Taki cel postawiło sobie wielu „konserwatystów” i „narodowców” – i to od wielu lat. Były nawet poważne i mniej poważne inicjatywy wspierane zza Oceanu, by taki pogląd zakorzenić w Polsce, by zbudować u nas antyrosyjską endecję, bo opinia o Dmowskim jako o zwolenniku dogadania się z Rosją była przeszkodą w zaprogramowaniu Polski po 1989 roku jako państwa rusofobicznego.
Ostatnim czasy mamy kilka wypowiedzi będącymi pogłosem tej socjotechnicznej operacji. I tak Sławomir Mentzen, raczej nie znający istoty myśli Dmowskiego, cytuje wyrwany z kontekstu fragment z jednej z jego książek: „Mam pogardę dla Moskali za ich azjatycką skłonność niszczycielską, za tę bezceremonialność, z jaką tratują po niwach wiekowej pracy cywilizacyjnej, za tę wschodnią nieodpowiedzialność przed własnym sumieniem, która w każdej sprawie pozwala mieć dwa oblicza”. Słusznie wytknął mu Jan Sadkiewicz z wydawnictwa Universitas, zajmujący się wydawaniem dzieł realistów i polskich konserwatystów, że zwyczajnie manipule tekstem Dmowskiego. I przypomina jak on brzmiał w całości:
„Nienawidzę ludzi nikczemnych, bez względu na to, czy są Niemcami, Moskalami, czy moimi własnymi rodakami, a może najbardziej w ostatnim wypadku. Nienawidzę nauczycieli, którzy, mając z powołania swego obowiązek uczyć i wychowywać młodzież, znęcają się nad nią, zabijają jej siły fizyczne w zarodku, znieprawiają ją moralnie, powstrzymują lub wypaczają jej rozwój umysłowy. Nienawidzę sędziów, którzy zamiast czynić sprawiedliwość nadużywają prawa do obrony tych lub innych interesów, do prześladowania politycznych przeciwników. Nienawidzę urzędników, którzy, będąc organami machiny państwowej, powinni ułatwiać organizację życia i przyczyniać się do jego postępu, a tymczasem pracują nad unicestwieniem najlepszych wysiłków, nad powstrzymaniem, a nawet cofnięciem życia w jego rozwoju. Nienawidzę duchownych, którzy, postawieni dla podnoszenia ludu moralnie i zaopatrzeni w tym celu w tak potężne środki, jak konfesjonał i kazalnica, używają ich na rzecz bieżących interesów politycznych. Postępowanie ich wszystkich poczytuję w mniejszej lub większej mierze za taką samą zbrodnię, jaką byłby czyn lekarza, który wezwany do chorego, znalazłszy w nim swego osobistego lub politycznego przeciwnika, daje mu zamiast lekarstwa — truciznę (…)
Niemiec, który widząc, że w interesie państwa pruskiego trzeba podbić dla kultury niemieckiej Poznańskie, osiądzie tam i całą swą energię obróci na umacnianie w naszym kraju niemczyzny, który będzie przygarniał dzieci polskie i uczył je po niemiecku, który w posiadłości swej zorganizuje zarząd niemiecki i wpływem kulturalnym otoczenie swe będzie przerabiał na Niemców, który będzie zakładał niemieckie instytucje filantropijne — tylko szacunek we mnie wzbudzi, jakkolwiek będę go uważał za niebezpieczniejszego wroga od tamtych i przede wszystkim będę starał się walczyć z jego usiłowaniami. Moskal, który by kupił majątek na Litwie i osiadł tam jedynie po to, żeby szerzyć wpływ rosyjski, żeby w chłopach białoruskich budzić pociąg do moskiewszczyzny, równie może być pewny mego szacunku jako człowiek idei, umiejący pracować dla swego narodu, ale i tego, że będę się go bał bardziej niż jego braci czynowników… Uważam to za dowód upadku moralności obywatelskiej i słabości umysłowej u tych kierowników naszej opinii, którzy nie widzą różnicy między uczciwą walką narodową a zwykłą zbrodnią, którzy nie mają poczucia sprawiedliwości pozwalającego im czuć pogardę i nienawiść dla nikczemnika lub barbarzyńskiego niszczyciela pracy cywilizacyjnej, a jednocześnie zdobyć się na szacunek dla szlachetnego, choćby najniebezpieczniejszego przeciwnika; którzy nie rozumieją, że bez nienawiści, ale z szacunkiem dla przeciwnika można najzawzięciej z nim walczyć”.
I Sadkiewicz tak to komentuje: „Gdyby Dmowski (czy ktokolwiek) gardził Rosjanami (czy Niemcami, czy jakimkolwiek innym narodem jako takim) to nie byłoby w tym nic cennego i nie należałoby w tym szukać żadnej pozytywnej nauki”.
I drugi przypadek to Robert Winnicki, banita polityczny, który stara się powrócić do gry i emanuje swoimi pseudointelektualnymi wypocinami. Polemizując z Januszem Korwin-Mikke pisze:
„Panie Januszu, zawsze intrygowała mnie ta Pańska opowieść o Rosji uciemiężonej przez ZSRR, Rosji będącej de facto przeciwieństwem Sowietów i tak dalej. Opowieść jest absurdalna nie tylko z punktu widzenia polskich doświadczeń z Moskwą, będących 500-letnim continuum obrony przed agresją tej stepowej cywilizacji, mordowania Polaków, niszczenia naszej spuścizny materialnej, zabierania nam Kresów itd. Ona jest absurdalna przede wszystkim z punktu widzenia… Rosjan. Współczesna Federacja Rosyjska jest nie tylko prawną spadkobierczynią ZSRR. Rosja, zwłaszcza putinowska, jest dumna ze swojej sowieckiej części historii, utożsamia się z nią, gloryfikuje ją, uważa za rdzeniowo, tożsamościowo własną. Kultem otoczone są zbrodnicze formacje z Armią Czerwoną na czele, kultem otoczony jest Stalin, buduje się mu pomniki, niektóre nawet święcone przez prawosławnych księży (!) Pułkownik KGB Putin nie określa rozpadu ZSRR mianem chwili, w której „Rosja wyswobodziła się z Sowietów” tylko „największej katastrofy geopolitycznej XX wieku”. Zresztą kult zbrodniczego państwa totalitarnego, zbrodniczych formacji i postaci nie jest wyłącznie odgórną polityką państwa. Około 60% Rosjan pozytywnie ocenia Stalina, który wygrywa plebiscyty na największego przywódcę Rosji w całej (!) jej historii”.
Opinie i oceny tyleż absurdalne i głupie, co prostackie, wyjęte niczym z notatnika agitatora, mogące z powodzeniem ukazać się w Gazecie Wyborczej czy na stronach OKO.Pres, o ukraińsko-banderowskich portalach nie wspomnę. Jeśli ktoś uznający się za inteligenta mówi, że od 500 lat Rosja jest agresorem (czyli mniej więcej od 1525 roku), to znaczy, że jest półinteligentem i ignorantem. Tak samo kiedy jest mowa o „zbrodniczej formacji” jaką była Armia Czerwona, która w czasie II wojny światowej była główną sojuszniczką USA i Wielkiej Brytanii (i Polski) w walce z III Rzeszą. I dzięki której ten młody i niedouczony człowiek mógł urodzić się w Zgorzelcu. Kłamie też, kiedy mówi, że w Rosji jest państwowy kult Stalina. Jest, ale lokalny i szerzony głównie przez komunistów. Swego czas nieodżałowany prof. Bogusław Wolniewicz mówił, że nie można domagać się od Rosjan potępienia w całości Stalina, bo w przeciwieństwie do Hitlera, który sprowadził na Niemcy największą klęskę w historii, Stalin doprowadził do największego zwycięstwa Rosji w historii. Mniejsza o to, to są kwestie, które są wewnętrzną sprawą Rosji i żaden Winnicki tego nie zmieni.
Wracajmy do Dmowskiego. We wstępie do wyboru tekstów Romana Dmowskiego o Rosji i Ukrainie pisałem: „Rosję postrzegał Dmowski jako kraj raczej obcy cywilizacyjnie, z dużymi wpływami turańszczyzny, choć nieraz podkreślał jego chrześcijański charakter, który według niego reprezentował naród rosyjski, w przeciwieństwie do rządu, który oskarżał nie tylko o „azjatyckość”, ale także o uleganie wpływom niemieckim. Jednak wbrew temu co twierdzą obecni zwolennicy tezy o „antyrosyjskości” Dmowskiego ta charakterystyka nie miała na celu dyskredytacji Rosji, lecz jej zrozumienie”.
W roku 1925 precyzował: „Nauczyłem się na stosunek nasz do Rosji patrzeć w perspektywie dziejowej, ze spokojem, w którym myśli politycznej nie zamącają namiętności, wytworzone przez przeszłość i podsycane stale do ostatnich czasów przez politykę rosyjska względem Polski, o ile ją można było nazwać polityką. Zdaniem moim, było rzeczą niegodną naszego narodu oburzać się jedynie na krzywdy, protestować przeciw nim i albo czekać na zmianę postępowania Rosji, albo też ślepo dążyć do jej zguby, chociażbyśmy sami mieli razem z nią zginąć”.
I dodawał: „Wejście na równą drogę z Rosją przyszłości to praca, wymagająca wielkiego wysiłku myśli i energii. Jest to najtrudniejsze z zadań naszej polityki, nie tylko ze względu na przeszłość, ale także i dlatego, że wobec jego wagi dla naszej przyszłości, najwięcej tu napotykamy przeszkód ze strony obcych, wrogich wpływów zarówno u nas, jak w Rosji”.
A w 1931 kończył: „Rosja istnieje dziś, jako nasz sąsiad i to sąsiad najważniejszy, jak to przyszłość niezawodnie pokaże. Pomimo bowiem całego starania, jakie wykazują dziś Niemcy w zaprzątaniu naszej uwagi, zanosi się na to, że ich rola i znaczenie, dziś jeszcze ogromne, stopniowo zmaleje, gdy tymczasem, zdaniem moim, Rosja zbliża się do roli pierwszorzędnej w stosunkach światowych. Naród nasz musi sobie jasno zdawać sprawę z jej położenia i z roli, która jej w świecie przypada, i musi dobrze wiedzieć, do czego sam dąży w stosunku do Rosji. To jest najtrudniejszy dla myśli polskiej, ale na pewno najważniejszy dla przyszłości polskiej dział naszej polityki zewnętrznej”.
To są prawdziwe wskazania Dmowskiego, których nie chce znać uznający się za endeka Winnicki. Cytowanie z lubością ostrych ocen Dmowskiego na temat Rosji i jej aparatu urzędniczego w okresie niewoli, kiedy duża część Polski była jej częścią – jest intelektualnym nadużyciem. Owszem, Dmowski atakował konserwatystów i ugodowców za ich bierność wobec Rosji i uległość, ale sam potem przejął większość ich postulatów. Po 1918 roku Polska i Rosja (bolszewicka) były to dwa odrębne organizmy, i wtedy Dmowski uznał, że trzeba myśleć o trwałym ułożeniu naszych relacji, bez historycznych fobii i urazów. Wtedy sformułował wizję, że bolszewizm w Rosji minie w ciągu trzech pokoleń, ale naród rosyjski zostanie i to jest nasz punkt odniesienia. Tymczasem pan Winnicki proponuje nam powtórkę z tamtych czasów i opowieści o „stepowej cywilizacji”.
Ułożenie przez Polskę dobrych relacji z Rosją nie wymaga od nas akceptacji wszystkiego, co w Rosji istnieje, tylko uznanie, że jest ona inna od nas, ma swoją tradycję i swoją wizję historii. Tylko tyle. Nie trzeba być „prorosyjskim”, by postulować realistyczną politykę Polski wobec Rosji – próby przerabiania Rosji na nasze podobieństwo i zgodnie z naszymi o niej wyobrażeniami – są szaleństwem. Dlatego właśnie w tym dniu, rocznicy śmierci Romana Dmowskiego, przestrzegam przed samozwańczymi jego spadkobiercami, przed fałszerzami jego spuścizny ideowej i programowej, przed antyrosyjską „endecją”.
Jan Engelgard



