko idącą rezerwą. Wenezuela nie jest znaczącym producentem narkotyków. Kokaina z Kolumbii, Boliwii i Peru trafia przez jej terytorium głównie do Europy, nie do Stanów Zjednoczonych. Na rynek amerykański narkotyki płyną przede wszystkim przez Meksyk, gdzie potężne kartele produkują także ogromne ilości substancji syntetycznych.
Tego rodzaju legitymizacja – „to nie wojna, to operacja policyjna” – ma pomóc Trumpowi ominąć prawno-instytucjonalne mechanizmy rozpoczynania działań zbrojnych. Jednocześnie sceptyczny stosunek do zagranicznych interwencji w części społecznego zaplecza ruchu MAGA może okazać się dla niego realnym problemem politycznym.
Rajd na Caracas wywołał entuzjazm wszystkich tych nad Wisłą, którzy bez reszty orientują się na amerykański protektorat. Dla nich mam złą wiadomość. Interwencja w Wenezueli w pełni wpisuje się w nową strategię bezpieczeństwa USA, nadającą wysoki priorytet zachodniej półkuli, a niski – Europie. Każde poważniejsze zaangażowanie militarne w Ameryce Łacińskiej będzie się więc odbywać kosztem obecności Stanów Zjednoczonych na naszym kontynencie.
Jeżeli administracja Trumpa odniesie w Wenezueli sukces – zarówno polityczny, jak i gospodarczy, związany z przejęciem wpływów w sektorze naftowym – może szybko przejść do kolejnych działań wymuszających na zachodniej półkuli. Dotyczyć one mogą nie tylko Kuby, Kolumbii czy Meksyku, lecz także Grenlandii, formalnie należącej do Danii. Nietrudno wyobrazić sobie, jak wpłynęłoby to na relacje transatlantyckie.
Nie chodziło przy tym wyłącznie o wenezuelską ropę. Maduro już wcześniej sygnalizował gotowość do kompromisu w tej kwestii. Celem USA było raczej zamanifestowanie potęgi i postawienie militarnej kropki nad „i” w strategii uznania zachodniej półkuli za wyłączną domenę amerykańską oraz wypchnięcia z niej wpływów Chin i – w znacznie mniejszym stopniu – Rosji.
Rajd na Caracas miał złamać asertywność wszystkich kontestatorów dominacji USA w obu Amerykach. Jak dotąd efekt mrożący nie wydaje się pełny. Prezydent Kolumbii Gustavo Petro ostro odpowiedział na groźby Trumpa, nazywając je „niedopuszczalną ingerencją”. Za wcześnie jednak, by wyrokować wyłącznie na podstawie retoryki. Niewątpliwie wielu aktorów regionu odczuwa dziś realny niepokój.
Dla Polaków kluczowe jest zrozumienie jednego: operacja specjalna przeprowadzona dwa tysiące kilometrów od wybrzeży USA, na całkowicie zdominowanym teatrze działań, nie ma żadnego przełożenia na perspektywę konfliktu z mocarstwami atomowymi na ich własnych kontynentach. Nie ma ona nic wspólnego ani z wypieraniem Rosji z Ukrainy, ani tym bardziej z wojną o Tajwan, prowadzoną w zasięgu chińskich wyrzutni rakiet, które – jak obrazowo ujął Nikita Chruszczow – mogą być „toczone z fabryk jak parówki”.
Trudno zresztą mówić o Rosji czy Chinach, skoro Donald Trump nie zdołał doprowadzić nawet do zmiany zachowania Ansarullahu w Jemenie. Mimo kilkutygodniowej kampanii intensywnych bombardowań, Huti nadal atakują statki na Morzu Czerwonym, podważając jeden z filarów globalnej hegemonii USA – kontrolę światowych szlaków morskich. Operacja została przerwana bez uzyskania wymiernych efektów, między innymi z powodu ograniczonych zdolności produkcyjnych amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego.
Jemen pokazał więc, że ręce wuja Sama pozostają silne – lecz wyraźnie krótsze. O ile cios wymierzony w Wenezuelę mógł wywołać obawy w Ameryce Południowej, o tyle w pozostałej części Globalnego Południa raczej pogłębi dystans wobec USA i ich sojuszników. Proces ten widoczny jest od lat: od zamachów stanu w Afryce, przez decyzje Senegalu i Czadu o usunięciu wojsk francuskich, aż po coraz wyraźniejsze zbliżenie Indii z Chinami.
Operacja w Wenezueli nie oznacza powrotu hegemona ani czasów Ronalda Reagana. To raczej powrót logiki Theodore’a Roosevelta i brutalne egzekwowanie wpływów w „bliskiej zagranicy” Stanów Zjednoczonych. Rajd na Caracas nie podważa idei świata jako koncertu mocarstw – przeciwnie, doskonale się w nią wpisuje. Z tego względu nie sądzę, by wydarzenia na zachodniej półkuli istotnie zmieniły amerykańską rozgrywkę wokół Ukrainy.
Krystian Kamiński
Autor jest członkiem władz Ruchu Narodowego, b. posłem na Sejm
Fot. The White House (X)
Za: X



